Tragedia na Bemowie. Sąd nie stwierdził zagrożenia ze strony ojca

Redakcja
27.11.2018 09:22
Tragedia na Bemowie. Sąd nie stwierdził zagrożenia ze strony ojca
fot. Shutterstock

W trakcie sprawy rozwodowej powołani specjaliści nie stwierdzili, by ojciec stanowił zagrożenie dla dzieci – to najnowsze ustalenia w sprawie tragedii na Bemowie. W minioną niedzielę 35-letni Tomasz M. najprawdopodobniej otruł siebie i 4,5-letniego syna w toalecie przy sali zabaw. Obaj nie żyją. W spotkaniu uczestniczył kurator.

Chcesz wiedzieć wszystko pierwszy? Dołącz do grupy Newsy Radia ZET na Facebooku

Rodzina pochodziła z okolic Wrocławia i to przed tamtejszym Sądem Okręgowym toczyła się sprawa rozwodowa małżeństwa. Jak to się stało, że nikt nie zauważył zagrożenia ze strony ojca? Przebieg sprawy tłumaczy sędzia Sylwia Jastrzemska, rzeczniczka wrocławskiego sądu.

– W toku postępowania rozwodowego sąd nie ogranicza się tylko do wydania wyroku [...], wielokrotnie wydawał postanowienia zabezpieczające dobro tych dzieci – mówi sędzia Jastrzemska.

Jak dodaje, już 13 czerwca sąd ustalił, że kontakty z dziećmi poza miejscem zamieszkania będą odbywały się w obecności kuratora w dwa weekendy w miesiącu. Takie postanowienie sąd opiekuńczy ma obowiązek zmienić za każdym razem, gdy zmieni się sytuacja.

– Tutaj były wielokrotnie składane przez ojca wnioski o zmianę. Ojciec chciał, żeby sąd jemu powierzył opiekę nad dziećmi, chciał je wychowywać – tłumaczy rzeczniczka sądu.

Wnioski te sąd oddalał. Pozwolił jednak na dwutygodniowy wyjazd ojca z dziećmi w czasie wakacji. Urlop przebiegał bez zastrzeżeń, dzieci wróciły zadowolone.

Zobacz także

8 października sprawa rozwodowa małżeństwa zakończyła się przyznaniem opieki nad dziećmi matce. 9 dni później sąd postanowił, że Tomasz M. będzie mógł widywać się z dziećmi w weekendy bez udziału osób trzecich.

Tu była żona mężczyzny złożyła zażalenie, domagając się podczas spotkań obecności kuratora. Przedstawiła dokumenty, które miały świadczyć o niewłaściwym zachowaniu ojca wobec dzieci. Chodziło o dwie sytuacje. Tomasz M. miał wchodzić z synem na dach i spożywać alkohol w samochodzie. Mężczyznę poddano badaniom i... nie stwierdzono zagrożenia.

– Sąd nie może opierać się na relacji jednej strony, jeżeli strony są w konflikcie. Obowiązkiem sądu jest w sposób obiektywny dokonać kontroli podnoszonych zarzutów. I sąd został poinformowany przez policję, że policja zatrzymała pana na stacji benzynowej, że spożywał alkohol w stojącym samochodzie. Mężczyzna został przewieziony do szpitala psychiatrycznego, ale lekarz stwierdził brak podstaw, żeby go w tym szpitalu zostawić – tłumaczy rzeczniczka wrocławskiego sądu.

Jak dodaje, w toku postępowania rozwodowego zespół sądowych specjalistów kilkakrotnie sporządzał opinie i również z nich nie wynikało, że ojciec może zagrażać swoim dzieciom.

Ostatecznie jednak 15 listopada sąd ponownie zastrzegł, że kontakty Tomasza M. z dziećmi mają odbywać się w obecności kuratora. Opiekuna przyznał jeden z warszawskich sądów rejonowych, bo matka przeprowadziła się z dziećmi do stolicy. Tu także nie stwierdzono zagrożenia ze strony ojca.

– Na naszym terenie te kontakty trwały stosunkowo niedługo [...]. To było kilka kontaktów, nie posiadamy żadnych podstaw do twierdzeń, że było jakiekolwiek zagrożenie – powiedziała sędzia Dorota Trautman.

Działania kuratora, który nadzoruje spotkania rodziców z dziećmi, nie są uregulowane w przepisach. Ma on jedynie za zadanie „pilnować, żeby kontakt nie trwał dłużej, niż postanowił sąd”.

Tragedia na sali zabaw

W minioną niedzielę na sali zabaw przy ul. Konarskiego na warszawskim Bemowie 35-letni Tomasz M. spotkał się z dziećmi: 4,5-letnim synem Arturem i 6-letnią córką Kornelią. Spotkanie nadzorował kurator społeczny, który jest jednocześnie funkcjonariuszem policji.

Około 17:00 mężczyzna miał poprosić kuratora o możliwość wyjścia z chłopcem do toalety.

Po około dwóch minutach zaniepokojony kurator postanowił skontrolować ojca. W toalecie znalazł nieprzytomne dziecko, a po wyważeniu drzwi do kabiny – również nieprzytomnego ojca. Udzielił im pomocy i wezwał pogotowie. Tomasz M. zmarł jeszcze w niedzielę, jego syn w poniedziałek w szpitalu.

Zobacz także

Śledztwo w tej sprawie prowadzi Prokuratura Rejonowa Warszawa-Wola.

Przeprowadzono oględziny miejsca zdarzenia, zabezpieczono monitoring, przesłuchano też pierwszych świadków – w tym kuratora. Planowane są sekcje zwłok i badania toksykologiczne.

Śledczy zbadają trzy wątki. Pierwszy to zabójstwo 4,5-letniego chłopca, drugi – doprowadzenie do samobójstwa przez namowę lub nieudzielnie pomocy, trzeci – niedopełnienie obowiązków przez kuratora.

Czynności w tym ostatnim wątku prowadzi też Wydział Kontroli Komendy Stołecznej Policji.

– W tym przypadku, z uwagi na fakt, że kuratorem był policjant, trwają czynności wyjaśniające. Wstępne ustalenia wskazują na bardzo szybką i zdecydowaną reakcję funkcjonariusza w sytuacji, która niestety zakończyła się tragicznie – powiedział w rozmowie z PAP kom. Sylwester Marczak.

RadioZET.pl/PAP/JŚ