Słuchaj
Mateusz Ptaszyński, Marcin Sońta
Michał Korościel
Damian Michałowski, Ewelina Pacyna
Redakcja Radia ZET
Sprawdź co graliśmy

Teraz gramy

Protest listonoszy: będzie rózga dla zarządu. "Jesteśmy przeciążeni, musimy pracować za dwóch" fot. Jakub Orzechowski/Agencja Gazeta

Protest listonoszy: będzie rózga dla zarządu. "Jesteśmy przeciążeni, musimy pracować za dwóch"

06.12.2017

6 i 7 grudnia listonosze organizują akcje protestacyjne w kilku miastach w Polsce. Symbolem protestu jest rózga, która ich zdaniem należy się zarządowi Poczty Polskiej. Czego oczekują i co im przeszkadza? Zapytaliśmy. 

W opisie całej akcji protestacyjnej na portalu społecznościowym listonosze piszą, że oczekują od zarządu Poczty Polskiej „realnych działań”. Tytułowa rózga jest przeznaczona dla zarządu Poczty Polskiej. Chodzi o podwyżki wynagrodzenia zasadniczego o 1000 zł brutto do poziomu minimum 3200 brutto oraz premii za okres świąteczny. Na ten moment siedem miast zgłosiło chęć udziału w proteście. Są to: Wrocław, Zielona Góra, Opole, Częstochowa, Koło, Dobre Miasto i Warszawa. W stolicy, inaczej niż w innych miastach, protest odbędzie się dzień później – 7 grudnia.

pocztaakcja

Listonosze swoje niezadowolenie wyrażają w postach na facebookowej stronie „Listonosze Polska”. Z wypowiedzi wielu z nich, a także z opisu samego wydarzenia, wynika, że pracownicy czują się opuszczeni przez związki zawodowe. „Ich przyjaciele to kadra kierownicza, a nie szary pracownik” – piszą listonosze organizujący akcję protestacyjną.

- Musimy się zmagać z zarządem, który obiecuje podwyżki, a my tych podwyżek nie dostajemy. A jeżeli już to są symboliczne - mówi Rafał Czerski, który był listonoszem w Wołominie.

Faktycznie, w tym roku zarządzono podwyżki.  Jedną w czerwcu - 150 zł brutto, druga w wysokości 120 zł brutto została przyjęta podczas grudniowych negocjacji, w których brał udział Związek Zawodowy Poczty Polskiej.

Listonosz z Wrocławia Tomasz Gryszczuk uważa, że ta decyzja jest „nie do zaakceptowania dla większości załogi". - Są to pieniądze nieadekwatne. Nadal będzie brakowało pracowników na urzędach – uważa. - Podwyżki ogłoszono 2 dni przed protestami żeby zamknąć usta załodze - mówi.

Braki kadrowe

Tomasz Gryszczuk jest współorganizatorem akcji protestacyjnej we Wrocławiu. Wyjaśnia, że protest będzie miał po części formę happeningu. - Listonosz w roli św. Mikołaja wymierzy prezesowi Poczty Polskiej – mówi. - Będziemy też zbierać podpisy pod naszymi postulatami, bo bez diametralnych podwyżek nic się nie zmieni. Wyczuwamy to od lat. Długoletni pracownicy są obciążeni pracą i często po prostu odchodzą. Przychodzą młodzi, ale oni też uciekają. Awiza trafiają do skrzynek, bo listonosze się nie wyrabiają - tłumaczy. Dodaje, że pracownikom chodzi o normalny wzrost wynagrodzenia. - „Solidarność” doprowadziła np. do wzrostu wynagrodzenia w Volkswagenie w Poznaniu - podaje przykład.

Pan Rafał nazywa podwyżki iluzorycznymi. - Od nowego roku będzie podwyżka płacy minimalnej i wyjdzie na to, że zarabiamy 100 zł więcej od płacy minimalnej - wyjaśnia.

Pan Tomasz uważa, że ostatnie podwyżki były niskie, gdyż próbowano je przyznać wszystkim grupom po równo, nawet tym, które - jego zdaniem - nie mają kryzysu kadrowego. - Chodzi np. o kierowników, którzy zarabiają powyżej 3000 zł. Ta walka z kryzysem na Poczcie Polskie jest pozorowana. Dobra pod publiczkę - mówi.

Zarobki listonosza zależą od regionu i wahają się od 2100 zł do 2250-2300 zł. Są to kwoty brutto. Oznacza to, że listonosze nie mogą praktycznie liczyć na pensję powyżej dwóch tysięcy zł. Coraz mniej osób godzi się na takie warunki finansowe. To oznacza wolne wakaty i więcej pracy dla tych, którzy zostali.

pocztascreen

- Musimy obskoczyć cale miasta za kolegów, których nie ma, bo nikt już nie chce pracować - tłumaczy pan Rafał. Poczta radzi sobie z brakiem pracowników na różne sposoby. Pan Rafał podaje przykład z Wołomina. -  Na okres wakacyjny zatrudniano osoby uczące się, z liceów czy techników. Zatrudnia się też więźniów. Zdarzało się, że kurierzy dowozili więźniów bez obstawy na urzędy - mówi.  - W ostatnim półroczu dwóch czy trzech więźniów uciekło. Zdarzały się tez duże kradzieże - dodaje.

- Spada na nas ogrom pracy, rejony są za duże, a nas za mało. Kiedy kolega zachoruje albo rejon nie jest obsadzony to wówczas musimy wykonywać tę pracę dodatkowo - mówi pan Tomasz. - Jest to odczuwalne zwłaszcza w okresie świątecznym. Oprócz przeciążenia to zwyczajnie nie starcza nam do 10. każdego miesiąca. Zarabiamy grosze. Dodatkowo nieodpłatnie roznosimy ulotki i zajmujemy się sprzedażą kredytów - wylicza.  

Nie tylko roznoszenie listów

Bo spadająca liczba pracowników oznacza też, że listonosze zajmują się wieloma rzeczami poza swoim głównym obowiązkiem, a więc dostarczaniem korespondencji.

- Powinniśmy być w pracy o 7:30 i już wtedy mieć posortowane listy - wyjaśnia pan Paweł. -  To niezgodne z prawem pocztowym, żebyśmy sami te listy sortowali. Możliwa jest kradzież listów, w przypadku kiedy są niezarejestrowane - dodaje. - Niektórzy pracownicy są w pracy o 5 rano i sortują listy. Potem dostajemy je do ułożenia. Później wychodzimy w rejon i w efekcie najmniej czasu mamy na dostarczanie listów. W międzyczasie musimy sprzedawać ubezpieczenia, słodycze, znicze, rajstopy, zakładać konta bankowe – wylicza były pracownik Poczty Polskiej. Jego zdaniem listy w tej układance „są na samym końcu”. Mało tego. Pan Paweł dodaje, że za dodatkowe zajęcia często nie dostają premii.  - Nikt nam za to nie płaci. To cały urząd musi osiągnąć limit, a jeżeli np. jedna osoba nie wyrobi tego limitu to wówczas nikt nie dostaje premii – dodaje.  

Na Poczcie Polskiej istnieje 78 związków zawodowych. W rozmowach z listonoszami da się wyczuć zawód w stosunku do związków, zwłaszcza dwóch głównych. – „Solidarność” Pracowników Poczty Polskiej zaczęła tak naprawdę działać w czasie protestów w marcu i kwietniu. Wtedy przyjęła stanowisko podobne do naszego, ale uważam, że było to mydlenie oczu. W wyniku protestów zostały zwolnione trzy osoby w tym ja – mówi pan Rafał.  – Na stronie  pracowniczej solidarności pocztowej wieszają na nas psy i wylewają pomyje - dodaje.  Listonosz uważa, że  „Solidarność” Pracowników Poczty Polskiej nie działa. - Ci którzy wstępują do związku i są generalnie blisko to regularnie jeżdżą na wycieczki, mają dodatkowe profity, a reszta nie ma z tego nic - mówi. - Bogumił Nowicki kazał się modlić, żeby na Poczcie było lepiej. Oni jeżdżą na pielgrzymki, a my klepiemy biedę - dodaje.

"Bez wychodzenia na ulice nic się nie zmieni"

Pracownicy Poczty Polskiej, z którym rozmawiałam, wierzą w protest.

- Akcja protestacyjna może wiele dać. Moja wypłata wzrosła około 400 zł na rękę. Więc zarabiając około 1500 zł netto to jest różnica - twierdzi Ewelina, pracownica poczty na Śląsku*. Nie chce wypowiadać się pod swoim nazwiskiem, bo – jak mówi – już teraz czuje, że jest na celowniku.  - Sukces wiosennych protestów przypisały sobie związki zawodowe, ale to my – zwykli pracownicy wyszliśmy na ulice. Gdybyśmy nie wyszli, to nic byśmy nie ugrali - przekonuje listonoszka. - Mój partner został w dzień protestu zwolniony. Płacił składki, a związki nic z tym nie zrobiły.  Nam jedna pani z "Solidarności" Poczty Polskiej na początku pomagała, ale potem wyszło jak wyszło – mówi.

Pani Ewelina przyznaje, że sytuacja w pracy jest nieciekawa. - Co chwilę ktoś się zwalnia. Ludzie nie wytrzymują, chodzą na zwolnienia lekarskie. Ja miałam dwa dni urlopu, ale i tak dzwonili co chwilę, żebym przyszła do pracy. A kiedy mam odpocząć? Załatwić swoje sprawy? - pyta retorycznie.

Listonoszka wskazuje też na natłok obowiązków ze względu na braki kadrowe.

- W okresie świątecznym, co oczywiste, jest więcej przesyłek, są też grubsze - mówi. - Człowiek jest zwyczajnie zmęczony fizycznie ciągłym lataniem z ciężką torbą po piętrach w blokach.  Listów jest więcej, bo ludzie nawet kartki świąteczne wysyłają poleconym. Jak mam codziennie 100 poleconych to w tym okresie:  150-200. To zajmuje czas. Nie da się tego zrobić w osiem godzin. Rejony są przeciążone - wyjaśnia pani Ewelina.  

Państwowa Inspekcja Pracy tłumaczyła podczas swoich wizyt, że pracownicy nie muszą pracować dłużej niż osiem godzin, a nawet nie powinni. - Mój rejon od kilku jest większy o 20 proc. i nikt mi za to nie płaci - mówi listonoszka.  Przyznaje, że zastanawia się nad zmianą pracy. - Atmosfera jest ciężka, a ja jestem zwyczajnie wkurzona - dodaje.  

Choć pani Ewelina stara się od jakiegoś czasu nie pracować po godzinach to pamięta, że w okresach świątecznych zdarzało jej się przychodzić do pracy na 8.00 a wychodzić o 20.00.  - Córka do mnie dzwoniła, a miała wtedy 8-9 lat. Mówiła: „Mamo, gdzie ty jesteś. Rzuć tę pracę, nie możesz tyle pracować” - opowiada.

Szorstka przyjaźń ze związkami zawodowymi

Listonoszka pamięta swoją decyzję o rozpoczęciu pracy na poczcie. - Myślałam, że to super okazja. Bo to państwowa instytucja, będą o mnie dbały związki zawodowe, będę miała jakąś stabilność. Moje zdziwienie było wielkie. Na początku zarabiałam 1100-1200 zł. Tyle sobie poprawiłam - kwituje.

Podobnego zdania są organizatorzy protestu we Wrocławiu.

- „Solidarność” Pracowników Poczty Polskiej, jak i większość związków, nie popierały wcześniejszych protestów organizowanych w tym roku – mówi Tomasz Gryszczuk - Pracodawca nas straszył konsekwencjami, wyspecjalizowane osoby czytały pisma i informowały, że nasze demonstracje są nielegalne. To było jawnym kłamstwem, bo wszystkie nasze demonstracje były zarejestrowane i odbywały się poza lub przed godzinami pracy. Pracodawca straszył odpowiedzialności służbową za udział w protestach, a „związek w ogóle nie zainteresował się tym faktem. Klaudiusz, który został dyscyplinarnie zwolniony za udział i zorganizowanie protestu, nie dostał od nich wsparcia. Tomasz Gryszczuk nazywa "Solidarność" Pracowników Poczty Polskiej „żółtym związkiem zawodowym”. Według niego stoi on bardziej po stronie pracodawcy.

Pan Tomasz mówi, że ma dosyć „klimaty lekceważenia” pracowników. Umowa ma podpisaną do końca grudnia. Potem wyjeżdża za granicę.   

- Ludzie mówią ze protesty nic nie zmienią. Tymczasem podwyżek nie było od ośmiu lat. Nie byłoby ich nadal, gdybyśmy nie wyszli na ulice i nie zaczęli się organizować poza związkami. Mieliśmy już ich serdecznie dosyć - dodaje Gryszczuk.

poczta listonosze fot. Facebook screen

Przy okazji akcji protestacyjnej we Wrocławiu listonosze chcą pokazać, że – ich zdaniem – pracodawca „gra nie fair”. - Publikuje się informacje, że pracownicy eksploatacji (czyli listonosze, służba obsługi klienta, kierowcy) zarabiają 3625 zł brutto – nikt z nas takich pieniędzy nie widział - mówi pan Tomasz.  - W tym zestawieniu podliczono wszystkie możliwe premie, które właściwie są nierealne do zdobycia. Pracodawca wyciągnął średnią stażowego oraz zsumował różne dodatki. To zręczna manipulacja. Teraz społeczeństwo może odnieść wrażenie, że pracownicy poczty maja dosyć dobrze i nie wiadomo po co protestują  - dodaje.

Co na to Poczta Polska?

Anna z Gdańska mówi, że uwielbia pracę z ludźmi i „na rejonie”. Przyznaje jednak, że marzy jej się taka pensja, żeby mogła spokojnie żyć, bez brania pożyczek. Pani Anna pracuje na poczcie od 30 lat.

 O komentarz w tej sprawie poprosiliśmy szefa "Solidarności" Pracowników Poczty Polskiej Bogumiła Nowickiego. - Strajk wymaga wcześniejszej realizacji wielu działań merytorycznych i formalnych. Pocztowa "Solidarność" nie prowadzi sporu zbiorowego i nie przeprowadzała referendum w sprawie strajku – mówi. -  Nie jest zatem możliwe narażanie naszych członków na represje związane z nielegalnym strajkiem . Ponadto nic nam nie wiadomo o tym, aby któryś z pocztowych związków takie referendum przeprowadził – dodaje.

Akcję protestacyjną skomentowała też rzeczniczka Poczty Polskiej Justyna Siwek. - Zapowiedzi przeprowadzenia pikiet w kilku miejscach w Polsce nie są tożsame z podjęciem akcji strajkowej, która zgodnie z obowiązującym prawem może być zorganizowana jedynie przez związki zawodowe po wyczerpaniu możliwości procedury rokowań z pracodawcą. Organizowanie pikiet w czasie wytężonej pracy to działanie wbrew interesom Poczty Polskiej – tłumaczy. Rzeczniczka zapewnia, że zarząd szanuje prawa pracownicze, a koszt wynagrodzeń stanowi w rocznym budżecie największą pozycję - ponad 4 mld zł. Przypomina też o zatrudnieniu w oparciu o umowę o pracę,  tegorocznych  podwyżkach i premiach miesięcznych „wypłacanych niezależne od wyniku”.

Pan Tomasz jest listonoszem w Toruniu. Tam nie będzie akcji protestacyjnej. Osobiście jednak ideę popiera. - Doświadczenie pokazuje, że jeżeli pracownicy nie działają, to nic nie mają. Kiedy wychodzą na ulice, to nagle się okazuje, że można znaleźć pieniądze – mówi. Dodaje, że w jego urzędzie nie ma problemów z wakatami, ale wie, że w innych miejscach – zwłaszcza na obrzeżach miasta – nie jest tak różowo – Listonosze muszą przejeżdżać wiele kilometrów na rowerze. Mało kto chce przychodzić do pracy, skoro lepszą pensję można dostać np. w sklepie. No i wtedy jest się w pomieszczeniu. A tutaj trzeba pracować na dworze: czy to deszcz, czy to śnieg - mówi .

*Niektóre imiona zostały zmienione na prośbę bohaterów. 

Katarzyna Mierzejewska