Zamknij

Tragedia w Tatrach. Nie żyje 34-letni ksiądz. "Nie było szans pójścia z pomocą"

14.08.2020 17:00
Tatry
fot. Albin Marciniak/East News

Do śmiertelnego wypadku doszło w środę na szlaku na najwyższy szczyt w Polsce – Rysy. Zginął 34-letni ksiądz z Małopolski. Na pomoc wezwano ratowników TOPR, ale niestety, mężczyzny nie udało się uratować. Świadek zdarzenia w rozmowie z mediami podkreślił, że duchowny był doświadczonym i odpowiedzialnym taternikiem.

Do wypadku doszło tuż po południu, centralę TOPR w Zakopanem poinformowali świadkowie zdarzenia. Ratownicy, którzy na miejsce dotarli na pokładzie śmigłowca, odnaleźli ciało turysty, który spadł z dużej wysokości.

Poinformowali, że w połowie Grzędy Rysów mężczyzna spadł ze znacznej wysokości. Około 150-metrowy upadek zakończył się jego śmiercią. Akcja była utrudniona ze względu na dużą liczbę turystów, którzy znajdowali się na szlaku 

- powiedział w rozmowie z krakowską "Gazetą Wyborczą" Edward Lichota ratownik dyżurny TOPR. "Gazeta Wyborcza" informowała początkowo, powołując się na relację świadków, że mężczyzna "w miejscach niebezpiecznych wyprzedzał innych turystów, obchodząc łańcuchy, które ułatwiają poruszanie się w eksponowanym terenie . W pewnym momencie zachwiał się i runął w przepaść". 

Tatry. Nie żyje 34-letni ksiądz. Relacja świadka wydarzeń

Z "GW" skontaktował się jednak pan Mateusz, który towarzyszył księdzu podczas wyprawy. Zapewnił, że duchowny był doświadczony w górskich wędrówkach, w czasie których zawsze zachowywał się odpowiedzialnie. Przedstawił też inną wersję wydarzeń niż ta, która początkowo pojawiła się w mediach.

Wypadek wydarzył się w drodze powrotnej. Schodziliśmy już około 30 minut ze szczytu. Przez pewien odcinek szedłem za Jaromirem, między nami schodziło kilku turystów. Mieliśmy cały czas kontakt wzrokowy. Jaromir szedł zgodnie ze szlakiem, nie oddalał się od łańcucha

– twierdził pan Mateusz cytowany przez krakowską "Wyborczą". W pewnym momencie mieli ono usłyszeć osuwające się kamienie, które mogły spowodować, że ks. Jaromir zaczął spadać do żlebu. Powodem upadku mogło być również poślizgnięcie. 

W momencie upadku nikogo nie „wyprzedzał”, nie było to w żadnym stopniu przyczyną jego upadku. Nie udało mu się zatrzymać bezpośrednio po upadku i bardzo szybko nabrał prędkości, lądując w dole żlebu. Niestety wszyscy stracili z nim kontakt wzrokowy, nie było szans pójścia z pomocą, ponieważ teren był zbyt trudny

– relacjonował mężczyzna. W rozmowie z "Wyborczą" pan Mateusz podkreśla wieloletnie górskie doświadczenie ks. Jaromira, m.in. jego pięciokrotnie wejście na Rysy. "Bardzo zwracał uwagę na bezpieczne poruszanie się po szlaku i trzymaniu się zasad bezpieczeństwa. Posiadał najlepsze wyposażenie, niezbędne do podróżowania w Tatrach Wysokich. Przekazywał nam wiele wskazówek, w jaki sposób bezpiecznie poruszać się po górach. Jak widać, nawet najlepszym zdarzają się wypadki. Odszedł od nas świetny człowiek, którego wielu z nas będzie miało zawsze w swojej pamięci. Proszę o uszanowanie jego śmierci" - poprosił w rozmowie z "GW". 

Zobacz także

Ofiarą wypadku był 34-letni ks. Jaromir Buczek. Był wikarym w parafii w Trzcianie (woj. małopolskie) i aktywnym działaczem Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży. Oddział KSM w diecezji tarnowskiej opublikował na Facebooku post, w którym oddał cześć tragicznie zmarłemu duchownemu.

"Księże Jaromirze, dziękujemy za zawsze otwarte i radosne serce, a także nieustanną gotowość i świadectwo swojego życia. Spoczywaj w pokoju. Z serca prosimy Was wszystkich o modlitwę - w intencji Duszy Śp. Księdza Jaromira, jak również w intencji wszystkich Jego Bliskich" - napisano. 

RadioZET.pl/PAP/Facebook/krakow.wyborcza.pl