Streżyńska nie jest pierwsza. Najbardziej niepokorni ministrowie III RP

Redakcja
26.04.2017 18:40
Streżyńska
fot. East News

Anna Streżyńska po wtorkowym wywiadzie dla Radia ZET, w którym niepochlebnie wyraziła się na temat niektórych działań rządu, znalazła się w ogniu krytyki władz PiS-u. Nie jest to jednak pierwszy taki przypadek w historii. Szlak obecnej minister cyfryzacji przetarło już wielu. Oto najsłynniejsi.

Zagłosuj

Czy Anna Streżyńska utrzyma swoje stanowisko w rządzie?

Liczba głosów:

Minister cyfryzacji w rozmowie z Konradem Piaseckim podczas audycji "Gość Radia ZET" przyznała otwarcie, że nie zgadza się z kolegami z rządu w niektórych kwestiach. Stwierdziła m.in., że to nie wydatki socjalne, a rozwój gospodarczy powinien być priorytetem dla władz, skrytykowała pęd do jak najszybszej realizacji obietnic wyborczych, wyraziła także obawę spowodowaną rozszerzaniem się wpływów Ministerstwa Obrony w różnych sferach działalności państwa (np. w kwestii militaryzacji cyberbezpieczeństwa).

Natychmiast została za swoje słowa skarcona przez innych polityków PiS - ostro wypowiadali się na ten temat szef MSW Mariusz Błaszczak i rzeczniczka partii Beata Mazurek. Również premier Beata Szydło zareagowała, zwołując specjalne spotkanie z ministrami na temat „zasady lojalności i odpowiedzialności za słowo”. Streżyńską, poza medialną krytyką, nie spotkały jednak żadne polityczne konsekwencje. 

Nie pierwszy to przypadek, gdy minister wygłasza swoje zdanie, niezgodne z oficjalną linią rządzących. W przeszłości zdarzali się bowiem tacy, którzy mniej lub bardziej otwarcie występowali przeciw działaniom swoich przełożonych. Czasem kończyło się to dymisją, czasem dobrowolnym odejściem. Przypomnijmy sylwetki najbardziej "niepokornych" ministrów z ostatnich lat.

Lepper to za dużo

Nominacja Stefana Mellera na stanowisko ministra spraw zagranicznych po wygranych przez PiS wyborach w 2005 roku wzbudziło niemałe zaskoczenie - były ambasador w Moskwie i Paryżu nie był ani zawodowym politykiem ani nie należał do otwartych zwolenników działań braci Kaczyńskich.

Ten ruch wpisywał się jednak w cały szereg sloganów o odnowie moralnej (wedle ich głosicieli - koniecznej po 4 latach skompromitowanych rządów SLD), a Meller jako współpracownik Solidarnościowego podziemia spełniał te warunki. Poza tym był przecież uznanym w świecie fachowcem (podobnie, jak obejmujący w tym samym czasie urząd ministra zdrowia Zbigniew Religa) i choćby o jego kompetencje oraz przygotowanie merytoryczne nikt nie musiał się obawiać.

Zobacz także

Nie podobało mu się jednak to, w jaką stronę szybko zaczęli dryfować rządzący. Odszedł pół roku po wyborach, na znak protestu przeciw wejściu PiS-u w koalicję z Samoobroną. - Jeżeli chodzi o błazna, to chcę powiedzieć jako historyk, że jest w dziejach Polski taki wspaniały błazen, nazywał się Stańczyk i byłbym gotowy się podjąć tej roli, ale nie na dworze Andrzeja Pierwszego - komentował ironicznie swoją decyzję.

Nie mogli się porozumieć

Bezpartyjny Radosław Sikorski był jednym z tych, którzy przetrwali roszady personalne, gdy Jarosław Kaczyński zastąpił Kazimierza Marcinkiewicza na stanowisku premiera. Po odejściu Stefana Mellera pozostał też najbardziej rozpoznawalnym i obytym na arenie międzynarodowej członkiem gabinetu. Z czasem ujawniały się coraz większe rozbieżności między nim a prezesem PiS, zwłaszcza w sferze polityki kadrowej.

Prawdziwym powodem odejścia - co sam Sikorski przyznawał później w wywiadach - był konflikt z Antonim Macierewiczem, ówczesnym szefem kontrwywiadu wojskowego, odpowiedzialnym m.in. za likwidacje Wojskowych Służb Informacyjnych. Panowie od mieli ze sobą na pieńku już od czasów współpracy w rządzie Jana Olszewskiego na początku lat 90., a czarę goryczy przelały wypowiedzi Macierewicza.

Obecny szef MON sugerował wtedy, że armia Afganistanu podlega całkowitej kontroli Rosji oraz że kilku byłych szefów polskiej dyplomacji to zakamuflowani sowieccy agenci. Sikorski krytykował w mediach swojego podwładnego, nazywając jego wypowiedzi "bliższymi obsesji niż profesjonalnemu osądowi". Udzielił mu nawet oficjalnej reprymendy. Macierewicz miał jednak (i ma do dziś) w PiS-ie silną pozycję i wpływy (Sikorski twierdził wręcz, że wiceszef resortu chciał stworzyć w jego ramach własną frakcję i ośrodek władzy), że minister - w akcie sprzeciwu - ogłosił w lutym 2007 roku dymisję, która została przyjęta.

"Pozytywna szajba" a zarodki

Już samo jego wejście do rządu PO i objęcie teki ministra sprawiedliwości po zwycięskich wyborach jesienią 2011 roku wywołało lawinę nieprzychylnych komentarzy. Gowin zawsze znany był ze swoich mocno konserwatywnych poglądów, które niejednokrotnie zbliżały go Prawa i Sprawiedliwości - czasem w dyskusjach publicystycznych trudno było znaleźć różnicę między nim, a przedstawicielami PiS-u. Donald Tusk przekonywał jednak, że to słuszny wybór, a poseł z Krakowa ma "pozytywną szajbę" na deregulacje i zmiany w prawie (mimo, że z wykształcenia jest filozofem) i na pewno nie będzie ideologizował swojej funkcji.

Wypełnij PIT-a za darmo i pomóż Fundacji Radia ZET

Gowin poległ jednak właśnie przez sprawy światopoglądowe. Najpierw sabotował propozycje dotyczące refundacji in vitro (sam też przygotował w tej sprawie odrębny, bardzo zachowawczy projekt). Następnie sugerował - choć na poparcie swojej tezy nie miał żadnych dowodów - że w naukowcy w Niemczech eksperymentują z zamrożonymi polskimi zarobkami i że w wyniku tych eksperymentów "życie straciły setki lub tysiące istnień". Próbował sie z tego potem tłumaczyć, utrzymując, że jego wypowiedź została zmanipulowana przez "Gazetę Wyborczą", jakkolwiek ze swoich poglądów na tę metodę leczenia niepłodności się nie wycofał. Tuskowi nie podobały się te kontrowersyjne wystąpienia, które jego zdaniem doprowadziły do upolitycznienia urzędu i ściągnęły na PO niepotrzebne kłopoty.

- Ta decyzja nie ma związku ze sporem ideowym. Ale minister koncentrował się na politycznych aspektach swojej działalności - tak premier tłumaczył swoją decyzję o odwołaniu Gowina, czym właściwie przyznał rację krytykom tej nominacji. Pół roku po dymisji, Gowin (który w międzyczasie przegrał z Tuskiem wybory na przewodniczącego) odszedł z Platformy z kilkoma innymi parlamentarzystami (m.in. Johnem Godsonem) i wraz z nimi założył ugrupowanie "Polska Razem". W 2015 dostał się do Sejmu z krakowskiej listy PiS, a następnie wszedł w skład rządu Beaty Szydło jako minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Podniósł rękę na 500 Plus

Wybór Szałamachy (jedynego w tym zestawieniu bohatera z obecnej kadencji) wydawał się od początku zaskakujący - był pierwszym ministrem finansów z nie-ekonomicznym wykształceniem (ukończył prawo). I właściwie cały rok, jaki wytrwał na stanowisku, to pasmo mniejszych bądź większych ciosów, jakie musiał przyjmować. Nie po drodze mu było z faworytem prezesa, ministrem rozwoju Mateuszem Morawieckim, poniósł porażkę przy okazji wprowadzania podatku bankowego (więcej stracili na tym klienci niż banki) czy podatku od supermarketów (Komisja Europejska uznała go za niezgodny z regułami unijnego rynku i nakazał zawiesić jego egzekwowanie).

Zobacz także

Podpadł jednak czym innym. Jako jedyny członek gabinetu Beaty Szydło odważył się otwarcie skrytykować "500 Plus" - flagowy program Prawa i Sprawiedliwości, który przyniósł przecież ugrupowaniu J. Kaczyńskiego upragnioną władzę i który - wedle zapowiedzi minister Rafalskiej oraz prezydenta Dudy - na pewno będzie w przyszłym roku kontynuowany.

Jego resort negatywnie zaopiniował projekt, sugerując, że transfery socjalne grożą wzrostem bezrobocia z powodu zaprzestania przez ich beneficjentów chęci poszukiwania pracy. Szałamacha niejednokrotnie twierdził też, że w "500 Plus" wpompowano za dużo pieniędzy i że tak obciążany budżet państwa po prostu tego nie wytrzyma. Odwołano go z urzędu we wrześniu ubiegłego roku, a jego kompetencje - połączeniu resortów rozwoju i finansów - przejął...Morawiecki.

RadioZET.pl/MP