Słynny szop Edward zginął w męczarniach. Turyści zamknęli go w plastikowej beczce

11.06.2019 19:04
Szop Edward
fot. Facebook.com/Szop Edward

Szop Edward z Olsztyna nie żyje. W tym mieście znali go niemal wszyscy. Niestety jego żywot zakończył się nagle i tragicznie. Najbardziej rozpoznawalne zwierzę w Olsztynie udusiło się… przez turystów. Jego śmierć załamała wszystkich, którzy zdążyli go poznać. Dlaczego?

Szop Edward nie był zwykłym szopem. Razem ze swoją ostatnią właścicielką, panią Moniką, odwiedzał szkoły, przedszkola, uczestniczył w akcjach ekologicznych, m.in. pomagając sprzątać Olsztyn. Ze swoją ekologiczną misją pojawiał się nawet w telewizji. Ale przede wszystkim lubił ludzi i nigdy nie był wobec nich agresywny.

Niestety w sobotę słynny olsztyński szop-pracz wymknął się niepostrzeżenie z domu właścicielki, która mieszka nad jeziorem pod Olsztynem.

Przez swoją wrodzoną ciekawość świata powędrował eksplorować okolice, pech tak chciał, że odwiedził domek wynajmowany przez wczasowiczów, parę rodzin z dziećmi i psem... Przestraszył dzieci, a rodzice próbowali go przegonić, dzwonili po pomoc do różnych służb, gdzie zaczęła się spychologia kto powinien się zająć sprawą "dzikiego" zwierza... Nie było chętnych, więc sami go złapali i wsadzili do wkopanej w ziemie plastikowej beczki, z której by nie wyszedł i żyłby do teraz, gdyby nie decyzja o jej zakryciu dopasowanym do niej wiekiem, odcinając mu tlen i zostawiając na pewną śmierć

Napisała na Facebooku właścicielka szopa

Choć rodzina, po złapaniu szopa, wezwała weterynarza, dla Edwarda było już za późno. Weterynarze są przekonani, że turyści nie mieli złych intencji, a incydent określają "wypadkiem". Z kolei, jak mówi "Wyborczej Olsztyn" właścicielka szopa, „To brak wyobraźni”.

To się nie mieści w głowie, jestem zbulwersowany – komentuje Marian Szymkiewicz, kierownik Muzeum Przyrody w Olsztynie. „Nie wolno skazać fizycznie żywej istoty na śmierć, tylko dlatego, że chcemy ją zbadać na obecność wścieklizny. W takich sytuacjach w ogóle nie należy samemu łapać zwierzęcia, tylko zadzwonić po odpowiednie służby” – mówi i dodaje: „To była śmierć w męczarniach. Ssak ma bardzo duże zapotrzebowanie tlenowe, a wysoka temperatura jeszcze je podnosi. Zwierzę bardzo szybko się dusi”.

Możliwe, że pani Monika podejmie kroki prawne w sprawie spowodowania śmierci zwierzęcia.

RadioZET.pl/Gazeta Wyborcza Olsztyn/Facebook