Zamknij

Przemysław Czarnek zapowiada nowy przedmiot. "Moi uczniowie już mają 39 godzin tygodniowo"

19.10.2021 08:51
Przemysław Czarnek
fot. Tomasz Jastrzebowski/REPORTER

Nowy przedmiot historię i teraźniejszość uczniowie mieliby mieć już od września 2022. I ma on się zmieścić w obecnej siatce godzin historii - dowiedziało się RadioZET.pl. Przeciwni pomysłowi MEiN są nawet nauczyciele historii: - Nie doprowadźmy do tego, żeby uczniowie znienawidzili tę szkołę - apelują.

Nazwa przedmiotu zmienia się jak w kalejdoskopie. Najpierw minister edukacji Przemysław Czarnek mówił o historii najnowszej, potem przewijała się nazwa historia Polski XX i XXI wieku, a ostatnio – w tygodniku „Sieci” zapowiedział: będzie to historia i teraźniejszość. Powiedzmy, że nazwa to sprawa drugorzędna. Ważniejsze jest to, czego tam będzie się uczyć młodzież. Tu znów konkrety nie padły, ale gdy pojawiał się temat nowego przedmiotu, przedstawiciele ministerstwa wymieniali takie zagadnienia: ruchy i zrywy niepodległościowe, walka Polskiego Państwa Podziemnego po II wojnie światowej, Solidarność, Komitet Obrony Robotników, strajki na Wybrzeżu, Lubelski Lipiec 80., wydarzenia 1989 r. i przełomu XX i XXI wieku, a konkretniej np. funkcjonowanie naszego kraju w ramach UE, w tym ewolucja Unii z tworu praworządnego na twór niepraworządny (ten ostatni temat zapowiedział w maju na antenie Radia Wrocław minister edukacji Przemysław Czarnek). Do tego traktat lizboński i oczywiście żołnierze wyklęci. I jeszcze utrwalanie martyrologii, bo jak wielokrotnie podkreślał Czarnek, te zagadnienia powinna poznać polska młodzież.

- Historia obozu dla dzieci w Łodzi czy dzieci z Zamojszczyzny jest historią nieznaną i to jest wstyd dla państwa polskiego - to słowa ministra z sierpnia.

Wiadomo też, że nie będzie rozdzielenia na historię Polski i historię powszechną. Taka zapowiedź padła na październikowych obradach Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży od dyrektora departamentu Programów Nauczania i Podręczników w MEiN Artura Góreckiego.

Kiedy przedmiot wejdzie do szkół? Jak nieoficjalnie dowiedziało się RadioZET.pl, Ministerstwo Edukacji i Nauki chce, żeby przedmiot ten zaczął funkcjonować już od września 2022. I według naszych informacji ministerstwo chce zmieścić go w obecnej siatce godzin historii. Kto będzie się tego uczył? Historię i teraźniejszość mają mieć uczniowie ze szkół średnich już od pierwszej klasy. Bez względu na to, czy jest to liceum, czy technikum, czy są to profile humanistyczne, czy biologiczno-chemiczne.

I najważniejsze pytanie: po co ten nowy przedmiot? Tu już wątpliwości nie ma.

„Szkoła poza funkcją edukacyjną, opiekuńczą i wychowawczą powinna także wychowywać patriotycznie. To wychowanie patriotyczne powinno w dużej mierze odbywać się m.in. na lekcjach historii” - to tłumaczenie wiceministra edukacji Dariusza Piontkowskiego z października.

„Powstanie nowego przedmiotu historycznego to odpowiedź na postulaty wielu przede wszystkim młodych ludzi, którzy czują głód tej wiedzy. Tej wiedzy niestety w szkole nie mogą się dowiedzieć z racji obiektywnych: brakuje czasu” - tak twierdził wiceminister Tomasz Rzymkowski. W rozmowie z RadioZET.pl dodawał:  „Rozmawiając chociażby z moim wyborcami, często słyszę, że ich wnuki czy dzieci w ogóle nie znają najnowszej historii Polski.”

Minister Czarnek najczęściej tłumaczy to jednym zdaniem: „dla zakończenie pedagogiki wstydu, która towarzyszyła naszej edukacji przez kilkadziesiąt lat”.

Posłuchaj podcastu

Nauczyciele historii o pomyśle MEiN: szkoła jak etat

To teraz z perspektywy ministerstwa przenieśmy się do szkół, czyli liceów i techników, których zmiana ma dotyczyć.

- Brakuje niektórych tematów, ale nie brakuje godzin historii, ja zdążam z materiałem – odpowiada Dominika Maciaszek, nauczycielka historii w XV LO w Łodzi i w Liceum Politechniki Łódzkiej.

- Liczba godzin historii jest wystarczająca, docierałam do samego końca – podobnie mówi Małgorzata Piątkowska, nauczycielka historii, dyrektorka Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 5 w Łodzi i podaje przykłady zagadnień: - W klasach po gimnazjum pracujemy modułami. Np. mamy zestaw: polskie spory i idziemy przez wojny, do lat najnowszych. Mówimy o globalizacji, Unii Europejskiej, oglądamy filmy, dyskutujemy – wylicza.

Nauczyciele obawiają się jednego: jeśli pojawi się nowy przedmiot - wciąż nie wiadomo w jakim wymiarze i w których klasach - to trzeba będzie komuś godziny zabrać. Komu i co?

- Jestem przekonana, że będą zabrane godziny do dyspozycji dyrektora, to znaczy jeśli np. w danej klasie gorzej idzie na maturach próbnych z matematyki, to mogę dać dodatkowe godziny z tego przedmiotu - tłumaczy Piątkowska. I przypomina jeszcze o jednym: - W trzeciej klasie uczniowie mają 39 godzin tygodniowo, jeśli dołożymy nawet jedną, dwie godziny, to młodzież będzie spędzała w szkole więcej godzin niż wynosi etat dorosłego człowieka.

Kolejna historyczka wspomina, jak uczniowie pytali ją, czy wie coś więcej o kolejnym pomyśle MEiN.

- Są w szkole od godz. 8 do 16, potem praca domowa, koła. Dodatkowy przedmiot przy dzisiejszych napiętych godzinach budził ich przerażenie i pytania: gdzie ja to wcisnę – wspomina Maciaszek.

Mniej historii, więcej matematyki

Nauczycielka matematyki z warszawskiego liceum zaczyna tę opowieść, wracając do swoich lat szkolnych, czyli jakieś 40 lat wstecz.

- Od tego czasu nie ubył żaden przedmiot. Dochodziły tylko kolejne i kolejne – przypomina.

A co do historii mówi wprost: nie potrzeba tyle godzin.

- Daty, wydarzenia przy obecnej dostępności źródeł informacji można w każdej chwili wyszukać, sprawdzić, albo po prostu poczytać w książkach o danym temacie. Widać to po lekcjach zdalnych, kiedy uczniowie w końcu nie wkuwali tego na pamięć, tylko błyskawicznie wpisywali w laptopa, telefon i odpowiadali. Uczmy takich przedmiotów, których sam uczeń się nie nauczy, które trzeba wytłumaczyć – wyjaśnia.

Na myśli ma np. o matematykę. Nieprzekonani powiedzą, że to oczywiste, bo zazwyczaj matematyk będzie dążył do tego, żeby matematyki było jak najwięcej, chemik chemii, a historyk historii. Ale tu akurat historycy są zgodni z innymi przedmiotowcami.

- Wiem, że mówię to wbrew sobie, bo jeśli ministerstwo podniesie pensum (liczba godzin przy tablicy) do 22 godzin, to nie będę miała całego etatu. Dodatkowe godziny dałyby mi pełne zatrudnienie, ale nie doprowadźmy do tego, żeby uczniowie znienawidzili tę szkołę – mówi Dominika Maciaszek.

- Nie można patrzeć na ten problem przez pryzmat zatrudnienia – dodaje Małgorzata Piątkowska.

Sama zwraca uwagę na to, że szkoła powinna kształtować umiejętności związane przede wszystkim z przedmiotami ścisłymi, bo przez wiele lat w szkołach średnich fizyka czy chemia były po godzinie i młodzież ma z tym ogromne problemy.

A ministerstwo? Twierdzi dokładnie odwrotnie. Wiceminister Rzymkowski w rozmowie RadioZET.pl owszem przyznał, że podstawa programowa jest przeładowana i chemii czy biologii powinno być mniej w klasach humanistycznych, ale historii w klasach biologiczno-chemicznych powinno być więcej.

Uczniowie proszą o więcej historii? "Nie znam takich"

To teraz w liczbach. W liceum w sumie jest osiem godzin historii do rozłożenia na cztery lata. Do tego dwie godziny wiedzy o społeczeństwie. To siatka godzin dla klas ścisłych. Na profilach humanistycznych dyrektor może dołożyć dodatkowe godziny w ramach tzw. godzin dyrektorskich i np. w XV LO humaniści – oprócz obowiązkowych ośmiu godzin historii – mają sześć kolejnych przez cztery lata. Dla technikum również przypadło osiem godzin w rozłożeniu na pięć lat i do tego dwie godziny WOS-u. Chemia i biologia dostały po cztery godziny.

- Nie chodzi o to, aby wymagać od klas biologiczno-chemicznych daty dziennej bitwy pod Kircholmem, to już jest dla znawców, ale chodzi o to, żeby wiedzieć, że taka bitwa była. To kwestia metodologii, uczenia związków przyczynowo-skutkowych, pewnych mechanizmów – mówił w RadioZET.pl.

I w tym ostatnim wyjątkowo nauczyciele się zgadzają z ministerstwem, problem w tym, że MEiN robi dokładnie odwrotnie, bo to ono ustala siatki godzin i podstawy programowe.

- We współczesnej szkole powinnyśmy przechodzić z poziomu wiedzy, czyli przysłowiowego kucia na pamięć, na rzecz nabierania przez uczniów umiejętności, uczenia się ze świata, z otoczenia. W Polsce nauczyciele pracują jednak w reżimie podstawy programowej, a ta znów od kilku lat, od reformy edukacji, kładzie silny nacisk na wiedzę encyklopedyczną, znajomość faktów, na zapamiętywanie. Polska podstawa programowa liczy 150 stron, w szkołach międzynarodowych ma jedną stronę A4, prezentuje po prostu profil absolwenta, co on powinien umieć, znać - tłumaczy dr Joanna Leek z Wydziału Nauk o Wychowaniu Uniwersytetu Łódzkiego.

Na argumenty, że o więcej lekcji historii prosi sama młodzież, nauczyciele reagują tylko uśmiechem, bo takich uczniów nie znają i trudno im sobie takie sytuacje wyobrazić.

- Mam trzy osoby w klasie, które swobodnie dyskutują na historii, pozostałych to zwyczajnie nie interesuje, są zdystansowani, taka jest specyfika szkoły, nikt z nich nie zdaje historii – mówi Piątkowska i przewiduje, że przez to będzie to trudny przedmiot. Przynajmniej w technikum.

Maciaszek, zwłaszcza po pierwszych pytaniach uczniów, w liceum nie spodziewa się większego entuzjazmu. Zarówno w ścisłym LO Politechniki Łódzkiej, jak i w bardziej humanistycznym XV LO.

- Staram się, żeby ta historia była ciekawa, żeby ci fizycy, biolodzy w LO PŁ lubili tę historię, ale gdy jej będzie za dużo, to się zniechęcą. A nie jest fajnie pracować z ludźmi, którzy mają podejście typu: o Boże, znowu historia – przyznaje.

Tu w dyskusję włącza się Paweł, trzecioklasista z liceum z Warszawy, który na maturze planuje zdawać i historię, i wos rozszerzony.

- Mamy trzy godziny historii i przy mojej nauczycielce, a mamy super historyczkę, mnie to wystarcza – opowiada.

Jeśli ma na jakiś temat, jak to mówi, większą zajawkę, to śledzi portale historyczne, czyta książki, bo historia od zawsze była jego pasją. Ale, jak to bywa w klasach humanistycznych, są ludzie którzy profil wybrali świadomie, bo interesują się tymi przedmiotami i są tacy, którzy chcieli uciec przed matematyką.

- Takich nawet 10 godzinami nie zainteresuje się niczym – mówi licealista. Przyznaje też: - Jak słyszę, że ludzie mylą daty wybuchu II wojny światowej albo Powstania Warszawskiego, to mnie krew zalewa i wtedy myślę sobie, że tej historii najnowszej brakuje i dla każdego powinna być obowiązkowa. Ale od razu przypominam sobie, jaką katorgą dla mnie jest uczenie się biologii, jakby mi kazali uczyć się jej więcej, to nie zniósłbym tego, biochemy pewnie mają tak z historią.

Po co nowy przedmiot? Wystarczy zmiana programu

Nauczyciele podsuwają rozwiązanie: wystarczy zmienić podstawę programową.

- Zmniejszyć wymiar materiału ze starożytności, średniowiecza. Jeśli nie mamy się pochylać nad Mezopotamią, utnijmy te godziny, zróbmy lekcję syntetyczną i przenieśmy nacisk na wiek XX i XXI. Nie potrzeba nowego przedmiotu – mówi Piątkowska.

Maciaszek ma takie samo zdanie: - Bardzo lubię Sumerów czy Babilończyków, ale ta wiedza uczniom nie jest potrzebna, czy wszystkie fakty z wojny stuletniej. I tak tego nie zapamiętają, uczą się na zasadzie trzy razy „z”. Ważne, żeby wiedzieli, że taka wojna była. Wystarczy tu obciąć godziny i przeznaczyć na historię najnowszą.

Rozwiązanie wydaje się więc całkiem proste i logiczne. Po co więc to wszystko? Nauczyciele też nie mają wątpliwości.

- Mam wrażenie, że ten przedmiot ma dobrze przygotować ludzi, którzy będą w odpowiedni sposób manifestować, wykrzykiwać różne hasła, którzy potem przeniosą się na marsz niepodległości, na kontrmanifestacje – komentuje Piątkowska.

Nauczyciele, chociaż wciąż dokładnych planów ministerstwa nie znają i spodziewają się konkretów jak to zwykle bywa w ostatnim momencie, to w jednym przeważają: znają młodzież. A ta zwłaszcza, gdy im się coś narzuca, lubi się buntować.

RadioZET.pl