Zamknij
Dziecko z opiekunem
Dorośli rzadko słuchają dzieci
fot: Fizkes/Shutterstock
"CHCĘ PÓJŚĆ DO ANIOŁKÓW"

Psychiatra: Najmłodszy pacjent po próbie samobójczej? Niecałe osiem lat

Aleksandra Pucułek
Aleksandra Pucułek Redaktor Radia Zet
03.12.2021 10:22
03.12.2021 10:22

Od siedmioletniej pacjentki kiedyś usłyszałam: ja bym chciała pójść do aniołków, tam jest lepiej. Czy nasz tok rozumowania wobec dzieci jest więc właściwy? Czemu nam dorosłym jest tak trudno słuchać młodszych?

Aleksandra Pucułek: - To, co się dzieje teraz, przerosło nasze wyobrażenia. Od tego zaczęła pani naszą pierwszą rozmowę. To co się dzieje?

Dr Aleksandra Lewandowska, konsultantka krajowa w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży, ordynatorka oddziału psychiatrycznego dla dzieci w Szpitalu im. Babińskiego w Łodzi: - Oddziały psychiatrii dziecięco-młodzieżowej zawsze były przeciążone, ale teraz liczba zgłaszających się pacjentów do szpitali i poradni w całym kraju w porównaniu z początkiem ubiegłego roku szkolnego wzrosła średnio o 30 proc. W niektórych oddziałach nawet o blisko 100 proc. Przykład z mojego szpitala: na oddziale młodzieżowym mamy zakontraktowanych 15 łóżek, w tej chwili jest 37 pacjentów. Były takie dni, kiedy ta liczba sięgała 42, 44 pacjentów. Sytuacja wygląda podobnie w innych miejscach, obłożenie oddziałów - głównie młodzieżowych - sięga 150, 170, a nawet ponad 200 proc. Najczęściej trafiają do nas dzieci i młodzież w głębokich kryzysach i te kryzysy dotykają całych rodzin.

W izbie przyjęć pierwsze zdanie, jakie najczęściej słyszę, to: pacjent nieleczony do tej pory psychiatryczne, przywieziony przez zespół ratownictwa medycznego w wyniku podjętej próby samobójczej poprzez - i tu są różne informacje - albo próbę lekową, albo próbę zadzierzgnięcia, albo wyskoczenie przez okno. Trafiają do nas coraz młodsze dzieci. Nasz najmłodszy pacjent, którego przywieziono na oddział po próbie zadzierzgnięcia, miał niespełna osiem lat. Całe szczęście, że opiekunom udało się w porę zainterweniować.

Nieraz zdarza się, że rodzic siedzi w pokoju obok i nie wie, że dziecko podejmuje właśnie próbę samobójczą w domu.

- W trakcie nauki zdalnej mieliśmy takie historie, np. rodzice siedzą w drugim pokoju i nagle pod dom podjeżdża karetka, policja, bo dziecko zaczęło pisać na forum, że ma dość życia, albo na lekcji nauczyciel dostrzegł, że uczennica próbuje się udusić paskiem. Te działania, które podejmują dzieci, czyli próby samobójcze, samookaleczenia, to jest wierzchołek góry lodowej, z którym stykamy się w izbie przyjęć. Jak zaczynamy pracować w oddziale z pacjentem, jego rodziną, to często odkrywamy przeróżne dramaty, ale najbardziej niepokoi nas to, że coraz częściej dzieci doświadczają przemocy: rówieśniczej - w czasie nauki zdalnej przemoc przeniosła się do sieci - albo w rodzinie. Chodzi tu o przemoc fizyczną, psychiczną i seksualną. Przez pandemię pełny nadzór kuratorów, opieki społecznej był okresowo niemożliwy, stąd liczba osób dotkniętych przemocą wzrosła.

Na oddziale młodzieżowym mamy zakontraktowanych 15 łóżek, w tej chwili jest 37 pacjentów. Były takie dni, kiedy ta liczba sięgała 42, 44 pacjentów

Kto atakuje?

- Zdarzało się np., że dziecko uczestniczy w zajęciach online, a w tle tata pod wpływem alkoholu atakuje mamę, brata. Przemoc wobec dziecka stosują dość często osoby z najbliższego otoczenia: rodzic zastępczy, wujek, ciocia, starsze pełnoletnie rodzeństwo.

W jaki sposób dzieci zaczynają o tym mówić?

- Czasem w dziecku, nastolatku pojawia się takie poczucie bezradności, złość, że już w trakcie wstępnego wywiadu w izbie przyjęć, w trzecim, czwartym zdaniu mówi: mama, tata mnie bije, jestem wyzywany, ja tego dłużej nie wytrzymam. Niekiedy pacjent zaczyna opowiadać o tym dopiero w trakcie hospitalizacji, chociaż biorąc pod uwagę jego zachowanie, już wcześniej zanim sam coś ujawni, podejrzewamy, że mógł doświadczać przemocy. Kiedyś trafił do nas pięciolatek z niepełnosprawnością intelektualną, już w izbie przyjęć jego zachowanie wskazywało na to, że może być narażony na przemoc. Był pobudzony, wystraszony, zaniedbany, niedożywiony. Nie pozwalał do siebie podejść. W oddziale nie mieliśmy już wątpliwości, że doświadczał przemocy, bo gdy ktoś coś głośniej powiedział, chował się pod łóżko, nie chciał wyjść, jak ktoś za blisko podszedł, atakował. Inna nasza pacjentka, nastolatka, mimo naszych podejrzeń, pytań, długo milczała. Dopiero gdy drugi raz trafiła na oddział, opowiedziała, czego doświadczała. Często ci pacjenci są pod opieką różnego rodzaju poradni, ale nie ujawniają tam, co tak naprawdę się dzieje, bo najczęściej przychodzą z opiekunem, który jest przemocowy i potem muszą wrócić z nim do domu. W oddziale jest inaczej, bo są w innej przestrzeni, daleko od domu.

Przemocy psychicznej nie widać, trudniej jest stwierdzić, że ktoś jej doświadcza. Powiedzmy więc, jakie to są zachowania?

- To słowa i zachowania, które nie pozostawiają śladów na ciele, ale przez nie osoba czuje się upokorzona, cierpi na tym jej godność, wartość. Jeśli rodzice mówią dziecku: nic ci nie wychodzi, nic nie osiągniesz, jak ty wyglądasz, nic dziwnego, że nie masz kolegów, albo gorsze epitety, np. wyglądasz jak gruba świnia lub wulgaryzmy - to jest przemoc psychiczna. Podobnie jak nieodzywanie się do dziecka. Jeśli nie słuchamy syna czy córki, mamy swoją wizję na kreowanie jego, jej świata, bez uważności na to, co mówi – to też jest zachowanie przemocowe. Np. dziecko tłumaczy, że nie daje rady dłużej siedzieć nad książką, a rodzic stoi i powtarza: nie pozwolę ci wyjść, jak tego nie skończysz. Kiedyś ośmiolatek opowiadał nam w oddziale, że w takiej sytuacji bał się powiedzieć, że chce iść do toalety i mimowolnie oddał mocz. Inny mój pacjent kiedyś płakał w gabinecie, bo mama kazała mu grać na wiolonczeli, chociaż nie chciał. Kobieta jednak uznała, że szkoła muzyczna jest priorytetem. Chłopiec powtarzał, że nie lubi tego, ale nikt go nie słuchał, potem stwierdził, że zagryzie zęby i da radę. Trafił do mnie, bo nie był już w stanie tego znieść. To nie jest odosobniona historia. Niektórzy rodzice myślą, że dziecko to ich własność, a ono ma swoją autonomię, indywidualną drogę rozwoju. Rodzic nie ma prawa decydować o jego losie, przyszłości. Jako rodzice jesteśmy odpowiedzialni za dziecko, ale mamy towarzyszyć mu w podróży zwanej życiem, a nie układać życie. Czemu nam dorosłym jest tak trudno słuchać dzieci?

Bo nie traktujemy ich jako partnerów, jako kogoś równego w rozmowie?

- I nie uczymy ich tego. Dzieci nie wiedzą, co to znaczy relacja partnerska w komunikacji, wzajemny szacunek, słuchanie z uważnością, bo uczą się przez naśladownictwo. A co widzą wokół? Wystarczy, że wejdziemy do sklepu, jedna pani drugiej zasłoni drogę, nie tak spojrzy i zaczynają się niemiłe określenia, jest głośno, agresywnie. Dzieci są świadkami tych zachowań i je powtarzają. To jest niebezpieczne, bo jeśli my dorośli będziemy szli taką drogą to dzieci też.

Pandemia wzmogła problemy w wielu polskich domach
fot. VOISIN/PHANIE/East News

Jak do tego wszystkiego dochodzi, skoro podobno żyjemy w kraju, w którym dziecko jest na piedestale, jest chronione od samego początku?

- Jeśli wydaje się nam, że podążamy w dobrym kierunku, to rozejrzyjmy się wkoło i zastanówmy, czy to, co się dzieje w naszym społeczeństwie, z naszymi dziećmi odpowiada naszym wyobrażeniom? Skoro tak dbamy o te dzieci, to jak to się dzieje, że przybywa nastolatków, kilkulatków z problemami emocjonalnymi, psychicznymi, że dziecko mówi mi: to życie jest straszne, trudne, nie chcę żyć. Od siedmioletniej pacjentki kiedyś usłyszałam: ja bym chciała pójść do aniołków, tam jest lepiej. Czy nasz tok rozumowania wobec dzieci jest więc właściwy? No nie do końca!

Przy takiej liczbie dzieci, nastolatków z problemami tym bardziej potrzebna jest zapowiadana reforma psychiatrii dziecięco-młodzieżowej. Założenia były takie: mamy trzy poziomy wsparcia. Pierwszy tworzą zespoły środowiskowej opieki tak, żeby każde dziecko, nastolatek miało dostęp do pomocy i by dostało ją, zanim będzie potrzebny szpital. Od lekarzy, rodziców słyszę jednak: reforma wlecze się, pomocy nie ma.

- W ramach opieki środowiskowej możliwe są przede wszystkim oddziaływania w środowisku naturalnym pacjenta, np. z młodym człowiekiem, który cierpi na zaburzenia lękowe, terapeuta wychodzi na spacer i ma możliwość przeprowadzenia treningu w naturalnych dla pacjenta warunkach, a nie w gabinecie. Jeśli jest potrzebne uzupełnienie wywiadu o wizytę w domu lub w szkole, terapeuta jedzie tam. Dzięki temu widzi więcej: w jakich warunkach pacjent funkcjonuje, jak to wygląda „od środka”. Okazuje się wtedy, że np. dziecko z ADHD, które potrzebuje przestrzeni, żeby się skoncentrować, mieszka na 20 metrach kwadratowych z trójką rodzeństwa i z babcią, która też wymaga opieki. Takie informacje są dla nas ważne.

Psychiatra dzieci i młodzieży dr Aleksandra Lewandowska
fot. Archiwum prywatne

Ale pierwszy poziom to nie tylko psycholog, psychoterapeuta, terapeuta środowiskowy i praca w środowisku, ale przede wszystkim współpraca z instytucjami takimi jak MOPS, GOPS, kuratorzy, przedszkole, szkoła. Wtedy łatwiej nam jest wychwycić dziecko, u którego zaczyna się problem. Chodzi o to, żeby nie było rozproszenia i sytuacji, że psycholog przyjmuje dziecko w poradni, wypisze opinię, ale praca z dzieckiem czy interwencja wobec niego, współpraca z innymi osobami lub instytucjami odbywa się już po godzinach i w zależności od zaangażowania. Teraz ta współpraca ma być skoordynowana. W czasie pierwszego lockdownu kiedy zaczęto wdrażać reformę, nie było możliwości, aby podjąć pracę w środowisku, więc nie było czego oceniać, być może dlatego część osób ma takie poczucie, że reforma się nie zaczęła. Poza tym często pacjenci nie mają pełnej wiedzy, psychiatra myli się rodzicowi z psychologiem, terapeutą. Z pacjentów, którzy zgłaszają się do szpitala, średnio 20 proc. wymaga konsultacji psychiatrycznej, a 10 proc. z nich - stałej opieki psychiatrycznej. Pozostałym wystarczyłoby wsparcie w środowisku.

Docelowo ma być ponad 400 zespołów opieki środowiskowej w całej Polsce, ile już powstało?

- Około 300 ośrodków podpisało umowy z NFZ, kolejne kilkadziesiąt jest w trakcie finalizacji. Są jeszcze obszary, gdzie brakuje tego pierwszego poziomu, jak Podlasie, województwo świętokrzyskie, czy zachodniopomorskie. Założenie jest takie, by przynajmniej jeden zespół działał w powiecie, w dużych miastach kilka, najlepiej jeden na dzielnicę, ale ważne, żeby dzieci z małych wiosek, miasteczek miały dostęp do tej opieki, bo do tej pory tych oddziaływań brakowało. Nieraz w poradni przyjmuję pacjentów, którzy dojeżdżają do mnie kilkadziesiąt, kilkaset kilometrów. Jeśli wizyty wypadają co dwa miesiące, to rodzina może sobie na to pozwolić, ale jeśli widzę wskazania do intensywniejszej opieki lekarskiej i psychologicznej, to ten rodzic nie dojedzie do poradni co tydzień, dwa. Gdy pytam wprost, czy jesteście państwo w stanie dojeżdżać, mama czy tata odpowiadają: proszę się nie obrazić, ale nie damy rady, albo ze względów finansowych, albo czasowych. Gdy szukałam opieki terapeutycznej, psychologicznej dla takich dzieci w ich miejscu zamieszkania, to zderzałam się ze ścianą, bo często działa tam jedna poradnia, od której słyszałam, że nie mają mocy przerobowych i nie prowadzą oddziaływań terapeutycznych. To był dramat tych mniejszych miejscowości.

Ważne, żeby dzieci z małych wiosek, miasteczek miały dostęp do opieki, bo nieraz w poradni przyjmuję pacjentów, którzy dojeżdżają do mnie kilkadziesiąt, kilkaset kilometrów

Skoro działa już większość opieki środowiskowej, a rodzic i tak idzie do psychiatry, to znaczy, że nie wie o tym, że może zgłosić się do kogoś innego. Gdzie może się o tym dowiedzieć?

- Te pierwsze poziomy nawiązując współpracę ze szkołami, przedszkolami, pomocą społeczną, kuratorami powinny zadbać o to, żeby te instytucje informowały o tym rodziców. Jeśli np. szkoła, bo to jest zazwyczaj pierwsze miejsce, do którego zgłasza się rodzic, nie wie o tym, że taka pomoc jest dostępna, to rodzic może wejść na stronę konkretnego oddziału NFZ, wpisać „opieka środowiskowa dla dzieci i młodzieży” i pojawią się dane dotyczące danego miejsca.

Do drugich poziomów należą oddziały dzienne, gdzie dziecko uczy się, ma normalne lekcje, potem terapię i wraca do domu. Pandemia też tu pokrzyżowała plany.

- Nieraz jak rodzice do nas dzwonią, to pytają o szkołę przyszpitalną, ale to nie jest rola oddziału dziennego. Mamy tu pacjentów z rozpoznaniami psychiatrycznymi, którzy wymagają intensywnych oddziaływań terapeutycznych, dla których opieka w ramach poradni jest niewystarczająca. Dzieci uczą się też tutaj, ale proporcje są inne, trzeba to podkreślić.

Pomimo pandemii na oddziale dziennym cały czas pracowaliśmy z naszymi pacjentami, uwzględniając oczywiście wytyczne epidemiologiczne. W czasie twardego lockdownu pacjenci mogli korzystać z opieki ambulatoryjnej zespołów, z którymi pracowali w oddziale i na tym nam właśnie zależy w kontekście reformy. Ciągłość, systematyczność, koordynacja, możliwość kontynuowania opieki w różnej formie w zależności od sytuacji i potrzeb pacjenta.

Terapie, spotkania w czasie lockdownu były prowadzone online i z tego co wiem, tryb zdalny był bardzo trudny w tym wypadku.

- Na początku pandemii uruchomiliśmy telefon wsparcia i mieliśmy takie sytuacje, że np. dziewczynka dzwoni z prośbą o pomoc, mówi, że ma silną potrzebę, żeby się zabić, że nie wie, czy dożyje do rana. Psychoterapeutka podtrzymuje rozmowę, próbuje się dowiedzieć o adres, alarmujemy policję, żeby namierzyła numer telefonu, wysyłamy karetkę, a dziewczynka się rozłącza. Ta historia na szczęście skończyła się dobrze, ale niekiedy w takich sytuacjach czuliśmy się jak detektyw, czasami jak negocjator. Musieliśmy mieć wyostrzone wszystkie zmysły, w maksymalnej koncentracji. Czasem pacjent zaczynał coś ujawniać, więc prowadziliśmy tak rozmowę, żeby dowiedzieć się więcej, czytając często między wierszami, co się kryje za jego słowami, z napięciem, żeby nie zerwał kontaktu. W trakcie wizyty w poradni jeśli coś złego zaczyna się dziać z pacjentem, mogę zainterweniować, a jak mam go po drugiej stronie laptopa, często kilkaset kilometrów ode mnie, to nie jest takie proste. Pomimo tych wszystkich trudności u części pacjentów taka forma opieki sprawdzała się, rodzice cenili sobie zdalną formę kontaktu, zwłaszcza jeśli mieszkali kilkaset kilometrów od poradni.

Coraz więcej dzieci ma problemy emocjonalne i psychiczne
fot. ARKADIUSZ ZIOLEK/East News

Ile jest oddziałów dziennych, ile ma powstać?

- Teraz jest ich ponad 40, najlepiej, żeby powstało trzy razy tyle, ale w krótkim czasie jest to mało realne. Stąd dwa warianty drugich poziomów, czyli oddział dzienny z opieką lekarską i specjalistyczną opieką psychoterapeutyczną ambulatoryjną lub możliwość tej specjalistycznej opieki w ramach pierwszego poziomu.

Mam nadzieję, że jeśli zmieni się finansowanie, to miejsca publiczne przyciągną specjalistów, których kiedyś straciły. Ostatnio jedna pani doktor, z którą rozmawiałam na konferencji, przyznała, że kilka lat temu poczuła się tak zmęczona i przeciążana pracą w systemie publicznym, brakiem możliwości pracy zespołowej, że była o krok od wypalenia. Przeszła do sektora prywatnego. Gdy słucha o reformie, to po raz pierwszy od kilku lat stwierdziła, że mogłaby wrócić do sektora publicznego. Podziękowałam jej za te słowa, bo one dają nadzieję. Oczywiście mogą się pojawić schody, ale jak się słucha siebie nawzajem, to można na bieżąco reagować i wprowadzać zmiany, np. już są zmiany dotyczące liczby świadczeń.

NFZ do tej pory mówił: płacimy tylko za bezpośrednie leczenie pacjenta, nie biorąc pod uwagę tego, że leczenie psychiatryczne dzieci to praca z całą rodziną. Wyznaczono limit 412 świadczeń dla poradni w ciągu miesiąca. To realne?

- To jest nierealne, ale dzięki głosom środowiska, będzie to zmienione. Z początkiem roku prace będą finalizowane i mam nadzieję, że osiągniemy kompromis, mamy deklarację, że ta liczba będzie satysfakcjonująca, bo inaczej nie przyciągniemy specjalistów.

Co z psychiatrami? Psychiatrię dziecięco-młodzieżową wpisano jako specjalizację priorytetową, ale nie wszędzie miejsca rezydenckie są zapełnione, czasami 90 proc. jest wolne.

- Do każdego zawodu trzeba mieć predyspozycje, w psychiatrii czas i cierpliwość są na wagę złota. Jak rozmawiam z moimi rezydentami, to zwracam im uwagę na ogromną odpowiedzialność, jaka wiąże się z tą specjalizacją, ale pokazuję też taką pracę, która pomimo trudów jest bezpieczna i ciekawa, to znaczy, jeśli ktoś ma możliwość pracy w zespole, gdzie ta odpowiedzialność nie jest jednostkowa, bo można porozmawiać wspólnie o pacjencie, skonsultować swoje wątpliwości ze specjalistą, to młody lekarz czuje się bezpieczniej i gotowość do wybrania tej specjalizacji jest znacznie większa.

W Polsce mamy 32 całodobowe oddziały psychiatryczne dla dzieci i młodzieży.

Na trzeci poziom reformy składają się całodobowe oddziały psychiatryczne. W Polsce mamy 32 takie placówki, tu się nic nie zmienia?

- Nie, tylko mają tu trafiać pacjenci, którzy naprawdę wymagają specjalistycznej opieki stacjonarnej.

Bez zmian w edukacji reforma się nie uda. To pani słowa. To znaczy?

- Nie chodzi nam o to, żeby gasić pożary, żeby zajmować się pacjentami w kryzysie, ale żeby w ogóle nie dopuszczać do tego kryzysu. By tak było, trzeba bezwzględnie zadbać o profilaktykę. Nie chcę, żeby dzieci były obłożone kolejnymi zajęciami w szkole, na które nie mają, ani siły, ani zgody. Wręcz przeciwnie, dobrze byłoby zmniejszyć liczbę zajęć dydaktycznych i wprowadzić zajęcia rozwijające umiejętności współpracy, uważności na siebie, rozpoznawania swoich emocji, potrzeb.

W naszym systemie działają szkoły specjalne dedykowane wąskiej grupie uczniów i szkoły masowe. Ale mamy też dużą grupę dzieci, które nie mają wskazań, żeby chodzić do szkół specjalnych, a w szkołach masowych nikną. To uczniowie z pograniczem intelektualnym, pomiędzy normą a niepełnosprawnością w stopniu lekkim, z dysleksją, dysgrafią, dyskalkulią. Nie ma dla nich oferty, klas terapeutycznych, a nauczyciele mówią, że często brakuje im wiedzy, umiejętności, żeby z takimi dziećmi pracować. Trochę to rozumiem, ale druga część mnie buntuje się i złości, bo przy obecnym dostępie do informacji wydaje mi się, że niektórym osobom brakuje po prostu chęci.

Mamy też grupę uczniów bez tych wszystkich „dys”, która również w szkole nie czuje się najlepiej.

- Od dzieci, nastolatków często słyszę jeden komunikat: nie mam siły. Mówią to albo ze złością, albo ze łzami w oczach albo z lękiem. Jeszcze przed pandemią, ile razy słyszałam, jak mówili, że mają poczucie, jakby pracowali na dwóch etatach. Teraz musieli jeszcze ponownie przejść proces adaptacji do nauki stacjonarnej i cały czas do końca nie wiedzą, czy i kiedy wrócą do nauki zdalnej, hybrydowej. Nauczyciele pędzą z materiałem, nie zawsze odpowiednio motywując dzieci czy nastolatków. Jeśli głównie bazujemy na strachu, bo uczniowie słyszą: nie zdacie egzaminu ósmoklasisty, nie poradzicie sobie z maturą, to takie komunikaty nie motywują, wręcz odwrotnie.

O chronicznym zmęczeniu mówi 100 proc. naszych pacjentów. Dzieci już w podstawówce spędzają siedem, osiem, nawet dziewięć godzin w szkole, potem odrabiają prace domowe, przygotowują się do kartkówek, klasówek. Na współczesne warunki i świat osiem godzin snu dla nastolatka to podstawa, a najczęściej słyszę o pięciu, sześciu godzinach. Dziecko potrzebuje odpowiedniej ilości snu, pożywienia, nawodnienia, żeby dobrze się rozwijało.
Przez liczbę zajęć dydaktycznych zanika pomoc koleżeńska, która kiedyś była podstawą. Teraz młodzież spotyka się wirtualnie, bo tak jest szybciej. Uczniowie są też zniechęceni, ostatnio chłopiec z piątej klasy opowiadał mi: lubię matematykę, to dlaczego mam się uczyć dat wszystkich bitew i wojen z historii. Nauczyciel nawet ciekawie opowiada, chętnie go słucham, ale nie chcę tym zajmować sobie pamięci. Dzieci często odbierają szkołę nie jako miejsce ciekawe, tylko jako przykry obowiązek.

Rodzic mówi mi nieraz, że nawet chętnie poszedłby gdzieś z dzieckiem, ale ono ma tyle lekcji, że nie zdąży.

Szkoła mi przeszkadza. To najczęściej słyszę od uczniów.

- Zacznijmy ich słuchać, bo to nie jest odosobnione określenie. Mówimy o dbałości o dziecko, o znaczeniu rodziny, ale relacje w rodzinach kuleją, wszystko koncentruje się wokół szkoły. Rodzic mówi mi nieraz, że nawet chętnie poszedłby gdzieś z dzieckiem, ale ono ma tyle lekcji, że nie zdąży. To wszystko wymaga zmiany myślenia, reforma psychiatrii również wymagała przestawienia się środowiska. Wiem, że jest dużo lęku w nauczycielach, ale jeśli uruchamia się w nich bierność to proszę nie oczekiwać, że coś się zmieni. Każdy z nas odczuwa lęk, ale w takich sytuacjach myślę sobie, ile mogę zyskać, a ile mogę stracić.

2027 rok. Mówiło się, że wtedy reforma psychiatrii dziecięco-młodzieżowej w pełni wejdzie w życie. Ta data jest realna?

- Jest bardzo duża szansa, że tak, pomimo pandemii cały czas reforma idzie do przodu, apeluję tylko o zaangażowanie i wzajemne wspieranie się. Nawet jak coś nie działa, to trzeba się temu przyjrzeć i szukać rozwiązań. Gdy w 2017 roku zaczęliśmy alarmować, że potrzebne są zmiany, większość środowiska miała obawy, że nie uda się nawet zakończyć rozmów i dojść do hasła „reforma”. Ale udało się. Jak zaczynałam 18 lat temu specjalizację, to już wtedy były podobne problemy, więc musimy pokonać wieloletnie zaniedbania. Psychiatria dziecięco-młodzieżowa traktowana była po macoszemu, trochę była tematem tabu, mówiono, że dotyczy niewielkiego odsetka dzieci.

W Polsce mamy ok. 6 mln dzieci, szacuje się, że 600 tys. potrzebuje przynajmniej wsparcia psychologicznego.

- Myślę, że po pandemii dotyczy to już ponad 650 tys. dzieci, w mojej opinii te dane wyjściowo były niedoszacowane.

System teraz obejmuje opieką 1,5 proc dzieci. Po reformie?

- Mam ogromną nadzieję, że wszyscy, którzy będą potrzebować pomocy, dostaną ją.

Dr Aleksandra Lewandowska jest specjalistką w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży, kieruje oddziałem psychiatrycznym dla dzieci w Szpitalu im. Józefa Babińskiego w Łodzi i Poradnią Zdrowia Psychiatrycznego dla Dzieci i Młodzieży. W listopadzie tego roku została powołana na stanowisko konsultanta krajowego w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży.

Aleksandra Pucułek
Aleksandra Pucułek

Dziennikarka, teatrolożka. Pisze głównie o edukacji - od żłobków do uczelni. Pracowała w "Gazecie Wyborczej", pisała dla "Dużego Formatu", "Wysokich Obcasów" i "Wolnej Soboty". Współpracowała z tygodnikiem "Polityka". Laureatka Nagrody im. prof. Romana Czerneckiego w kategorii najlepszy artykuł publicystyczny oraz stypendium im. Leopolda Ungera. Nominowana do Grand Press w kategorii wywiad. Nie może żyć bez teatru i czekolady.

Kontakt: aleksandra.puculek@radiozet.pl

C