Zamknij

Rok szkolny w pełni, uczyć wciąż nie ma kto. Szkoły szukają prawie 8 tys. nauczycieli

28.10.2022 08:31

Tylko od początku roku szkolnego 2022/2023 na kuratoryjnych stronach z ofertami pracy dla nauczycieli dyrektorzy zamieścili prawie 8 tys. ogłoszeń. Brakuje przede wszystkim pedagogów specjalnych, wychowawców przedszkolnych i nauczycieli wspomagających.

Klasa w szkole
fot. Lukasz Gdak/East News

Poszukiwania nauczyciela chemii w SP nr 115 w Warszawie zaczęły się tak naprawdę przed wakacjami. - Udało się, jesteśmy w znakomitej sytuacji – ucieszyła się dyrektora. Zgłosiła się doktorantka z jednej z warszawskich uczelni. Dzieci ją polubiły. Niestety, przepracowała miesiąc. Promotor nie zgodził się i nie dał wolnego nauczycielce na czas lekcji. Gdy rozpoczął się rok akademicki, musiała odejść. Poszukiwania zaczęły się od nowa, a uczniowie wylądowali na zastępstwach.

- Jest jeszcze trudniej niż w wakacje, chociaż już wtedy nie było łatwo - mówi Renata Rutkowska, dyrektorka podstawówki. Wyjaśnia: - Oprócz tego, że potrzebujemy osoby, która ma odpowiednie kwalifikacje, to jeszcze musi się wpisać w już ułożony plan.

W końcu udało się - chemik zacznie pracę od listopada. Ale plan lekcji trzeba układać od nowa. - Lepiej tak niż, żeby nie było chemii – stwierdza dyrektorka. To nie koniec poszukiwań, bo szkole potrzeba jeszcze nauczyciela wspomagającego do ucznia z orzeczeniem i przydałby się ktoś jeszcze na świetlicę. - Klasy są przepełnione, bo zwiększono limity, więc dzieci na świetlicy też przybyło – tłumaczy Rutkowska.

- Nie ma już tylu zachorowań na Covid, więc rodzice chętniej zostawiają dzieci na świetlicy – dodaje Witold Chudyszewicz dyrektor SP nr 37 w Gdyni, który też przez wakacje szukał nauczyciela do świetlicy. Teraz okazało się, że potrzebuje jeszcze anglisty i nauczyciela wspomagającego. Od nowa zaczął więc publikować ogłoszenia.

Prawie 8 tys. wakatów w szkołach

Jeśli ktoś myśli, że wakaty w szkołach zapełniły się wraz z końcem wakacji, to grubo się pomylił. Jak policzyliśmy, tylko od początku roku szkolnego na kuratoryjnych stronach z ofertami pracy dla nauczycieli dyrektorzy wstawili pond 7,7 tys. ogłoszeń. Najwięcej na Mazowszu (1738), w Małopolsce (1090), na Śląsku (971) i w woj. dolnośląskim (816). Niektórzy proponują tylko pojedyncze godziny, ale inni potrzebują kogoś na cały etat. Czasem jedna placówka ma kilka wakatów.

- W wakacje była walka o nauczycieli przedmiotów ścisłych. Gdy tych cudem znaleźliśmy, to pojawiły się kolejne luki i problemy – mówi Witold Chudyszewicz dyrektor SP nr 37 w Gdyni.

Nauczyciel już obiecał, że przyjdzie od września do pracy, miał podpisaną umowę i jednak rezygnował. Bo dostał cały etat w innej szkole i nie musi już biegać między dwoma, trzema placówkami. Albo znalazł pracę bliżej domu. To najczęstsze powody, dla których dyrektorzy w trakcie roku szkolnego mają luki w kadrze.

- Zupełnie tym nauczycielom się nie dziwię. Nie mam żalu – mówi dyrektorka SP nr 115, która miała takie sytuacje. Jej nauczycielki odeszły do nowo wybudowanej szkoły, którą miały bliżej domu. Nie muszą już dojeżdżać godziny do pracy. - Ekonomia. Czas i koszty dojazdu – potwierdza Chudyszewicz, który też zetknął się z takimi sytuacjami.

Dzieci więcej, nauczycieli mniej

Zwłaszcza, że nauczyciele mają z czego wybierać. Ofert zamiast ubywać – przybywa. Obecnie na kuratoryjnych stronach przeważają propozycje dla nauczycieli wspomagających. - Jest coraz więcej dzieci z deficytami – wyjaśnia Rutkowska. Poza tym orzeczenie, na podstawie którego dziecko ma prawo do nauczyciela wspomagającego, rodzice mogą dostać w każdej chwili z poradni pedagogiczno-psychologicznej. Także w trakcie roku szkolnego. Stąd teraz taka liczba ogłoszeń - w wakacje szkoły jeszcze nie wiedziały ile osób będą potrzebować.

- Dzieci z orzeczeniami więcej, a specjalistów brakuje, bo też potrzebne jest tu kierunkowe wykształcenie, to musi być specjalista - zaznacza Chudyszewicz. - Od miesiąca szukam, ponawiam ogłoszenie na stronie kuratorium, ale bez odzewu, cisza - mówi o sytuacji swojej podstawówki.

Na kuratoryjnych stronach aż mieni się w oczach od ogłoszeń dla psychologów i pedagogów specjalnych. To akurat efekt ustawy zapowiadanej już od jakiegoś czasu przez Ministerstwo Edukacji i Nauki. Narzuca ona minimalny wymiar zatrudniania specjalistów w szkołach w zależności od liczby uczniów. Do tej pory w tym zakresie wszystko zależało od woli dyrektora i samorządu, na co nie zawsze można było liczyć. Teraz przewidziano 1,5 etatu dla specjalistów – psychologa, pedagoga – na 100 uczniów (na każde kolejne 100 dzieci wymiar etatu powiększa się o 0,2).

- Problemy są coraz częstsze, potrzeb rozmowy coraz więcej - opowiadała nam na początku roku szkolnego Joanna Poprawska, psycholożka z XI LO w Łodzi, ciesząc się z ustawy. Drzwi do jej gabinetu praktycznie nie zamykają się. Młodzież przychodzi i opowiada np. o kłótniach z rodzicami, nieszczęśliwej miłości, stresie przed egzaminami. Chce porozmawiać z kimś z zewnątrz, ze specjalistą.

Ustawa więc jest, chętni do skorzystania z pomocy też, tylko specjalistów zgłaszających się do pracy w szkole raczej brak. - Nie za takie pieniądze – to najczęściej słyszą dyrektorzy. Anita Jaskólska, dyrektorka przedszkola nr 5 w Pile, przypomina też, że najczęściej – według wyliczeń ustawowych - dla psychologów, pedagogów szkoła ma pojedyncze godziny, nie cały etat. To też zniechęca. - Udało mi się, bo inaczej nie można tego nazwać, znaleźć pedagoga specjalnego – opowiada. - Ale pani pedagog będzie łączyła pracę w dwóch szkołach – dodaje. Psychologa jeszcze nie ma. Wciąż szuka. Chętnych zero.

Co po lex Czarnek?

Przedszkola to już zupełnie inna bajka. Od lat borykają się z brakiem kadry, ale teraz, jak mówią dyrektorzy, dochodzą do ściany. Jeszcze jakiś czas temu ratowali się emerytami, ale teraz i ci nie mają już sił, żeby opiekować się tyloma dziećmi i rezygnują. Nauczycielki, które jeszcze pracują, nieraz przechodzą też do szkół. Przedszkola to placówki nieferyjne (zajęcia są w wakacje, ferie), więc chcą mieć większy komfort pracy. Młodych nie ma.

- Zwykle po trzecim roku studiów zgłaszały się dziewczyny, które mogły i chciały już podjąć pracę jako nauczyciel. Teraz musimy czekać jeszcze dwa lata – mówi Katarzyna Voelkel, wicedyrektorka przedszkola Mała Biedronka w Poznaniu. Chodzi konkretnie o zmianę systemu kształcenia. Teraz studia z pedagogiki przedszkolnej i wczesnoszkolnej są jednolite, trwają pięć lat. Dopiero wtedy taka osoba zyskuje uprawnienia do pracy z dziećmi. Nie ma też podyplomówek z wychowania przedszkolnego.

- Nie oszukujmy się, to jest praca dla pasjonatów, raczej nie dla zarobków – dodaje Voelkel. To kolejny powód braków kadrowych - finanse. Mała Biedronka poszukuje dwóch nauczycieli. - Mogą zacząć pracę już od jutra – zachęca wicedyrektorka. Na razie przedszkole ratuje się nadgodzinami i drży, żeby nikt z kadry nie zachorował. A to przy pracy wśród małych dzieci niestety często się zdarza. - Przepracowanie temu też sprzyja - dodaje Voelkel. - Na razie mamy wszystkie ręce na pokład i czekamy. Liczymy, że może ktoś kto był na zastępstwo np. na dwa miesiące w innej placówce, teraz będzie szukał pracy – dodaje. Na biurku na razie pusto, CV nie ma.

A dyrektor podstawówki z Gdyni, chociaż jeszcze nie znalazł całej kadry, już zastanawia się, co będzie dalej, np. z polonistami. - Mają bardzo dużo godzin, bo doszły dodatkowe lekcje języka dla uczniów z Ukrainy. Nie wiem, jak długo wytrzymają takie przeciążenie nadgodzinami – mówi. Bo to, co widać na kuratoryjnych stronach, to jedno. A to, co robią dyrektorzy, żeby dzieci nie miały luk w planie, to drugie. Gdyby wziąć pod uwagę nadgodziny, jakie dostali nauczyciele, okazałoby się, że potrzeba ich drugie tyle do pracy w szkołach.

Przez chwilę liczono, że w uzupełnieniu wakatów w polskich szkołach pomogą nauczyciele z Ukrainy. Dyrektorzy jednak zgodnie przyznają, że nie słyszeli o żadnym takim. W zamian za to coraz częściej słyszą głosy o kolejnych odejściach. Zwłaszcza jeśli w życie wejdzie lex Czarnek 2.0, czyli ustawa zmieniająca prawo oświatowe, która wprowadza m.in. jeszcze większy nadzór kuratorów nad szkołami.

loader

RadioZET.pl