Zamknij
Seksualne modlitwy i seanse przemocy. Historia sekty o. Pawła M.
Dominikanie przez lata nie robili nic w sprawie o. Pawła M.
fot: Jon Schulte/Shutterstock
DOMINIKANIE I ZMOWA MILCZENIA

Seksualne modlitwy i seanse przemocy. Historia sekty o. Pawła M.

Błażej Makarewicz
Błażej Makarewicz Redaktor Radia Zet
03.12.2021 12:17
03.12.2021 12:17

Dominikanin Paweł M. przekonywał, że jest bożym wysłannikiem i potrafi odczytywać wolę stwórcy. W ramach sekty, którą założył we Wrocławiu, przez lata dopuszczał się nadużyć seksualnych na młodych kobietach i przemocy. Miała to być forma duchowego oczyszczenia. Po ponad 20 latach zmowy milczenia, na jaw wyszły przerażające historie, za którymi stał „pupil” o. Macieja Zięby.

Współbracia o. Pawła M. wspominają, że miał on dwie twarze i był mistrzem gry pozorów. Z jednej strony dał się poznać jako człowiek niewinny, delikatny i wrażliwy, chętnie pomagający starszym ojcom. „Kipiał miłością. To było urocze” – wspomina jeden z rozmówców Artura Nowaka i Stanisława Obirka, autorów książki „Gomora. Władza, strach i pieniądze w polskim Kościele”. Ale była też ta druga twarz – gwałciciela, przemocowca, „diabła wcielonego”.

O duchownym zrobiło się głośno w marcu 2021 roku, po tym, jak dominikanie wydali oświadczenie, w którym przyznali, że w latach 1996-2000 w zakonie dochodziło do licznych nadużyć. Sprawę zbadała specjalnie powołana komisja, na której czele stanął Tomasz Terlikowski. We wrześniu 2021 roku opublikowany został raport ujawniający szczegóły przerażającej działalności o. Pawła M. Dominikanin miał przez lata dopuszczać się przemocy fizycznej i seksualnej wobec członków duszpasterstwa akademickiego, a także gwałtu na siostrze zakonnej. Prowincjałem dominikanów był w tym czasie o. Maciej Zięba, który zmarł 31 grudnia 2020 roku. Z licznych relacji wynika, że miał on obszerną wiedzę na temat nadużyć seksualnych i przemocy, których dopuszczał się M., ale sprawę lekceważył. „To był pupil Macieja Zięby” – mówił jeden z duchownych, z którym rozmawiali autorzy „Gomory”. 

Czytając przerażające relacje pokrzywdzonych, a także fakty zawarte w raporcie komisji Tomasza Terlikowskiego, trudno nie zauważyć wielu podobieństw między o. Pawłem M. a Jimem Jonesem – założycielem i przywódcą apokaliptycznej sekty Świątynia Ludu, który przez lata utrzymywał liczne kontakty seksualne z wyznawcami swojego ruchu, powołując się przy tym na ich religijno-duchową konieczność. Jones twierdził, że potrafi uzdrawiać chorych, wskrzeszać zmarłych, a także przewidywać przyszłość.

O. Paweł M. stworzył wokół siebie podobną aurę i mechanizmy, choć w nieco innej skali i rzeczywistości. Niektórzy zakonnicy z Krakowa mieli nawet twierdzić, że M. potrafił lewitować. W trakcie modlitwy dominikanin miał nie tylko unosić się nad ziemią, ale nawet sprawiać, że w powietrzu latały rozmaite przedmioty. Paweł M. prowadził we Wrocławiu w latach 1996-2000 duszpasterstwo akademickie - Wspólnotę św. Dominika, w której działalność angażował młodych ludzi zafascynowanych jego nieprzeciętnymi kazaniami i stylem działania. Zgodnie z ustaleniami komisji Tomasza Terlikowskiego, wspólnota była w praktyce sektą. Jej przywódca przekonywał, że jest bożym wysłannikiem i ma dar odczytywania woli Boga. Wykorzystywał seksualnie kobiety, wmawiając im, że to element uzdrawiania i oczyszczania. Gromadził ludzi i kazał im się publicznie spowiadać. Następnie organizował zbiorowe sesje przemocy jako formę pokuty za grzechy. 

- Ten nurt charyzmatyków jest szalenie niebezpieczny, dlatego, że ci ludzie przypisują sobie jakieś specjalne właściwości. Twierdzą, że mają jakieś dary, że uzdrawiają. Wmawiają to sobie i innym ludziom. I gdy te osoby poddają się temu kierownictwu duchowemu tak bezkrytycznie, z tych księży wychodzą naturalne instynkty związane z chęcią zaspokajania swoich potrzeb seksualnych, upokarzania. Ofiary Pawła M. mówiły mi, że jemu nie tyle chodziło akurat o zaspokajanie potrzeb seksualnych, a o okazywanie władzy. Hedonizm, posuwanie się dalej i dalej. Paradoks polega na tym, że zakon dominikanów wiele lat temu zajmował się przecież zwalczaniem sekt w Kościele. A tymczasem pod jego nosem, w jakimś jego centrum, wyrosła najbardziej spektakularna, groźna sekta, która była skupiona wokół Pawła M. – zauważa mec. Artur Nowak, który w swojej praktyce adwokackiej wielokrotnie reprezentował osoby pokrzywdzone przez pedofilów.

Gwałty, przemoc i psychomanipulacja

W trakcie spowiedzi Paweł M. namawiał młode kobiety do ujawniania traumatycznych doświadczeń i intymnych historii. Bardzo lubił wysłuchiwać pikantnych szczegółów. Następnie kazał im się rozbierać i modlił się, dotykając ich miejsc intymnych. Sam też najczęściej był rozebrany. „Seksualna modlitwa” miała służyć oczyszczeniu ze złych emocji. Na końcu M. miał proponować uczestniczkom rytuałów, że w ramach swojego oczyszczenia „mogą to z nim zrobić”. W książce Nowaka i Obirka czytamy o konkretnych przypadkach szokujących zdarzeń, jakie rozgrywały się we wspólnocie. Podczas jednej ze spowiedzi Paweł M. mówił, że „Bóg oczyścił jego ręce i ciało, więc teraz on może oczyścić dotykiem”. Na początku miał delikatnie głaskać swoją ofiarę.

Stanisław Obirek i Artur Nowak z książką "Gomora"
fot. Pawel Wodzynski/Dzien Dobry TVN/East News

„Wyjaśniał, że jeżeli on odczuwa pożądanie względem mnie, to znaczy, że jestem nieoczyszczona i że jeszcze będzie się modlił” – czytamy. Spotkania utrzymywane były w ścisłej tajemnicy. Jedna z kobiet zeznała, że M. zgwałcił ją na ołtarzu. Inna miała zajść z nim w ciążę, ale poroniła. Duchowny miał jej wówczas powiedzieć: „musimy się lepiej zabezpieczać”. Nie wiadomo dokładnie, ile ofiar ma na swoim koncie dominikanin. - Przez lata o. Paweł M. działał nieoficjalnie, a jest mało prawdopodobne, że na kilkanaście lat zmienił swoje postępowanie, dlatego podejrzewamy, że będą zgłaszać się kolejni poszkodowani – wyjaśniał Tomasz Terlikowski podczas prezentacji raportu komisji. Dramaty, które rozegrały się we wrocławskim duszpasterstwie, uległy już przedawnieniu.

Pod nosem dominikanów wyrosła najbardziej spektakularna, groźna sekta, która była skupiona wokół Pawła M. 

„Seksualne modlitwy” to jednak nie wszystko. Innym, przerażającym narzędziem „duchowego oczyszczania”, jakie stosował we wspólnocie o. Paweł M. były seanse przemocy. Po wielogodzinnych modlitwach, bez podania przyczyny, wskazywano ofiarę, która rzekomo w dalszym ciągu miała być zamknięta na wolę Bożą. Kobieta była rozbierana, kładziona na stole, a następnie przez kilkadziesiąt minut bita. „M. zdejmował pas od habitu i ją bił, czasami przez godzinę, rozkazując robić to także innym. Dziewczyna nie miała nawet posiniaczonego ciała – to była jedna wielka rana. Tych pobić było więcej. Te osoby miały się otworzyć, przeżyć czyściec, żeby ocalić innych” – tłumaczył o. Marcin Mogielski, który zebrał relacje ofiar Pawła M.

O innych przypadkach przemocy we wrocławskiej wspólnocie czytamy w raporcie komisji Terlikowskiego. „Była jedna taka modlitwa, że wstawiając się, nie wiem za co, dostałam osiem tysięcy razy pasem na goły tyłek” – relacjonowała jedna z kobiet. „Dziewczyny mi mówiły, że kilka razy traciłam przytomność. Byłam bita na goły tyłek, ale nie byłam całkiem rozebrana, byłam bita jego pasem. Od ud po plecy byłam bita. (...) Fizycznie byłam potwornie pobita. Dziewczyny wlokły mnie do domu. Ja potem długo spałam, wiem, że robiono mi okłady” – zeznała inna ofiara.

Jak to możliwe, że Paweł M. był w stanie przez lata zupełnie bezkarnie krzywdzić członków założonej przez siebie wspólnoty? Ofiary przekonują, że M. do perfekcji opanował mechanizm psychomanipulacji. „On miał niesamowitą umiejętność, że miał wyczucie głodów i potrzeb, a także dostęp do nich za pomocą spowiedzi, i potem bardzo sprawnie tym manipulował. I na tyle uzależniał od siebie, że bardzo trudno było zerwać z tą słodkością i miłością” – przekonuje jeden ze świadków. Duchowny interesował się życiem swoich podopiecznych, zdobywał intymne, prywatne informacje, a następnie brutalnie wykorzystywał je, by kontrolować ich życie. M. decydował także o tym, jak długo mogą spać.

„On nas zgniatał małą ilością snu. Myślę, że gdyby każdy z nas miał spać dwie godziny dziennie, to po miesiącu zaczyna się żyć w świecie nierzeczywistym” – powiedział komisji świadek. Jego pseudoteologia przepełniona była absurdalnym wyszukiwaniem duchowego zła i obecności szatana. Przekonywał, że demony obecne są w książkach, sprzęcie elektronicznym, dziełach sztuki, a nawet produktach spożywczych. Był ponadto mistrzem rozbijania związków i tworzenia wrogich relacji między członkami wspólnoty. Dzielił ich na owieczki i barany. Barany to osoby, które myślały krytycznie i powątpiewały w nauczanie M. Takie osoby odsuwane były od grupy, aby następnie stać się obiektem wrogości i napiętnowania.

Był mistrzem rozbijania związków i tworzenia wrogich relacji między członkami wspólnoty. Dzielił ich na owieczki i barany

Artur Nowak przekonuje, że mechanizm psychomanipulacji jest „pewnym kanonem, schematem w relacji związanej z przewodnictwem duchowym”. - Z jednej strony mamy ludzi, którzy są w jakiś sposób skrzywdzeni, bo zazwyczaj to tacy szukają pomocy duchowej. I Paweł M. nie jest tutaj postacią wyjątkową. Tak zaczynał np. Maciel Degollado (założyciel zgromadzenia Legion Chrystusa. Wieloletni sprawca molestowania seksualnego dzieci i seminarzystów). To jest sposób działania wielu księży pedofilów, którzy łapią kontakt z młodymi ludźmi. Na spowiedzi dowiadują się na ich temat wielu rzeczy i wiedzą z kim mają do czynienia. I to nie jest tak, że te wszystkie osoby, które są klientelą tych wszystkich charyzmatyków, nic z tego nie mają. Na początku mają. Jest zainteresowanie, opieka, zrozumienie kogoś, komu można się wygadać. Takiego ojca nawet w sensie dosłownym, bo często te osoby takiego ojca nie mają. I dopiero później ten sprawca odbiera swoją „nagrodę” – tłumaczy adwokat.

Komisja Tomasza Terlikowskiego nie ma wątpliwości, że horror, który przez lata rozgrywał się duszpasterstwie akademickim, był ignorowany przez przełożonych dominikanów. „Uważamy za niemal niemożliwe, że tak funkcjonująca grupa mogła na tyle skutecznie ukryć się, by nie wzbudziła zainteresowania innych dominikanów. Zachowały się bowiem pochodzące z końca lat 90. pisemne świadectwa kilku współbraci Pawła M., którzy precyzyjnie identyfikowali zakres nieprawidłowości w posłudze zakonnika. Zauważono m.in niejasne zależności między Pawłem M. a członkami duszpasterstwa, opresyjne kierownictwo duchowe, rozpoznawanie powołania do stanu kapłańskiego i życia konsekrowanego z natychmiastowym wezwaniem do zerwania relacji z bliskimi, wielogodzinne modlitwy z wywieraniem psychicznej presji na ich uczestników, nieustanne tropienie przez zakonnika „nieczystości” u ludzi podlegających jego kierownictwu duchowemu, a także demonizowanie przez niego rzeczywistości, które przejawiało się np. w dziwnych rytuałach, takich jak palenie na klasztornym dziedzińcu sprzętów rzekomo zamieszkałych przez szatana” – czytamy w raporcie. Komisja podkreśliła, że „mimo tej wiedzy przełożeni polskich dominikanów nie podjęli wówczas wysiłku, by szczegółowo zbadać aberracje teologiczne w postępowaniu Pawła M.”

Był pupilem o. Zięby

W czasach, gdy M. dopuszczał się gwałtów i przemocy wobec członków swojej wspólnoty, przełożonym dominikanów był o. Maciej Zięba – w czasach PRL związany z opozycją demokratyczną, przedstawiciel tzw. Kościoła otwartego, osoba wpływowa, mająca szerokie kontakty, stały gość największych mediów. Dla młodych dominikanów w latach 90. z miejsca stawał się autorytetem. „Opozycyjna przeszłość, magisterium z fizyki, kontakty z Mazowieckim, wizja rozwoju zakonu – to nas oczarowywało” – wspomina jeden z braci. Rozmówcy autorów „Gomory” podkreślają, że kamieniem milowym w karierze o. Zięby były jego kontakty z Janem Pawłem II.

Jan Paweł II i o. Maciej Zięba
fot. MIROSLAW PIESLAK/East News

„Jego wizja wielkiego zakonu dominikańskiego w Polsce z prężnym ruchem duszpasterskim i kadrą na uczelniach pociągała młodych ludzi, których w zakonie nazywano »ziębitami«” – czytamy w książce Nowaka i Obirka. O. Paweł M. miał pasować Ziębie do jego koncepcji zakonu kaznodziejskiego. Na duchownych robiło wrażenie, że msze, które odprawiał we wrocławskim klasztorze, przyciągały tysiące wiernych, w tym mnóstwo młodych osób. Wiadomo także, że Zięba i M. mieli bardzo dobre kontakty. „Kiedy przyjeżdżał o. Maciej Zięba OP, to Paweł M. wysyłał mnie po wino i ser pleśniowy z wyższej półki, żeby mogli sobie wieczór spędzić razem (...) Oni spotykali się, spędzali sporo czasu razem. A ja pomyślałam, że skoro ojciec Maciej wszystko wie, przyjaźni się, to znaczy, że nie ma się czego obawiać” – zeznała jedna z kobiet.

Kiedy przyjeżdżał o. Maciej Zięba OP, to Paweł M. wysyłał mnie po wino i ser pleśniowy z wyższej półki, żeby mogli sobie wieczór spędzić

O. Maciej Zięba co najmniej od 1998 roku był informowany o działaniach Pawła M., ale nie widział w jego zachowaniu niczego niepokojącego. Gdy o. Marcin Mogielski poinformował go, że trzeba coś zrobić z postępowaniem M., miał usłyszeć od Zięby, że „jest zazdrosny, zawistny i nie dorasta M. do pięt”. Kobiety, które zostały skrzywdzone przez Pawła M. przekonują, że informowały Ziębę o przypadkach nadużyć seksualnych i przemocy na piśmie. Prowincjał nie zdecydował się jednak, aby wyciągnąć konsekwencje wobec swojego podwładnego i stanąć po stronie ofiar.

W 2000 roku wysłał Pawła M. do klasztoru na Bielanach w Krakowie. Przez rok miał on zakaz sprawowania sakramentów. Miał także przez rok pracować w hospicjum dziecięcym w Lublinie. Sytuacja miała w niewielkim stopniu ulec zmianie od 2006 roku, kiedy to prowincjałem dominikanów został o. Krzysztof Popławski. Nowy szef zakonu zdecydował się ograniczyć działalność Pawła M. Wiadomo jednak, że w kolejnych latach M. obronił doktorat i pracował duszpastersko w parafii w Jarosławiu i tamtejszym szpitalu psychiatrycznym. O sprawie nadużyć wiedział także prowincjał o. Paweł Kozacki. Do 2021 roku nie wszczął wobec dominikanina dochodzenia kanonicznego. 

- Zięba miał myślenie klerykalne. To był człowiek, który był przekonany, że dla dobra Kościoła tego typu sprawy powinny być wyciszane. Był zadowolony z tego, że M. ściąga ludzi do Kościoła, że przychodzą tłumy na jego msze, że ci dominikanie się „odradzają”. Bardzo mu na tym zależało. Myślę, że to było dla niego wartością. W momencie, kiedy pokrzywdzone nabrały wewnętrznej odwagi, żeby opowiedzieć o tej swojej krzywdzie, albo przynajmniej szukać jakiejś sprawiedliwości, dominikanie zobaczyli, że już nie ma wyjścia i zaczęli tę sprawę wyjaśniać. Taki był po prostu Kościół w Polsce. Kierował się takimi kryteriami, żeby nie gorszyć, nie opowiadać i jakoś to „załatwić”. Jestem przekonany, że sprawa nie miałaby takiego wymiaru publicznego, gdyby na samym początku Zięba cokolwiek zrobił i wyciągnął jakieś konsekwencje wobec M. Niestety, nie zrobił tego – mówi nam mec. Artur Nowak.

W „Gomorze” czytamy szokującą relację ze spotkania skrzywdzonej kobiety z ówczesnym prowincjałem dominikanów, które miało miejsce w 2000 roku we Wrocławiu. Kobieta zeznała, że wyszła ze spotkania przerażona i załamana. „Byłam w takim stanie, że przepraszałam, że żyję. Zięba siedział w kapie (to taka peleryna) na głowie z nogą założoną na nogę. Powiedział, że jest obstawiony prawnikami i z zakonem nie wygram”. Następnie grupa pokrzywdzonych pojechała na spotkanie z Ziębą do Warszawy. „Ojciec Zięba nas spławił w trzy minuty. Nie wyszliśmy poza małe pomieszczenie przy klasztornej furcie" – opowiada jeden z uczestników.

Ojciec Zięba nas spławił w trzy minuty. Nie wyszliśmy poza małe pomieszczenie przy klasztornej furcie

Zięba powiedział tylko, że jeżeli planujemy jakąś akcję prasową bądź sądową, to on jest na to przygotowany. Z takim przekazem odbiliśmy się od progów prowincjała”. O. Maciej Zięba zmarł ostatniego dnia 2020 roku w wieku 66 lat. Dominikanie przekazali, że zmarł po wielu miesiącach walki z chorobą nowotworową.

Kolejna ofiara Pawła M. 

Historia nadużyć o. Pawła M. wyszła na jaw po ponad 20 latach. 7 marca 2021 roku w oświadczaniu bracia Konwentu św. Wojciecha we Wrocławiu napisali, że w latach 1996-2000 w ramach duszpasterstwa we Wrocławiu działał intensywny mechanizm przypominający funkcjonowanie religijnej sekty. „Zwracamy się do was z ogromnym bólem i wstydem. Stajemy przed wami w prawdzie, która mimo upływu lat coraz wyraźniej odsłania swoje przerażające oblicze” – napisali dominikanie.

- Ten raport mnie zdruzgotał. Nie spodziewałem się, że dotknie mnie tak mocno – komentował prowincjał dominikanów o. Paweł Kozacki. Zaapelował także do wszystkich ofiar Pawła M., aby się zgłaszały. - Będziemy bardziej uwrażliwieni na krzywdę i wszystkie sygnały, które się pojawią. Chcemy, żeby do takiego zła już nigdy nie doszło – zapewniał. - Było powiedziane, że nie odpowiadamy za to, co się stało kanonicznie, ale moralnie czuję się odpowiedzialny. Już w chwili ogłoszenia sprawy Pawła M. oddałem się do dyspozycji generała, który ma prawo mnie odwołać. Jestem gotów ponieść konsekwencje – zapowiedział o. Kozacki.

Stajemy przed wami w prawdzie, która mimo upływu lat coraz wyraźniej odsłania swoje przerażające oblicze

Niedługo przed wydaniem wspomnianego oświadczenia przez dominikanów, do katowickiej prokuratury zgłosiła się siostra zakonna, którą Paweł M. miał skrzywdzić w 2011 i 2018 roku. Kobieta zeznała przed komisją Terlikowskiego, że duchownego poznała w 2010 roku, w momencie, gdy przeżywała kryzys duchowy. Zastosował wobec niej podobny mechanizm, którym manipulował i wykorzystywał kobiety we wrocławskiej wspólnocie. „Kazał rozebrać mi się do naga. Tej nocy było tak, że kilka godzin siedzieliśmy w nocy i się modliliśmy. Oboje byliśmy nadzy, on zaczął mnie dotykać” – relacjonowała kobieta. Następnego dnia chciał wszystko kontynuować.

Ofiary Pawła M. długo musiały milczeć
fot. True Touch Lifestyle/Shutterstock

„Tylko że teraz poza tym, że on mnie dotykał, to on chciał, żebym ja dotykała jego. Nie chciałam, więc znowu nasłuchałam się, że wszystko psuję, że stawiam tamę planowi Boga, że kilka miesięcy modlitw razem przepadnie, że jeśli nie przepracuję w sobie tych rzeczy, to nigdy nie będę mogła pomagać innym ludziom. Czułam, że jeśli odmówię Bogu, to moje życie stanie się bez sensu. I to powodowało, że byłam gotowa robić to, co on chciał, o czym on mówił, że to jest wola Boża. On mi powiedział, żebym go dotykała, a potem zażyczył sobie seksu oralnego” – mówiła przed komisją. W kolejnych miesiącach Paweł M. i siostra zakonna odbywali nietypowe modlitwy telefoniczne, które prowadzili na początku znajomości. Do kolejnych zbliżeń doszło w 2018 roku. Wkrótce kobieta zaczęła się opierać dominikaninowi. Ostatecznie całą historię opowiedziała swojej terapeutce i za jej namową zgłosiła się do Prokuratury. Niedługo po tym Paweł M. trafił do aresztu.

On mi powiedział, żebym go dotykała, a potem zażyczył sobie seksu oralnego

W listopadzie 2021 roku Prokuratura Regionalna w Katowicach zakończyła śledztwo w sprawie Pawła M. W sprawie przesłuchano kilkunastu świadków, w tym także osoby, które duchowny miał skrzywdzić w czasach wrocławskiej wspólnoty. - W sumie akt oskarżenia zawiera siedem zarzutów. Dotyczą one gwałtu i poddania się innej czynności seksualnej w okresie od maja 2011 roku do sierpnia 2018 roku, poprzez zastosowanie wobec pokrzywdzonej zabiegów i technik manipulacyjnych, które wywołały u niej stan, w którym nie miała rozeznania co do podejmowania decyzji i dalszego działania – powiedziała Agnieszka Wichary, rzeczniczka Prokuratury Regionalnej w Katowicach.

Wydalenie ze stanu duchownego?

Nie wiadomo, jakie konsekwencje wyciągnie wobec duchownego Kościół. - W tej chwili Paweł M. cały czas przebywa w areszcie, więc działania kanoniczne są wstrzymane. To, co powinno zostać teraz zrobione, to po pierwsze wysłanie informacji do sygnatury apostolskiej na temat solicytacji, czyli wykorzystania seksualnego w trakcie spowiedzi. Tak, aby sygnatura apostolska mogła zbadać tę sprawę i odnieść się do niej. Solicytacja w tym przypadku jest wprawdzie przestępstwem przedawnionym, ale Stolica Apostolska ma możliwość uchylenia przedawnienia. Solicytacja jest przestępstwem, które zawsze, jeżeli zostanie potwierdzone, prowadzi do wydalenia ze stanu duchownego. Jeżeli chodzi o kanoniczne przestępstwa, to jest to jedno z najpoważniejszych. Te czynności powinny zostać wszczęte, ale nie wiem, jakie są wewnętrzne ustalenia – mówi nam Tomasz Terlikowski.

Paweł M. cały czas przebywa w areszcie, więc działania kanoniczne są wstrzymane

- Drugim elementem, który już się toczy, jest dochodzenie dotyczące innych przestępstw seksualnych, ze szczególnym uwzględnieniem przestępstwa ostatniego wobec siostry zakonnej. Ono jest zawieszone, bo zawsze tak jest, gdy toczy się postępowanie świeckie. To jest pewna procedura, która zwyczajowo jest przyjęta. Wyrok sądu świeckiego nie jest jednak determinujący. Może okazać się, że sąd świecki uzna, że coś się przedawniło, a sąd kanoniczny uzna inaczej – wyjaśnia. 

Filozof i publicysta przekonuje, że ofiary Pawła M. wciąż mogą uzyskać zadośćuczynienie. - Moim zdaniem rozmowy między osobami pokrzywdzonymi a zakonem dominikańskim się toczą. Oczywiście, prawie wszystkie roszczenia według prawa świeckiego są przedawnione, ale dominikanie twierdzą, że mimo to zamierzają zadośćuczynić, zarówno finansowo, jak i na inne sposoby, osobom skrzywdzonym przez Pawła M. Takie możliwości istnieją, ale one w dużej mierze zależą od dobrej woli i od poważnego potraktowania tego, co się wydarzyło, przez zakon dominikanów – podkreśla Terlikowski.

W artykule wykorzystano fragmenty książki „Gomora. Pieniądze, władza i strach w polskim Kościele” autorstwa Artura Nowaka i Stanisława Obirka, a także fragmenty raportu Komisji eksperckiej dotyczącej działania Pawła M. oraz instytucji Prowincji w jego sprawie.

Błażej Makarewicz
Błażej Makarewicz

Dziennikarz po stosunkach międzynarodowych. Zajmuje się głównie meandrami polskiej i światowej polityki. Pasjonat historii i kultury Ameryki Łacińskiej. Lubi brytyjski humor, towarzystwo wartościowych książek i odpoczynek na Mazurach. W sobie i innych ceni krytycyzm w myśleniu oraz szacunek dla ludzi o odmiennych poglądach.

twitter.com/BMakarewicz

kontakt:  blazej.makarewicz@radiozet.pl