Premier miał zrezygnować ze 100 milionów złotych, by „wejść do polityki”

Joanna Zaremba
28.12.2018 09:11
Premier miał zrezygnować ze 100 milionów złotych, by „wejść do polityki”
fot. Alexandros Michailidis/Shutterstock

„Nie polepszyłem swojej sytuacji finansowej, idąc do polityki. Zrezygnowałem, lekko licząc, do emerytury, może nawet z jakichś 100 milionów złotych” – mówił w rozmowie z „Dziennikiem Gazeta Prawna” obecny szef rządu, Mateusz Morawiecki.

Chcesz wiedzieć wszystko pierwszy? Dołącz do grupy Newsy Radia ZET na Facebooku

Premier nawiązał w ten sposób do swojego wynagrodzenia podczas pełnienia funkcji prezesa Banku Zachodniego WBK. Był w nim w latach 2007-2015. Wcześniej z kolei zasiadał w zarządzie tego banku. Portal Money.pl w 2016 roku dokonał obliczeń, z których wynikało, że Mateusz Morawiecki w trakcie jedenastoletniej pracy na tym stanowisku mógł zarobić nawet 33,5 miliona złotych.

„[…] Nie polepszyłem swojej sytuacji finansowej, idąc do polityki. Zrezygnowałem, lekko licząc, do emerytury, może nawet z jakichś 100 milionów złotych. Zrezygnowałem z radością, muszę dodać” – mówił w wywiadzie dla gazety.

„Poważna propozycja rzeczywiście padła”

Szef rządu pytany był również o propozycję, jaką otrzymał ponad trzy lata temu. Donald Tusk – wówczas premier – oferował mu objęcie funkcji ministra finansów. Miało to miejsce po odwołaniu z tego stanowiska Jacka Rostowskiego.

Jak stwierdził Morawiecki, „poważna propozycja objęcia funkcji po ministrze Rostowskim rzeczywiście padła”. Dodał, że nie przyjął jej.

„A przecież nie było wiadomo, że Tusk wyjedzie do Brukseli, a Platforma tąpnie. Proszę sobie popatrzeć na ówczesne sondaże. Po prostu nie chciałem być w tamtym rządzie. Spotkałem się wtedy z Jarosławem Kaczyńskim i powiedziałem mu o tej propozycji. On pyta: jaka jest pana decyzja? Ja na to, że odmówiłem. A to bardzo się cieszę – odparł. Nie zapadły wtedy żadne inne ustalenia” – mówił obecny premier.

„Chciałem być w ekipie naprawy Polski”

Mateusz Morawiecki podkreślił również, że „nie odpowiadała mu filozofia »nicnierobienia«”.

„Brak reform społecznych, zapaść instytucji bez realnej możliwości wpływania na ich naprawę” – zaznaczył. Jak także stwierdził, miał „ogólne poczucie”, że „chce wejść do polityki”.

„Z tą myślą szedłem do pracy w bankowości. Chciałem być w ekipie naprawy Polski, likwidowania patologii III RP. Ale przecież trudno było przewidzieć wygraną PiS w 2015 roku. Jarosław Kaczyński niczego mi nie obiecywał. Skłamałbym, że nie widziałem siebie w przyszłym rządzie PiS. Sądziłem jednak, że to prędzej będzie koalicja z PSL, ba, może nawet z SLD. Byłem gotów także w takim przypadku pracować. Kłóciłem się o to z kolegami z dawnego podziemia” – dodawał.

RadioZET/Dziennik Gazeta Prawna/Gazeta Wyborcza/JZ