Zamknij
Polki odzierają aborcję z tabu
Polki odzierają aborcję z tabu
fot: Beata Zawrzel/REPORTER
ROK PO WYROKU

Aborcja nie zniknęła. Robią ją nawet zagorzałe przeciwniczki

Magdalena Kulej
Magdalena Kulej Redaktor Radia Zet
22.10.2021 14:37
22.10.2021 14:37

Chodzą lub nie chodzą do kościoła. Głosują na PiS, głosują na Lewicę. Ciążę przerywają nawet zagorzałe przeciwniczki. Aborcja to nie pogląd polityczny. Ona była i jest, a wyrok TK tego nie zmienił. Problem w tym, że nie tylko wyeliminował legalną aborcję z powodu wad płodu, ale wpłynął też na inne przesłanki.

„Dziś mija miesiąc od mojej operacji. Operacji ratującej życie. Żyję, więc powinnam być wdzięczna lekarzom za ratunek. Ale czy jestem? Nie do końca… Szpital w Wielkopolsce, oddział ginekologiczny. Tu zaczyna się największy - jak do tej pory – koszmar, jakiego doświadczyłam w życiu. Środa, badanie i diagnoza: krew w jamie brzusznej, ciąża pozamaciczna w prawym jajowodzie, pewność według lekarza wykonującego USG: 99,9 proc. Szykują mnie do operacji, po trzech godzinach wykonują ponownie USG i określają, że jest mniej krwi w brzuchu, więc można poczekać z operacją usunięcia ciąży pozamacicznej. Czekam. Sobota: beta hCG rośnie (hormon, który organizm kobiety wytwarza, od momentu zapłodnienia komórki jajowej  - red.), morfologia już trochę gorsza, wciąż plamię (od prawie dwóch tygodni), boli mnie brzuch, pytam lekarza dyżurującego, co teraz. Słyszę słowa, które miażdżą mnie wewnętrznie: »Mamy związane ręce, beta rośnie, więc ciąża żyje, muszę czekać, aż umrze«. Ktoś inny mówi: »taki mamy teraz klimat, aborcji się nie robi«”.

Dla Agnieszki (wyraziła zgodę na ujawnienie imienia), żony i matki dwójki małych dzieci, to był dopiero początek koszmaru. Agnieszka nie chciała pokazywać twarzy. Napisała list. Przekazała go Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, do której wcześniej zwróciła się o pomoc.

Ciąże pozamaciczne (właśc. ektopowe) zdarzają się rzadko. - To mniej niż 1 proc. z wszystkich ciąż. Najczęstsza jest właśnie ciąża jajowodowa – wyjaśnia dr Grzegorz Szewczyk z Kliniki Położnictwa i Perinatologii WUM. Szanse na jej bezpieczne donoszenie są absolutnie zerowe. Mówimy tu nie tylko o zagrożeniu zdrowia kobiety, ale i jej życia. - Ciąża pozamaciczna była najczęstszą przyczyną zgonów kobiet w okresie rozrodczym w latach 50. i 60. ubiegłego wieku – dopóki nie odkryto USG i nie zaczęto wykrywać ciąż pozamacicznych odpowiednio wcześniej – tłumaczy lekarz. Wylicza: - Są trzy sposoby postępowania: tzw. postępowanie wyczekujące, bo może tak się zdarzyć, że ta ciąża samoistnie obumrze i dojdzie do poronienia; postępowanie zachowawcze, czyli podawanie leków hamujących podziały komórkowe; trzeci sposób postępowania to leczenie operacyjne.

W przypadku Agnieszki decyzja o laparoskopowym usunięciu ciąży zapadła dwa dni po tym, jak usłyszała, że „lekarze mają związane ręce”. W międzyczasie w szpitalu interweniowali zresztą jej znajomi. Zabieg miał odbyć się dopiero kolejnego dnia. Za późno. Przed 4 nad ranem jajowód pękł. Agnieszkę obudził koszmarny ból i krwawienie. „Sama zaalarmowałam położne, prawie mdlejąc, dochodząc do dyżurki. Jadąc na blok operacyjny, czułam się bardzo źle, było mi już wszystko jedno, co z tym jajowodem... Zwyczajnie cieszyłam się, że to już początek końca tego psychicznego horroru”. Kiedy obudziła się po zabiegu, dowiedziała się, że usunięto jej jajowód. „Byłam numerkiem. Zupełnie nieistotnym” – tak zakończyła swój list.

„Potraktowana jak kawałek mięsa”

- Ona nie zasłużyła na to, żeby być tak potraktowaną. Została okaleczona – dlaczego? Dlatego, że jest kobietą? Że zaszła w ciążę? Przecież ciąża ma być radosnym okresem. Tak wszyscy mówią. Kobieta w ciąży ma być pod szczególną opieką i ochroną, tymczasem ją potraktowano jak kawałek mięsa – mówi Kamila Ferenc, prawniczka i wicedyrektorka ds. programowych Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny.

Dr Szewczyk uspokaja, że usunięcie jednego jajowodu nie ma wpływu na płodność. W takich sytuacjach lekarze liczą na to, że drugi jajowód będzie aktywny i kobieta wciąż będzie mogła zajść w ciążę. Pytanie, czy Agnieszka będzie tego jeszcze chciała. - Na razie mówi, że myśl o ciąży ją przeraża. Nie jest w stanie współżyć z mężem, bo boi się, że zajdzie w ciążę i jej historia się powtórzy – przywołuje jej słowa Kamila Ferenc.

Kamila Ferenc podczas protestu przed Sejmem w lipcu 2018 roku. Tego dnia sejmowa komisja pracowała nad obywatelskim projektem ustawy "Zatrzymaj aborcję"
fot. Pamela Palma Zapata

Historia Agnieszki wydarzyła się prawie 11 miesięcy po tym, jak Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej orzekł, że aborcje ze względu na ciężkie, nieuleczalne, a nawet śmiertelne wady płodu są niezgodne z konstytucją. Wykluczył możliwość przerwania ciąży ze względu na wady letalne płodu, a tym samym niemal całkowicie zakazał aborcji w Polsce. W teorii wciąż legalne jest przerwanie ciąży w przypadku gwałtu czy kazirodztwa i gdy zagrożone jest życie albo zdrowie kobiety – fizyczne albo psychiczne (zaświadczenie od lekarza psychiatry o zagrożeniu zdrowia psychicznego pacjentki może być podstawą do legalnego przerwania ciąży w szpitalu). Być może historia Agnieszki mogła potoczyć się inaczej. - Wciąż obowiązuje przesłanka do legalnej aborcji, która mówi o zagrożeniu dla zdrowia lub życia pacjentki w ciąży. Tylko że lekarze boją się z niej korzystać – ze względu na atmosferę polityczną wokół aborcji – uważa prawniczka Federacji.

To dla mnie ewidentny dowód na to, jak fatalne konsekwencje wywołał pseudowyrok TK. On nie tylko zakazał aborcji z powodu wad płodu, ale też wpłynął na inne przesłanki. On wpłynął na całą opiekę nad kobietą w ciąży. Zmiany nastąpiły na niekorzyść kobiety

Lekarze i lekarki, którzy tuż po ogłoszeniu wyroku TK podpisali się pod listem otwartym do sędziów Trybunału, już wtedy zwracali uwagę, że wykreślenie przesłanki o przerywaniu ciąży z powodu wad płodu będzie stanowić istotne zagrożenie dla zdrowia fizycznego i psychicznego kobiet. „Cierpienie (lekarze – red.) będą musieli zadawać lub przedłużać wbrew woli pacjentki i ze świadomością możliwych powikłań. To działanie stoi w sprzeczności z zapisami Kodeksu Etyki Lekarskiej” – pisali. Otwarcie mówili o tym, że wyeliminowanie przesłanki o wadach płodu oznacza de facto zakaz aborcji. Pozostałe przesłanki do legalnego przerwania ciąży w Polsce to w rzeczywistości tylko niewielki ułamek z całości. W całym 2020 roku spośród 1 076 legalnych aborcji aż 1 053 zostały przeprowadzone właśnie ze względu na wady płodu (prawie 98 proc. wszystkich zabiegów). Najwięcej na Mazowszu, bo 239, a najmniej na Podkarpaciu – jedna. Pozostałe zabiegi były spowodowane wciąż dopuszczalnymi przesłankami – dotyczącymi zagrożenia zdrowia albo życia kobiety (22 zabiegi, tj. 2 proc.) i czynu zabronionego (dwa zabiegi, tj. 0,2 proc.). W 2019 roku było podobnie (1074 z wszystkich 1110 zabiegów to aborcje po stwierdzeniu wad płodu).

Legalne aborcje w Polsce w 2020 r

Dane MZ o liczbie wykonanych w 2020 roku zabiegów przerwania ciąży gromadzone są w oparciu o sprawozdania opracowywane w związku z realizacją Programu badań statystycznych statystyki publicznej

‧ fot. Wykres na podstawie danych Ministerstwa Zdrowia

Jak te liczby będą wyglądały na tle rządowych statystyk z 2021 roku, można się jedynie domyślać. Ministerstwo Zdrowia nie gromadzi danych w ujęciu miesięcznym, a rocznym. Te będą dostępne nie wcześniej niż w lipcu 2022 roku. Ale to i tak tylko rządowe statystyki. Nikt dziś nie wierzy, że po wyroku z 22 października 2020 aborcji już nie ma.

Specyficzne pacjentki z Polski

- Pamiętam, że to był czwartek. W piątek już odezwały się cztery osoby, które miały zaplanowane zabiegi w polskich szpitalach, a rano dostały SMS-y, że te zabiegi się nie odbędą – wspomina Natalia Broniarczyk z Aborcyjnego Dream Teamu (ADT) wchodzącego w skład inicjatywy Aborcja Bez Granic (ABG).

Był koniec października, wyrok TK został opublikowany w Dzienniku Ustaw dopiero trzy miesiące później, ale lekarze już się bali. Dwie z czterech pacjentek udało się przenieść do innej placówki – w Warszawie. Dwie kolejne pojechały przerwać ciążę za granicę. Ale w poniedziałek osób w takiej sytuacji było już siedem.

Aborcja Bez Granic (ABG) powstała 11 grudnia 2019 roku. W trakcie pierwszego roku działalności po pomoc w przerwaniu ciąży zwróciło się ponad 5 tys. osób. Od 22 października 2020 ta liczba wzrosła kilkukrotnie.

Ostatni rok to dla Aborcyjnego Dream Teamu trzy razy więcej pracy. To nie tak, że wpłynął na to tylko wyrok TK. Już sama pandemia rzucała im kłody pod nogi. Najtrudniejsze było organizowanie wyjazdów. - Osoby, które ten wyrok dotknął, są tak naprawdę w okolicach 20. tygodnia ciąży. Musiały wyjechać od razu, żeby zdążyć na granicę albo holenderskiego prawa (zgodnie z którym można przerwać ciąże do 21. tygodnia i sześciu dni – red.), albo prawa angielskiego (do 24. tygodnia – red.). Ale był ciągle COVID. Aborcji nie załatwia się z dnia na dzień. Szpitale są obłożone pracą. Bardzo trudno było nam to zgrać i szybko poczułyśmy, że 1000 osób rocznie, które łapały się na przesłankę o wadach płodu, to dla nas dodatkowe trzy osoby dziennie. To dużo – podkreśla aktywistka. - Po roku widzimy, że to są bardzo często osoby wymagające szczególnej troski, dłuższej rozmowy, wsparcia emocjonalnego. One są zaskoczone diagnostyką, są zaskoczone tym, jak zostały potraktowane w szpitalach. To wcale nie jest tak, że ta decyzja jest dla nich prosta. I to samo słyszymy od lekarzy przyjmujących w szpitalach i klinikach holenderskich. Mówią, że dla nich grupa z Polski, która zaczęła przyjeżdżać w zeszłym roku, to bardzo specyficzna grupa pacjentek, jakich oni do tej pory nie mieli. Nie wiem, czy polski rząd zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo obciąża nie tylko aktywistki feministyczne, ale też system ochrony zdrowia w innych krajach, osoby będące w niechcianych ciążach i psycholożki, które dwoją się i troją, żeby takim osobom pomóc – dodaje.

Słowo na „a”

W 2016 roku, gdy ADT stawiał swoje pierwsze kroki, nie wszystkie osoby szukające pomocy potrafiły wypowiedzieć to „słowo na »a«”. Mówiły: „mam problem”, „pewnie podejrzewacie, z czym do was piszę” albo „chcę TO zakończyć”. Teraz coraz więcej osób mówi wprost: „potrzebuję tabletek aborcyjnych”. Mimo to wiele z nich wciąż czuje, że powinno się wytłumaczyć. W ABG nigdy nie pytają: dlaczego. Ale one mówią. - Tak właśnie działa stygmatyzacja. Zanim osoba powie, że potrzebuje aborcji, czasem chce opowiedzieć pół swojego życia, żeby pokazać, że wcale nie jest nieodpowiedzialna, że nie jest tą bezduszną morderczynią. Te osoby często mówią: „To nie jest tak, że ja nie chcę mieć dzieci, bo ja mam dzieci i ja je bardzo kocham. Ale ja po prostu nie mogę mieć kolejnego”. I dobrze jest wtedy powiedzieć: „Nikt nie kwestionuje tego, że jesteś dobrą matką. Możesz być najlepszą mamą na świecie, ale móc zdecydować, że nie będziesz miała kolejnego dziecka”. Niektórzy potrzebują to usłyszeć – mówi Natalia Broniarczyk z ADT.

Natalia Broniarczyk, współzałożycielka Aborcyjnego Dream Teamu, nie ukrywa, że sama też miała aborcję
fot. AP/Associated Press/East News

W skład ABG oprócz Aborcyjnego Dream Teamu wchodzą: Kobiety w Sieci (Polska), Women Help Women (organizacja międzynarodowa), Abortion Network Amsterdam (Holandia), Ciocia Basia (Niemcy) i Abortion Support Network (Anglia).

Wiele osób swoją aborcję utrzymuje w tajemnicy. Tygodniami, miesiącami, czasem latami. - Boją się, że ze względu na atmosferę panującą w kraju ktoś będzie je prześladował, że ktoś zapuka do drzwi i zapyta: „co pani zrobiła ze swoją ciążą”, że będą ścigane, że ktoś pójdzie do ich pracodawcy i opowie o tym. Czasem dochodzi wręcz do paranoicznych myśli. To wszystko wynika z zastraszenia. Chcę jednak mocno podkreślić: nie ma takiej opcji, żeby kobiecie, która miała aborcję, postawić jakieś zarzuty lub ją śledzić – mówi Kamila Ferenc. - Zdarzają nam się sprawy kobiet, które są wzywane na przesłuchanie, ale wyłącznie w charakterze świadka. Policja sprawdza, czy ona kupiła tabletki od danego sprzedawcy, bo to on może usłyszeć zarzuty, a nie ona. Nie dotyczy to organizacji Women on Web lub Women Help Women, które co prawda dystrybuują środki poronne, ale zarejestrowane są w Holandii i to na jej terenie działają – podkreśla prawniczka. Zdarza się też, że organy ścigania dowiadują się, że osoba trzecia pomogła kobiecie przerwać ciążę, np. mąż zapłacił za tabletki poronne albo za wyjazd. To przeważnie wynik jakiegoś donosu – np. teściowej, która nie wiedziała, że to pomocnik może mieć postawione zarzuty karne, a nie osoba, która przerwała swoją ciążę. Z drugiej strony świadomość rośnie. Paradoksalnie wpłynął na to wyrok TK.

Piszą do nas bardzo młode osoby, 14-, 15-letnie. Mówią, że następnym razem, jak ksiądz na religii powie, że aborcja to grzech, to powiedzą, że aborcja jest OK. Ta zmiana się dzieje

22 29 22 597 – to ten numer malowano sprayem podczas masowych protestów na ulicach, budynkach, fasadach kościołów czy na biurach poselskich PiS. Aktywistki żartowały, że numer na infolinię ABG stał się wtedy jednym z najpopularniejszych telefonów w Polsce - zaraz po 112. Po 22 października 2020 z ABG kontaktowało się nawet pół tysiąca osób dziennie. To nie zawsze były osoby szukające pomocy. Byli tacy, którzy dzwonili po to tylko, żeby sprawdzić, czy ten numer naprawdę działa. Niemal 30 razy dziennie dzwonił też telefon Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Od 22 października do końca września br. to łącznie 8 142 telefony – ponad trzykrotnie więcej niż przed wyrokiem Trybunału. Do tego dochodziły też maile – łącznie ponad 5 tys.

Rok Aborcji Bez Granic w liczbach

Obecnie numer do ABG wykręca każdego dnia od 15 do 40 osób. Za granicę wyjeżdża od 70 do 90 osób miesięcznie, z czego 1/3 mogłaby według starego prawa przerwać ciążę ze względu na przesłankę o wadach płodu. Tylko w dwóch klinikach w Holandii, do których ABG najczęściej wysyła osoby z Polski na zabieg w drugim trymestrze, każdego dnia ciążę przerywa od 3 do 6 osób z naszego kraju. Wiele z nich załatwia sobie zabieg na własną rękę. Ale wciąż najwięcej jest osób przerywających ciążę tabletkami – zdarza się nawet 90 - 110 osób na dzień. Tych ustawa nie obejmowała jeszcze przed wyrokiem TK.

Pozostałe osoby z łącznej liczby 1080 osób w drugim trymestrze uzyskały wsparcie w aborcji za granicą od więcej niż jednej organizacji wchodzącej w skład Aborcji Bez Granic i przerwały ciążę w Belgii, Hiszpanii, Francji i Czechach.

Pozostałe osoby z łącznej liczby 1080 osób w drugim trymestrze uzyskały wsparcie w aborcji za granicą od więcej niż jednej organizacji wchodzącej w skład Aborcji Bez Granic i przerwały ciążę w Belgii, Hiszpanii, Francji i Czechach.

‧ fot. Grafika na podstawie danych ABG

Przez cały rok od 22 października 2020 na infolinię ABG zadzwoniło 8 457 osób szukających informacji i dostępu do aborcji. 2 758 osób z prośbą o pomoc kontaktowało się mailowo. 274 osoby szukały informacji o tym, jak zdobyć tabletkę „dzień po”, a 407 potrzebowało konsultacji już po aborcji. Łącznie grupy działające w ramach ABG pomogły w dostępie do aborcji 34 tysiącom osób z Polski. 1 080 Polek mogło przerwać ciążę w zagranicznej klinice w drugim trymestrze.

„Jestem przeciw aborcji, ale muszę”

Aborcja to nie jest pogląd polityczny – podkreśla Natalia Broniarczyk. - Osoby, które mają to doświadczenie są z bardzo różnych grup społecznych i popierają bardzo różne partie, chodzą do kościoła, nie chodzą do kościoła. PiS wie, że wiele z ich wyborczyń to są kobiety, które mają za sobą doświadczenie aborcyjne – dodaje. Z ADT niejednokrotnie kontaktowały się kobiety, które deklarowały się jako przeciwniczki aborcji. Mówiły: „ja jestem przeciw aborcji, ALE moja sytuacja jest wyjątkowa”. Od ADT słyszały wtedy: „każda niechciana ciąża to jest sytuacja wyjątkowa”. Podobne przypadki wspomina Kamila Ferenc.

Bywa tak, że ktoś mówi, że ma bardzo sceptyczny stosunek do aborcji, ale jej bardzo potrzebuje. Zdarza się, że kobiety nie mówią płód, mówią: dziecko, dzieciątko, aniołek. Mówią np. że muszą „zabić dzieciątko”. Nawet takich słów używają. Ale są przekonane, że to i tak jest lepsze, bardziej odpowiedzialne wyjście, minimalizowanie cierpienia. Tak o tym właśnie myślą

- Naprawdę historia każdej kobiety może być dramatyczna i nie nam to oceniać. Jak prawicowy polityk, który chce całkowitego zakazu aborcji, może wiedzieć, co jest lepszym wyjściem dla innej rodziny? – pyta prawniczka. Mówi, że doświadczenie aborcji przeważnie łagodzi poglądy kobiet, które wcześniej uważały się za jej przeciwniczki. - Przekonują się, że nie zdawały sobie sprawy, jak bardzo kobiety są źle traktowane, wręcz prawie ubezwłasnowolnione w kwestii swojej rozrodczości i jak dużo upokorzeń może cię spotkać w Polsce z samego faktu, że jesteś kobietą i zachodzisz w ciążę. Wtedy przestajesz decydować o swoim życiu. Stajesz się przedmiotem decyzji lekarzy, polityków, urzędników, sędziów. One to dostrzegają i to sprawia, że przestają być tak zagorzałymi przeciwniczkami wyboru. Mają większy szacunek do cudzej wolności.

Rok po wyroku TK, który wyprowadził na ulice wielotysięczne demonstracje w obronie praw kobiet, komitet obywatelski „Legalna Aborcja, Bez Kompromisów” wciąż zbiera podpisy pod projektem ustawy liberalizującym prawo aborcyjne w Polsce. Projekt zakłada m.in. prawo do bezpiecznego przerywania ciąży do 12. tygodnia bez podawania powodu (w przypadkach uszkodzenia płodu czy ciąży będącej wynikiem gwałtu także po 12. tygodniu), depenalizację aborcji (zniesienia kar dla lekarzy i osób pomagających w aborcji za zgodą osoby w ciąży), nowe regulacje dotyczące klauzuli sumienia czy rozszerzenie programu badań prenatalnych. Co więcej, po raz pierwszy w ustawie pojawia się aborcja farmakologiczna.

Protest po wyroku TK ws. aborcji we Wrocławiu
fot. Krzysztof Kaniewski/REPORTER

Aktywistki nie mają wątpliwości, że „Legalna Aborcja, Bez Kompromisów” w Sejmie nie przejdzie – nie, dopóki u steru władzy będzie PiS. Liczą natomiast, że projekt wywoła dyskusję o polskiej rzeczywistości aborcyjnej i prawach kobiet. - Uważamy, że trzeba mówić o aborcji – komentuje prawniczka Kamila Ferenc. - Ten pseudowyrok paradoksalnie trochę nam pomógł, bo protesty i wszystkie dyskusje, które się potem odbyły sprawiły, że ludzie przejrzeli na oczy i zaczęli myśleć o aborcji tak, jaką ona w rzeczywistości jest, a nie tak, jak ją opisują fundamentaliści, że np. to rozrywanie zdrowego płodu na kawałki itd. Nie, to tak nie wygląda. To jest po prostu poronienie. Bardzo naturalny, humanitarny proces. W pierwszej kolejności liczy się to, co czuje i czego potrzebuje kobieta. Ta solidarność i poparcie wzrosło, więc mamy nadzieję, że przy zbieraniu podpisów pod „Legalną Aborcją, Bez Kompromisów” też tak będzie – dodaje.

Po drugiej stronie jest Fundacja Pro – Prawo do życia, która grzmi o „mafiach aborcyjnych oferujących pigułki śmierci” i usiłuje doprowadzić do całkowitego zakazu aborcji w Polsce. Pod koniec września złożyła do Sejmu podpisany przez 130 tys. osób projekt „Stop aborcji 2021”. Odpowiedź? - Jak będziemy dalej popychać to antyaborcyjne prawo i zmieniać je na jeszcze bardziej restrykcyjne, to skończy się to legalną aborcją. Jeśli będą nas dopychać do tej ściany, to my tę ścianę zburzymy – przekonuje Natalia Broniarczyk.

 

____________________________

Aborcyjny Dream Team w ramach walki ze stygmatyzacją aborcji zachęca osoby, które przerwały ciążę do „aborcyjnych coming outów” lub anonimowego dzielenia się swoim doświadczeniem. Poniżej publikujemy fragmenty trzech historii nadesłanych do ADT.

Dwa tygodnie temu dowiedziałam się, że jestem w 16 tygodniu ciąży. Wcześniej byłam u 3 innych ginekologów, którzy stwierdzili, że okres mi się spóźnia pewnie przez stres i podróże. Żaden test, który robiłam nie wyszedł pozytywny wcześniej. Zrobiłam też badanie beta hCG z krwi. Wynik wskazywał na to, że w ciąży nie jestem. Ale byłam już wtedy przynajmniej w 8 tygodniu. Krwawiłam, nie czułam się źle, schudłam, nie urosły mi piersi. Nic nie wskazywało na to, że jestem w ciąży. Dosłownie nic.

Dramat rozpoczął się wtedy, gdy dowiedziałam się, że płód jest zdeformowany i nie rozwija się prawidłowo, jest za mały jak na 16 tydzień i prawdopodobnie nie przeżyje zbyt długo po porodzie, albo będzie cierpieć. Biorąc pod uwagę sytuację w Polsce, zaczęłam panikować i histeryzować. Zabieg miałam w ten wtorek. Nigdy nie czułam takiej ulgi. Wiedziałam, że nie poradzę sobie z tym, że coś co noszę w łonie może umrzeć we mnie, albo nie przeżyje porodu.

Choruję na depresję i wiem, że mój stan mógłby się pogorszyć od tego. Nigdy nie będę się czuć źle przez to, jaką podjęłam decyzję. Bardzo pomogły mi rzeczy publikowane przez Aborcyjny Dream Team. Czytając historie innych dziewczyn, sama czuję się wolna od poczucia winy i mam nadzieję, że nikt nigdy nie będzie się czuć źle z decyzją, jaką podjął. Ściskam wszystkie dziewczyny, które borykają się z tym samym problemem i wysyłam Wam dużo miłości.

Ida

 

Zostałam zgwałcona, policja umorzyła sprawę, bo „nie krzyczałam, nie wyrywałam się oraz sama wsiadłam do auta”. Zaczął spóźniać mi się okres, w głowie miałam tylko „byleby nie być w ciąży”. Niestety, 5 testów wyszło pozytywnie. Aborcji nie miałam jak zrobić „legalnie”, bo sprawę przecież umorzono, odczuwałam tylko strach związany z tym, co się stanie. Zaczęłam więc szukać w internecie i trafiłam na WHW (Women Help Women – red.). (…)

Bałam się okropnie, a co jeżeli wystąpią jakieś komplikacje i będę musiała pójść do szpitala? Już wyobrażałam sobie oceniające mnie spojrzenia pielęgniarek czy lekarzy. Jednak po chwili stwierdziłam, że moja aborcja to tylko i wyłącznie moja sprawa i takiej odpowiedzi udzielę im, jeżeli będą mnie osądzać. (…) Parę dni później ponownie zrobiłam test. Negatywny! Poczułam największą ulgę w swoim życiu, wiem, że była to najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć i że nie mam czego się wstydzić ani czego żałować!

Nadzieja

Mam na imię Kasia, mam 33 lata, kochającą rodzinę, wspaniałego męża i 5-letnią córkę. Jesteśmy szczęśliwi. Postanowiliśmy powiększyć rodzinę – w końcu zdecydowałam się na drugie dziecko. (…) Starania o drugą ciąże trwały kilka miesięcy. W połowie marca 2021 r. zobaczyłam dwie kreski na teście. […] 11 maja wykonujący badanie USG lekarz, niebędący lekarzem prowadzącym moją ciąże, poinformował mnie jednak, że wykrył nieprawidłowość – zbyt szeroką jak na wiek płodu przezierność karkową i zalecił dalszą diagnostykę. (…)

Diagnoza okazała się jednoznaczna, płód był uszkodzony, stwierdzona wada to Trisomia 21 czyli Zespół Downa. (…) Prawdopodobnie niektóre kobiety, które spotkała taka sytuacja zastanawiają się, czy urodzić chore dziecko, czy przerwać ciążę. Ja wiedziałam, że jedynym właściwym wyjściem z tej sytuacji jest aborcja. Najgorsza była bezradność wynikająca ze świadomości, że nikt w Polsce mi nie pomoże, żaden lekarz nie podejmie się usunięcia ciąży na tym etapie i nie zaryzykuje, by mi pomóc. Zderzenie z rzeczywistością było okrutne. (…) Po nawiązaniu kontaktu z Aborcją Bez Granic, której członkinie zareagowały na mój apel natychmiastowo, dowiedziałam się o istnieniu trzech klinik na terenie Holandii, gdzie wykonuje się zabieg przerwania ciąży w drugim trymestrze. (…) Zabieg trwał krótko i był całkowicie bezbolesny. Chwilę przed jego rozpoczęciem aplikacja telefoniczna zakomunikowała mi, że właśnie rozpoczynam 17. tydzień ciąży. (…) Nie żałuję, że dokonałam aborcji, wręcz przeciwnie, jestem przekonana, że była ona najlepszą rzeczą, jaka mogła mnie spotkać w tej niezmiernie trudnej sytuacji. 

Zdecydowałam się napisać ten tekst, ponieważ wiem, jak bardzo w tym trudnym, choć krótkim okresie mojego życia potrzebowałam rozmowy z kimś, kto przeżył coś podobnego. Miałam przeróżne myśli, w tym obawy, ze wrócę z Holandii w plastikowym worku. A przecież jestem matką. Przerażała mnie świadomość, że coś może mi się stać. Nie wiedziałam, jak wygląda zabieg, obwiałam się powikłań i bólu. Nic takiego nie wystąpiło, a mój organizm jest gotowy na ponowne zajście w ciążę i wierzę, że jeszcze uda mi się urodzić zdrowe dziecko.

Kasia

Więcej historii Polek, które zdecydowały się na aborcję, publikuje na swojej stronie internetowej Aborcyjny Dream Team.

Magdalena Kulej
Magdalena Kulej

Hispanistka z pasji i wykształcenia, w mediach z pasji i wyboru. Ślązaczka na emigracji. Studia zaczynała w Opolu, kontynuowała we Wrocławiu, kończyła w Krakowie. Teraz przekonuje się do Warszawy. W wolnych chwilach backpackerka. Kontakt:  magdalena.kulej@radiozet.pl.