Zamknij
Granica polsko-białoruska
Obszar byłego stanu wyjątkowego nadal jest objęty zakazem przebywania
fot: Jakub Kaminski/East News
STAN PARA-WYJĄTKOWY

Życie na granicy. Kilka kilometrów od Białorusi

Michał Dzienyński
Michał Dzienyński Redaktor Radia Zet
21.04.2022 17:11

Dzień dobry, dokumenty. Co pan wiezie? Proszę otworzyć bagażnik. Dziękuje, można jechać dalej. Tak wyglądają zwykle policyjne kontrole w pobliżu granicy Polski z Białorusią. W ciągu dwóch dni miałem ich kilkanaście. 

Od września do listopada ubiegłego roku w ponad 180 miejscowościach w pasie przygranicznym z Białorusią obowiązywał stan wyjątkowy. Od grudnia wprowadzono tu obszar objęty zakazem przebywania dla osób postronnych. W praktyce - mogą tam przebywać tylko zameldowani i uprawnione służby.

Od miejscowych usłyszałem dosadnie: - Panie kochany, to stan para-wyjątkowy, a strefa zamknięta jest niedomknięta. Jak jest naprawdę?

Można tylko zjeść i zatankować

„Obszar objęty zakazem przebywania”. Tabliczka z takim napisem widnieje przed wjazdem do Włodawy. Nie da się jej nie zauważyć. Jadę z Bielska Podlaskiego do Chełma, to najszybsza i najlepsza droga. Tylko czy mogę wjechać? Staję na poboczu i zastanawiam się. Moje wątpliwości rozwiewają mijające mnie samochody na krakowskich, białostockich czy poznańskich tablicach. To też pojadę, na swoich, warszawskich.

Przede mną krótka policyjna kontrola. Czy mogę jechać, skoro tabliczka zabrania przebywania? – pytam. - Wjeżdżać można, wychodzić nie można – odpowiada policjant. A zjeść i zatankować można? - pytam przekornie. - Można – uśmiecha się zza ciemnych okularów policjant, trzymający w ręku długą broń. Obok, na poboczu, stoi radiowóz z migającym niebieskim kogutem. W środku także policjanci.

Tablice przed wjazdami do wsi i miasteczek przy granicy z Białorusią informują o zakazie przebywania
fot. Michał Dzienyński

Kilkadziesiąt metrów od policyjnego punktu kontrolnego znak drogowy nakazuje zwolnić do 30 km/h. Podjeżdżam na stację benzynową. - Do trójstyku granic daleko? - pytam. - Jakieś 7 kilometrów - odpowiada mi pracownik stacji pomagający zatankować gaz klientowi. - Osobówką pan nie dojedzie, bo bagnista droga. Tylko terenowy.

Kontynuuję rozmowę. Do granicy z Białorusią są 4 kilometry, a z Ukrainą - 7. Tak trochę dziwnie się żyje odkąd zaczęła się wojna - mówi ze smutkiem. - Czasami słychać tu, we Włodawie, strzały. Ale nie wiem czy to jakieś manewry, czy może strzelają w stronę Ukrainy. Na wyjeździe z miasta kolejna kontrola. Ponieważ miałem już ich kilka pytam policjantów - Stąd jesteście, czy z Polski?

- Wrocław, proszę pana – słyszę. - Są też chłopaki ze Szczecina, Warszawy, Poznania czy Lublina. I tak wzdłuż całej granicy. Szczerze mówiąc to do domu już się chce – w głosie słychać tęsknotę. Podobnych nieoficjalnych rozmów z mundurowymi miałem podczas podróży wzdłuż polsko-białoruskiej granicy sporo. Nieoficjalnie mieli usłyszeć, że wciąż nie wiadomo do kiedy będzie obowiązywał zakaz przebywania w strefie przygranicznej. Oficjalnie – do końca czerwca tego roku.

Majówka w plecy

- Wrzesień w plecy, babie lato w plecy, Boże Narodzenie i Sylwester w plecy, podobnie ferie, to samo Wielkanoc, a teraz zbliża się majówka i też w plecy! Tak mówią miejscowi prowadzący małe biznesy: hotele, bary, wypożyczalnie. Ich domy i interesy są w strefie, w której obowiązuje zakaz przebywania. To trzykilometrowy pas od granicy z Białorusią, długi na 418 kilometrów, w województwie podlaskim i lubelskim.

- Najpierw od września obowiązywał stan wyjątkowy, od grudnia jest zakaz przebywania, ale różnicy nie ma - słyszę od dwóch panów w Sokółce. To ostatnie większe miasto, do którego można wjechać. Kilkanaście kilometrów dalej zaczyna się strefa, w której obowiązuje zakaz przebywania

Przejście graniczne w Kuźnicy jest zamknięte, droga numer 19 – pusta. Pytam policjantów stojących przy trasie do Kuźnicy, tuż przy końcu dozwolonej strefy, czy mogę wjechać. - A to proszę do Straży Granicznej. My tu kontrolujemy większe i mniejsze ciężarówki. Dla nas może pan wjechać… Dzwonie do SG i słyszę: – Media mogą wjechać dalej tylko w asyście straży granicznej..

Budowa muru przy granicy z Białorusią
fot. Piotr Molecki/East News

Białowieża, Krynki czy Mielnik to tylko niektóre miejscowości, w których od września nie widziano turystów. Jest tylko wojsko i policja. - Turyści na razie nie rezerwują miejsc na lato, bo nie wiadomo, czy będzie zniesiony zakaz przebywania, czy nie. Wojna w Ukrainie jeszcze bardziej wszystko skomplikowała – mówią mi miejscowi z okolic Krynek, Hajnówki czy Lipska. Do tego ten mur… nie wiadomo, czy skończą go do wakacji.

Chodzi o stałe ogrodzenie na polsko-białoruskiej granicy, które budowane jest na Podlasiu. Ma skutecznie zapobiec nielegalnemu przekraczaniu granicy przez uchodźców idących z terytorium Białorusi. W sumie mur ma mieć 186 kilometrów. Z danych Straży Granicznej wynika, że w ostatnim czasie niemal każdej doby polską granicę próbuje przekroczyć kilkadziesiąt osób, głównie z Iraku, Bangladeszu czy Egiptu. We wrześniu i październiku takich przekroczeń było po kilkaset.

Nie zmieniło się jedno: w nielegalnym przekraczaniu granicy zawsze pomagają białoruskie służby, które oślepiają polskich pograniczników laserami, rzucają hukowe granaty i niszczą zasieki. Niektóre przygraniczne miasteczka, takie jak Lipsk, zaczynają przypominać wojskowe koszary. Już przy wjeździe widać wszechobecne wojsko, w metalowych kontenerach mieszkają żołnierze. Wszędzie na ulicach widać mundury.

- Przynajmniej coś się dzieje - mówi mi wysiadający ze starego lanosa mężczyzna. Wojsko to teraz główni klienci sklepów. Granica z Białorusią jest kilka kilometrów dalej. Z miasteczka widać graniczny las - stoi za niemal równiutkimi jak stół polami.

Żubr nie zapuka

- Ja to już nie wiem czy to dobrze, że będzie ten mur. Zwierząt szkoda, żubr przecież nie zapuka i nie powie: wpuście mnie na drugą stronę - słyszę od pana Dominika z okolic Czarnej Białostockiej. Rząd obiecuje, że w granicznej zaporze ma być kilkadziesiąt przejść dla zwierzyny.

- Na razie to huk, hałas i drogi rozjeżdżone. Obiecują, że naprawią, ale wie pan jak jest z tym naprawianiem - mówią mi dwaj panowie koło sześćdziesiątki z okolic Sokółki. Może i będzie bezpiecznie, ale zwierząt żal, to fakt… To, co przykuwa moją uwagę w drodze z Krynek do Supraśla, to tablice – Uwaga Wilki, Uwaga Rysie, Uwaga Żubry - i te ostanie mam okazję zobaczyć na własne oczy. Pasą się jak krowy na polanie, kilka sztuk dosłownie kilkanaście metrów od szosy. Kompletnie nie zwracały na mnie uwagi.

Obok zetkowego samochodu zatrzymuje się terenowy, nieoznakowany policyjny samochód. Wychodzi z niego ubrany „po cywilnemu” policjant z przypiętą do pasa w widocznym miejscu kaburą z pistoletem. - Też szukałem tych żubrów, będą fajne zdjęcia! Jesteśmy tu na służbie od wczoraj. Do kiedy? - nie wiadomo.

Żubry przy granicy z Białorusią
fot. Michał Dzienyński

Przypomina mi się co mówili panowie spotkani w Sokółce: - Jak będzie pan jeździł w okolicach Krynek to można, jak ma się szczęście, zobaczyć pasące się wolnożyjące stado żubrów. Czasami nawet kilkadziesiąt sztuk. Nie tak dawno uciekła do nich krowa Nie chciał wrócić do zagrody. Głośna sprawa była! Uciekła z miłości. Zakochała się w żubrze.

Ja wracam do Warszawy, choć w te rejony zawsze chętnie zaglądam, bo zakochać się w nich nietrudno. Nawet jeśli są częściowo domknięte i nikt tak naprawdę nie jest w stanie jednoznacznie powiedzieć, kiedy zniknie obszar objęty zakazem przebywania.

Michał Dzienyński
Michał Dzienyński

Radio mam w krwiobiegu i to już od 20 lat. Pracę zaczynałem w Rozgłośni Harcerskiej, potem było Radio Praga, Plus, Eska. Po drodze były też epizody telewizyjne w roli wydawcy i sekretarza redakcji w jednym z branżowych pism. Byłem też DJ’em i prowadzącym program. W końcu trafiłem tam, gdzie sobie 20 lat temu założyłem, czyli do ZETki. W radiu uwielbiam słuchać ludzi. Może dlatego moja działka to sprawy społeczne. Poza pracą moja pasja to góry, pociągi i dzielenie się radiową wiedzą z innymi. Potrafię też udawać zwierzęta. Na życzenie zaszczekam, zagdakam czy zamuczę.

C