Saidali budzi w Polsce Tadżykistan z politycznego letargu [REPORTAŻ]

09.02.2019 16:13
Saidali w Polsce budzi Tadżykistan z politycznego letargu. Reportaż
fot. arch. prywatne

Rodzina, praca na uniwersytecie, a nawet cotygodniowy talk-show w ogólnokrajowej telewizji. I tak pewnie dalej wyglądałoby życie Saidaliego Aszurowa, gdyby nie polityka. Tadżycki dysydent musiał uciekać z ojczyzny przed prześladowaniem. Podobnie jak wielu jego rodaków znalazł schronienie i nowy dom w Polsce.

Chcesz wiedzieć wszystko pierwszy? Dołącz do grupy Newsy Radia ZET na Facebooku

Jak na ucieczkę z 8-milionowego więzienia, bo tak Saidali mówi o Tadżykistanie, poszło mu bardzo sprawnie. Zniknął. Nie pozostawił po sobie żadnego śladu. Po ostatnim wykładzie na uczelni w Duszanbe pojechał prosto na lotnisko. Wcześniej zaufanym studentom zostawił drugie kluczyki do swojego samochodu.

Przepustką do nowego życia wcale nie był paszport czy bilet w jedną stronę, ale 600 dolarów. Przekupił za nie pograniczników, którzy nie odnotowali w systemie komputerowym celu podróży 43-latka.

Dzięki temu nawet służby specjalne początkowo nie wiedziały, gdzie podział się mężczyzna. Wykładowca akademicki zostawił za sobą wszystko. Karierę naukową, własny sklep i żonę z trójką dzieci. A także serię aresztowań, przesłuchań i tortur.

- Funkcjonariusze przychodzili do mojego domu, zakładali na głowę worek i wyprowadzali w nieznanym kierunku. Moje dzieci płakały.

- Co ci robili?

- Zakuwali kajdanki, bili mnie. Mój złamany bark jest na to dowodem. Podczas przesłuchań próbowano mnie zmusić, żebym skontaktował się z bratem i namówił go do powrotu do Tadżykistanu. Nie zrobiłem tego.

Żonie Saidaliego śledczy powiedzieli, że pojechał do Syrii i dołączył do tzw. Państwa Islamskiego. Dopiero później dowiedziała się prawdy. Że 7 stycznia 2015 roku jej małżonek uciekł z Duszanbe do Dubaju, bo w ojczyźnie przestał już być bezpieczny.

Persona non grata

Po ponad trzech latach od tych wydarzeń rozmawiamy z Saidali Aszurowem w Centrum Wielokulturowym na warszawskiej Pradze. Tutaj od kilku miesięcy uchodźca polityczny z Tadżykistanu pracuje w recepcji i uczy języka arabskiego.

Rozłąka Saidaliego z żoną Kimjokhon i ich dziećmi trwała ponad 10 miesięcy. Rodzina opozycjonisty wyjechała z ojczyzny, kiedy ten nie mógł już dalej wspierać finansowo najbliższych. Wcześniej przesyłał im po 200 dolarów, które zarobił w Dubaju. Spotkali się ponownie dopiero w Szwecji, skąd w czerwcu 2016 roku pojechali do Polski.

Dlaczego akurat tutaj? Kiedy w listopadzie 2015 roku Kimjokhon z dziećmi przekraczała przejście graniczne w białoruskim Brześciu, Polska była dla nich pierwszym krajem Unii Europejskiej, gdzie wnioskowali o azyl. Gdy rodzina Aszurowów próbowała osiedlić się w Szwecji okazało się, że żona Saidaliego z dziećmi otrzymali już ochronę od polskich władz.

Gdy zaczynamy rozmawiać na temat sytuacji w Tadżykistanie, Saidali nie potrafi ukryć emocji. Macha rękami i podnosi głos, kiedy opowiada o miejscowym dyktatorze - prezydencie Emomali Rahmonie – i regularnym tłumieniu przez niego opozycji. Aszurow – socjolog władający biegle siedmioma językami – jest rzecznikiem Grupy 24. To jedno z głównych ugrupowań opozycyjnych, które stara się odsunąć dyktatora od władzy i wprowadzić w pełni demokratyczne rządy.

Od momentu, kiedy w 1992 roku Rahmon został pierwszy raz prezydentem, w Tadżykistanie doszło do wojny domowej, sfałszowania praktycznie wszystkich wyborów i rebelii we wschodnim regionie Górskiego Badachszanu, który jest bastionem opozycji. Po krwawych starciach 24 lipca 2012 roku pomiędzy siłami rządowymi a przeciwnikami prezydenta, w których zginęły dziesiątki cywilów, powstała na emigracji Grupa 24. Saidali działa w niej od początku.

Podstawowe informacje o Tadżykistanie
fot. RadioZET.pl
Mapa Tadżykistanu

Na trzy miesiące przed swoją ucieczką z Tadżykistanu wraz z innymi opozycjonistami planował w centrum Duszanbe wielką demonstrację antyrządową. Przeciwko korupcji, biedzie i autorytarnym rządom Rahmona. - 10 października 2014 roku obstawiono każdą ulicę, byli snajperzy i żołnierze. Dlatego zdecydowaliśmy o odwołaniu protestu – wspomina.

To jeszcze bardziej nakręciło spiralę represji. Dla Saidaliego aresztowania stały się codziennością. Sytuację pogarszał fakt, że jego młodszy brat Khusjen Aszurow był w kierownictwie Grupy 24. Kiedy w grudniu 2014 roku został aresztowany w Turcji, rządowa propaganda odmieniała nazwisko Aszurow przez wszystkie przypadki.

- Zamykano mnie na dzień, dwa. Z powodu mojego brata. Chcieli, żebym przekonał go do zaprzestania politycznej działalności – wspomina Saidali. Poważany naukowiec szybk ostał się wrogiem publicznym. Nie mógł wyjechać za granicę i groziła mu utrata pracy w Instytucie Islamskim w Duszanbe, który znajduje się tuż obok pałacu prezydenckiego.

Gdyby nie polityka

W efekcie Saidali znów musiał uciekać z ojczyzny. Tak samo jak wtedy, gdy miał 20 lat. W maju 1992 roku, kiedy wrócił ze służby wojskowej w Rosji (Tadżykistan utworzył własne siły zbrojne dopiero rok później), w ojczyźnie właśnie rozpoczynała się wojna domowa.

Walki pomiędzy postkomunistami wspieranymi przez Kreml a koalicją islamskich i demokratycznych ugrupowań opozycyjnych przyniosły krwawe żniwo. W ciągu trwającej pięć lat wojny zginęło do 60 tys. osób, a dziesięć razy więcej było zmuszonych opuścić swoje domy. Wśród nich Saidali, jego siedmiu braci, trzy siostry i rodzice.

- Gdybyśmy nie uciekli, zabiliby nas. Wiele niewinnych osób zostało zamordowanych. Celowo spędzano je do kin, teatrów na prowizoryczne spotkania, podczas których wszystkich mordowano. Potem te zwłoki zabierano ciężarówkami poza miasto i tam palono. Widziałem to na własne oczy – zarzeka się opozycjonista.

Przez kilka miesięcy cała rodzina mieszkała w samochodzie terenowym Uaz-69, którym dostali się do granicy z Afganistanem. Dzięki statusowi uchodźcy Saidali wraz z dwoma braćmi mógł rozpocząć naukę w pakistańskim Islamabadzie. Do ojczyzny na stałe wrócił dopiero jako 37-latek.

Własna rodzina, praca na uniwersytecie, sklep z dziecięcymi ubraniami, a nawet cotygodniowy talk-show w ogólnokrajowej telewizji Safina. I tak pewnie dalej wyglądałoby życie Saidaliego, gdyby nie polityka.

Represje w Tadżykistanie szczególnie nasiliły się po wyborach parlamentarnych cztery lata temu. Wówczas mandatów została pozbawiona opozycja, w tym Islamska Partia Odrodzenia (prawie 97 proc. mieszkańców Tadżykistanu jest muzułmanami).

To ugrupowanie dążące do ustanowienia demokratycznych rządów w kraju w sierpniu 2015 roku zostało zdelegalizowane i uznane przez władze w Duszanbe za grupę ekstremistyczną. Od temu momentu działa na emigracji – podobnie jak Grupa 24.

Saidali Aszurow z bratem przed budynkiem PE w Brukseli. Tadżykistan
fot. Saidali Aszurow z bratem Khusjenem przed budynkiem PE w Brukseli (arch. prywatne)

Uchodźcza droga

- Mój młodszy brat – Khusjen – teraz żyje w Szwecji. Gdy uciekł z ojczyzny, jego żona została w Tadżykistanie i każdego dnia spotykały ją problemy. W końcu zostali zmuszeni do rozwodu – podkreśla Saidali. Jemu udało się tego uniknąć, ponieważ Kimjokhon zachowała swoje rodowe nazwisko. Poznali się zgodnie z islamską tradycją nikah, czyli aranżowanego małżeństwa, na które zgadzają sobie obydwie strony.

Są razem od 2003 roku. - Żona mnie w stu procentach wspiera, choć nie myśli tak samo jak ja – podkreśla. Dzieli ich 12 lat różnicy, a łączy – przede wszystkim dwóch synów i dwie córki. Najmłodsza z nich urodziła się już w Polsce. Rodzina najpierw trafiła do ośrodka dla uchodźców Dębak niedaleko Warszawy. Pięcioosobowa rodzina mieszkała tutaj w jednym pokoju.

- Tam wszyscy mnie znali, bo pomagałem w tłumaczeniu rozmów z języka arabskiego. Dostałem propozycję – jeśli pomogę personelowi ośrodka, to oni pomyślą jak przenieść nas w lepsze miejsce – wspomina. Współpraca opłaciła się i po trzech miesiącach Saidali z żoną i dziećmi trafili do Czerwonego Boru na Podlasiu.

Tutaj państwo Aszurow z czwórką dzieci, bo w międzyczasie w szpitalu w Łomży urodziła się ich najmłodsza córka, mieli do dyspozycji małe mieszkanie pomiędzy czeczeńskimi sąsiadami.

Saidali chce oszczędzić innym Tadżykom ucieczki z kraju. - Chciałbym doprowadzić do tego, żeby moi rodacy sami o sobie decydowali – podkreśla. O skali biedy, korupcji i represji w swojej ojczyźnie opowiada podczas różnych konferencji i spotkań z eurodeputowanymi.

Jedną z takich okazji jest konferencja na temat praw człowieka Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, która co roku obywa się w Warszawie. Wierzy, że dzięki temu przekona społeczność międzynarodową do wsparcia tadżyckiej opozycji, której najtrudniej jest dotrzeć do serc i umysłów rodaków.

Grupa 24 podczas konferencji OBWE w Warszawie. Tadżykistan
fot. Grupa 24 podczas konferencji OBWE w Warszawie. Saidali jest trzeci od lewej, a jego brat Khusjen - drugi od prawej (arch. prywtane)

- Na mieszkańców Tadżykistanu siły opozycyjne nie mogą mieć znaczącego wpływu, ponieważ większość mediów i sieci społecznościowych jest ściśle kontrolowana przez władze. Ponadto spora część mieszkańców, zwłaszcza młodych ludzi, wyjechała za chlebem do Rosji, Kazachstanu i innych sąsiednich państw - tłumaczy nam Atokhon Ganiew, tadżycki dziennikarz.

Dodaje, że podzielona opozycja nie ma wystarczającego poparcia do zdetronizowania prezydenta Rahmona. Dlatego Saidali podkreśla, że wraz z Grupą 24 stara się obudzić rodaków z politycznego letargu.

„Budzikiem” jest między innymi program publicystyczny „Sadoi mardum” (z tadżyckiego „Głos ludzi”), który w mediach społecznościowych ogląda co tydzień kilkadziesiąt tysięcy osób. Za pomocą popularnej w Tadżykistanie aplikacji mobilnej Zello, mieszkańcy Tadżykistanu dzwonią do studia opozycjonistów, nie szczędząc władzom krytyki.

Duda w obronie dysydentów

Gdy rozmawiamy z Saidalim o bezpieczeństwie, pada nazwisko Umarali Kuwwatowa. Założyciel Grupy 24 został zamordowany w Stambule 6 marca 2015 roku po tym, jak władze tureckie odmówiły jego ekstradycji do Tadżykistanu.

Saidali wierzy, że w Warszawie nic podobnego się nie wydarzy. Podobnego zdania jest więcej Tadżyków, którzy coraz liczniej osiedlają się w Polsce. Wśród nich również prześladowani opozycjoniści.

- Obecnie ważne zezwolenia na pobyt w Polsce posiada około 500 obywateli Tadżykistanu – informuje nas Jakub Dudziak, rzecznik Urzędu do Spraw Cudzoziemców. Status uchodźcy ma 24 z nich, a ochronę uzupełniającą – 49. Polskie władze strzegą tadżyckich dysydentów – zarówno z Grupy 24, jak i Islamskiej Partii Odrodzenia. Ich wydania domaga się bezwzględnie reżim Rahmona.

Prezydent Tadżykistanu doprowadził w tym celu nawet do spotkania ze swoim polskim odpowiednikiem. Przywódcy obu krajów rozmawiali po raz pierwszy w historii w cztery oczy 27 marca 2018 roku w saloniku na lotnisku w Duszanbe, kiedy Andrzej Duda był w drodze do polskich żołnierzy stacjonujących w Afganistanie.

„Emomali Rahmon przekazał prezydentowi RP informacje o potencjalnym zagrożeniu, jakie może stwarzać dla Polski i innych państw Unii Europejskiej wjazd na terytorium RP osób, podejrzewanych o działalność terrorystyczna i ekstremistyczną” - poinformowało nas Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Prezydent Duda miał odpowiedzieć, że „Polska kierując się względami humanitarnymi, zezwala na pobyt w naszym kraju osób, które przekonywująco wykażą, że w kraju ich pochodzenia mogą być narażone na represje i złe traktowanie z powodów wyznania, rasy czy przekonań politycznych”.

Prezydent Polski Andrzej Duda i Tadżykistanu Emomali Rahmon
fot. Prezydent Polski Andrzej Duda i Tadżykistanu Emomali Rahmon (Jakub Szymczuk/KPRP)

Będą potrzebować ludzi takich jak ja

- Osobiście nie spotkałem się w Polsce z przypadkami ksenofobii. Wszyscy sąsiedzi mnie znają, bo na powitanie zrobiliśmy przyjęcie z tadżycką kuchnią – podkreśla Saidali. Dla swojej rodziny otrzymał na rok 3-pokojowe mieszkanie socjalne na Białołęce.

Wcześniej próbował wynająć coś na własną rękę. Gdy tylko właściciele nieruchomości słyszeli od sześcioosobowej rodzinie ze statusem uchodźcy, prędko jednak odkładali słuchawkę. Inna sprawa to pieniądze. Saidali w Centrum Wielokulturowym zarabia 1550 złotych na rękę.

- Kiedyś się mnie ktoś zapytał czy komfortowe jest dla naukowca, który miał dobrą pensję w Tadżykistanie, Siedzieć na recepcji w Centrum Wielokulturowym. A ja nigdy nie boję się podjąć każdej pracy – zapewnia opozycjonista.

Saidali Aszurow podczas spotkanie z byłą prezydent Warszawy w Centrum Wielokulturowym
fot. Saidali Aszurow podczas spotkania z byłą prezydent Warszawy Hanną Gronkiewicz-Waltz (Centrum Wielokulturowe w Warszawie)

Nie ucieka od podjęcia prac fizycznych, ale złamany bark podczas brutalnych przesłuchań uniemożliwia dorobienie pieniędzy. Szansą mogłyby być tłumaczenia, o które już nie raz proszono Saidaliego.

Jednak nie zna języka polskiego na tyle dobrze, aby ręczyć nim przy podpisywaniu przesłuchań czy urzędowych dokumentów dotyczących obywateli Tadżykistanu. Dodatkowy kurs językowy za około 1400 złotych to obecnie dla niego tylko marzenie. Natomiast żona Kimjokhon nie może podjąć pracy przez obowiązki domowe.

Kiedy wydawało się już, że życie rodziny Saidaliego zaczęło wracać do normy, znów pojawiły się kłopoty. Z końcem 2018 roku wygasła umowa wynajmu mieszkania socjalnego w ramach programu Witek realizowanego przez stołeczny ratusz i Fundację Ocalenie.

Udało się ją przedłużyć tylko o jeden miesiąc. Co dalej? Dysydent chciałby zostać w Polsce. Założyć własną tadżycką restaurację. A przede wszystkim nadal apelować o zainteresowanie sytuacją w jego ojczyźnie. - Jeśli uda się ją zmienić, to choćby jutro wracam do mojego kraju. Będą potrzebować ludzi takich jak ja – zapewnia.

RadioZET.pl/Piotr Drabik