Tomasz Organek: Zbigniew Wodecki wzbudzał uśmiech na twarzy [WYWIAD]

01.11.2017 10:26
Tomasz Organek
fot. Kornelia Głowacka-Wolf / Agencja Gazeta

- Śmierć Zbigniewa Wodeckiego, niespodziewana i dojmująca, to niewątpliwie ogromna strata dla polskiej kultury – mówi Tomasz Organek w wywiadzie z cyklu „Rozmowy na stronie” dla radiozet.pl. W dniu 1 listopada wraz z artystą wspominamy zmarłych w tym roku Zbigniewa Wodeckiego, Chrisa Cornella i Chestera Benningtona.

Ostatnią płytę „1976: A Space Odyssey”, Zbigniew Wodecki wydał z Maciem Morettim i jego Mitch&Mitch. Można śmiało powiedzieć, że była to współpraca orkiestry z człowiekiem-orkiestrą.

Zdecydowanie tak.

Miał Pan okazję poznać Zbigniewa Wodeckiego, może przy okazji Męskiego Grania w 2015 roku?

Moje wspomnienia sięgają wielu lat wstecz, kiedy jeszcze z zespołem Sofa, a nie z Organkiem, byliśmy w Opolu i siedzieliśmy przy jednym stoliku z zespołem Zakopower oraz ze Zbigniewem Wodeckim, który się do nas dosiadł.

Sytuacja była zabawna. Jak wiadomo, Zbigniew Wodecki był człowiekiem bardzo towarzyskim, otwartym, wprowadzał atmosferę niczym nieskrępowanej rozmowy, sypał żartami jak z rękawa. Śmieszne było to, że ci wszyscy górale siedzieli obok mnie, a on patrzył mi w oczy i wszystkie pytania odnośnie gór kierował do mnie, do człowieka z Suwalszczyzny. Patrząc na mnie, a rozmawiając tak naprawdę z nimi, pytał np.: „powiedzcie mi, jak to jest w tym Zakopenem?”. Ja tego w ogóle nie odkręciłem, bo koledzy się włączyli i odpowiadali na nurtujące go pytania.

Później miałem przyjemność zetknąć się ze Zbigniewem Wodeckim na benefisie Jana Kantego Pawluśkiewicza w Krakowie. Jan Kanty poprosił mnie, bym zinterpretował kilka jego utworów podczas prezentacji jego biografii. To był dla mnie olbrzymi zaszczyt, bo znalazłem się w gronie krakusów. Tam był też Zbigniew Wodecki, z którym zamieniłem dwa słowa. Nie mogę jednak powiedzieć, że dobrze się znaliśmy.

Pamiętam oczywiście doskonały koncert z Mitch&Mitch w Poznaniu na Męskim Graniu w 2015 roku. Czytałem też ostatni „Newsweek”, który był poświęcony Zbigniewowi Wodeckiego i jego współpracy z orkiestrą, w którym członkowie M&M wypowiadali się na temat tej współpracy. On pasował do takiego opisu - to był człowiek, który był ciągle w biegu, miał mnóstwo siły.

A sam o sobie mówił, że był leniwy. Nawet płyty nagrywał, bo ktoś go zmusił.

Trudno mówić o lenistwie patrząc na jego dorobek i listę koncertów. On nie odmawiał nawet najmniejszych występów, jak znajomy poprosił go o występ na weselu to on też znalazł czas, by tam zaśpiewać. To był człowiek, który żył muzyką i dla muzyki. I oczywiście dla swojej rodziny. 

Śmierć Zbigniewa Wodeckiego, niespodziewana i dojmująca, to niewątpliwie ogromna strata dla polskiej kultury. Zapamiętam go jako wiecznie wesołego – wydaje mi się, że on nie nagrał ani jednej smutnej piosenki. Zawsze wszystkich rozweselał i zarażał optymizmem.

Ten album pokazał także, że Wodecki nie zamykał się na nowego, do tej pory być może nieznanego sobie słuchacza. Potem zagrał na skrzypcach w heavy metalowym utworze grupy Exlibris, scoverował Peję i Slums Attack. W ostatnich latach po prostu bawił się muzyką.

Sam zresztą mówił o współpracy z Mitchami, że to doświadczenie otworzyło mu oczy na nową muzykę. Nie chcę mówić za niego, ale z tego co czytałem, odniosłem wrażenie, że wstąpił w niego nowy duch, wiara w to, że nie musi śpiewać tych starych piosenek, ale może zrobić jeszcze coś nowego. Nawet jeśli było to powtórzenie płyty sprzed 40 lat, przypomnienie jej, to zabrzmiała bardzo świeżo, nowatorsko.

Sam zresztą mówił, że zapomniał o tej płycie.

No tak, bo to była ta jego pierwsza debiutancka płyta. Wydaje mi się, że nabrał wiatru w swoje bujne włosy i zobaczył, że mimo swojego doświadczenia i wieku może stworzyć coś nowego. Stąd pewnie te eksperymenty.

Ten projekt spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem, zaowocował dwoma Fryderykami i platynową płytą. Sam Wodecki był jednak dość sceptycznie nastawiony do niego. "Zagraliśmy w Trójce, a ja stanąłem na scenie i nie wiedziałem, czy oni żartują ze mnie, czy z publiczności, a może jestem w ukrytej kamerze? Znalazłem się w centrum jakiegoś show i nie bardzo rozumiałem, o co w tym wszystkim chodzi. Jedyne, co wiedziałem, to to, że wszyscy świetnie się bawią. Poza mną" - mówił.

Z pewnością pieczołowicie przykładał się do pracy, ale też czytałem, że nie lubił uczyć się nowych rzeczy.

Może właśnie to było tym lenistwem, o którym wspominał.

Być może. Mówił jednak, że wszystkiego już się nauczył i teraz może sobie tylko grać.

Jeżeli zna się twórczość Mitch&Mitch, było się na ich koncercie, to człowiek tak naprawdę nie do końca wie, w czym bierze udział. Może się wydawać, że jest to naigrywanie się ze słuchacza, że nie jest to na poważnie, ale to jest muzykowanie w stylu Franka Zappy, czego zresztą Macio Moretti nie kryje. To eksperymentowanie z formą, postmodernistyczne podejście do muzyki, traktowanie tego, co już jest w oryginalny sposób.

Dla Wodeckiego, który przyzwyczajony był do innych aranżacji i do innej publiczności, musiało to być wielkie zaskoczenie. Pamiętam, że po pierwszym koncercie mówił: „Panowie, co to k**** było?”. Zszedł ze sceny i po prostu nie mógł uwierzyć w to, co tam się wydarzyło. Poczuł, że to miało nową jakość, mimo że śpiewali stare piosenki.

„O zmarłych mówi się dobrze albo wcale”, ale wiadomo jak to bywa: niekiedy to tylko poprawność polityczna, kurtuazja i dobre wychowanie. Mam jednak wrażenie, że w przypadku Wodeckiego wszystkie te ciepłe słowa po jego śmierci są szczere. Nie wiem, czy ktokolwiek jest w stanie znaleźć jakąś jego wadę.

Z pewnością był człowiekiem bardzo pracowitym, charakteryzującym się olbrzymią kulturą osobistą wyniesioną z inteligenckiego Krakowa, z Piwnicy pod Baranami. Miał wspaniałą rodzinę, był spełnionym artystą. Był osobą, która wzbudzała szczery uśmiech na twarzy. Dawał siłę, miał w sobie olbrzymie pokłady energii, a to zawsze budzi sympatię.

Znając go tylko z telewizji, nie miałem niestety okazji poznać osobiście, wydawało mi się, że gdyby ktoś do niego powiedział Zbigniew (czy Panie Zbigniewie), a nie Zbyszek (Panie Zbyszku), to by się obraził. I nie chodzi tu o spoufalanie się, tylko właśnie o tę aurę, którą wytwarzał wokół siebie.

Tego nie wiem, aż tak blisko nie byliśmy.

Ale na tym pierwszym spotkaniu w Opolu nie było tak, że przyszedł i przedstawił jako „Zbyszek”?

Oni wszyscy byli tam po imieniu. Ja się tam nie odzywałem, bo nie do końca czułem się góralem.

Szkoda tylko, że wiele osób kojarzy Zbigniewa Wodeckiego jedynie z dwóch utworów: „Pszczółki Mai” i „Chałupy, welcome to”.

No tak, bo to są piosenki, które przebiły się do bardzo szerokiej publiczności.

O „Chałupach” mówił, że przebiła się głównie ze względu na teledysk, w którym pojawiły się nagie kobiety.

To są tylko takie sztuczki marketingowe, które zawsze przyciągną widza.

Gdyby zagłębić się w twórczość Zbigniewa Wodeckiego, to trzeba ją rozpatrywać na co najmniej trzech płaszczyznach: był wokalistą, ale przede wszystkim znakomitym muzykiem – trębaczem i skrzypkiem.

Miałem okazję oglądać koncerty z Mitchami i muszę przyznać, że do końca był w świetnej formie jako trębacz. Trzeba mnóstwo ćwiczyć, aby wyciągać te wszystkie wysokie dźwięki np. w „Zacznij od Bacha” czy „Opowiadaj mi tak”.

Wodecki tworzył muzykę rozrywkową, ale można powiedzieć, że w pewnym sensie prowadził życie rockandrollowca. Przyznał się do tego, że eksperymentował z używkami, nałogowo palił i nie stronił od alkoholu, nawet ze szkoły go wyrzucili, po prostu korzystał z życia.

Scena muzyczna nie jest pełna świętych i tam się różne rzeczy dzieją, ale najważniejsze, żeby się w tym nie pogubić i żeby nie odbywało się to ze szkodą dla otoczenia i muzyki.

Zbigniew Wodecki
fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta

„Popularność jest straszną chorobą, gorszą niż narkomania. Bo z narkotyków można wyjść, a z popularności jak ktoś jest głupi, to nie wyjdzie” – mówił Wodecki. I tu możemy płynnie przejść do Chrisa Cornella i grunge’u, bo przecież Kurt Cobain przegrał z jednym i z drugim (także z chorobą), Layne Staley z narkotykami, natomiast Cornell z narkotykami i depresją. Z wielkiej czwórki grunge’u został nam już tylko Eddie Vedder.

Z tego co wiem, Cornell od dłuższego czasu nie brał twardych narkotyków.

Na pewno walczył z nimi, ale niekiedy do nich wracał.

To jest bardzo smutna historia, bo dla mnie Chris Cornell był kimś bardzo ważnym. Wychowałem się na scenie grunge’owej, cieszyłem się z powrotu Soundgarden.

Bardzo przeżyłem tę śmierć. Uwielbiałem Cornella jako wokalistę i lidera zespołu, który był mi bliski przez wiele lat. Zresztą zauważyłem, że ostatnio zacząłem wracać do tych płyt.

Właśnie słyszałem. U Kuby Wojewódzkiego przyznał Pan, że w liceum wyglądał jak Kurt Cobain i niedawno wrócił do słuchania Nirvany.

Tak, na fali sentymentu zacząłem odświeżać te stare płyty i muszę powiedzieć, że one ciągle są bardzo dobre. Ostatnio włączyłem jedną z płyt Alice in Chains – to wciąż jest na świetnym poziomie. W tej muzyce nic się nie starzeje, co mnie bardzo cieszy, bo to oznacza, że nie była ona wymysłem chwilowej mody.

Ale wracając. Śmierć Cornella oznacza także koniec zespołu Soundgarden, bo nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek mógł zastąpić Chrisa. Takie rzeczy zwykle się nie udają. Mało jest takich przykładów, o ile w ogóle są, że zespoły dalej funkcjonowały po śmierci wieloletniego lidera.

Mnie na myśl przychodzą tylko dwa przykłady: Queen, ale to nie mogło się udać i nasz Dżem. Swoją drogą, ciekawe, jak będzie z Linkin Park.

To kolejna smutna historia. W tym nie ma przypadku: byli przyjaciółmi, obaj zmagali się z depresją i wielokrotnie o niej rozmawiali, a na koniec obaj się powiesili. Chester zresztą w dniu urodzin Chrisa.

Tutaj dotykamy jeszcze poważniejszej sprawy, czyli duchowości i wrażliwości, pułapki, którą jest popularność. To rodzaj klatki, zamknięcia, z którym nie wszyscy są w stanie sobie poradzić. To kolejny dowód na to, że depresja to śmiertelna choroba.

Po śmierci Chestera Brian Head Welsh z Korna napisał, że z depresją można wygrać, bo on sobie radzi, a samobójstwo jest tchórzostwem i egoizmem. Jak Pan do tego podchodzi?

Bardzo ostrożnie. Niestety w swoim środowisku znam ludzi, którzy zmagają się z podobnymi problemami. Depresja wynika z bardzo wielu czynników: rodzinnych, zastanych, ale też z sytuacji, w których ludzie się znajdują w danej chwili. Ja bym tak jednym zdaniem tego nie kwitował, bo można się pomylić w takich kategorycznych stwierdzeniach. To jest śmiertelna choroba.

I nie wiadomo, kiedy zaatakuje. Niektórzy twierdzą jednak, że Cornell zapowiadał swoje samobójstwo, kiedy w piosenkę „Slaves and Bulldozers”, włączył do utworu refren piosenki Led Zeppelin „In my time of dying”. – Kiedy będę umierał, niech nikt za mną nie płacze, zrób dla mnie tylko jedną rzecz, i zabierz moje ciało do domu. Tak, żebym mógł umrzeć lekko. To pewnie teoria spiskowa, ale może jest coś na rzeczy.

To prawda, są teorię spiskowe, ale też każdy samobójca daje sygnały znacznie wcześniej zanim zdecyduje się na ostateczny krok. Można to spuentować tylko w taki sposób, że trzeba mieć oczy i uszy szeroko otwarte na to, co dzieje się w naszych rodzinach czy wśród naszych bliskich, bo może to dotknąć każdego.

Ma Pan jakąś odpowiedź na fakt, że ludzie, którzy wydawać by się mogło mają wszystko, niszczą sobie życie i popełniają samobójstwo?

Właśnie z takiego postrzegania tej sprawy biorą się tak łatwe oceny. Wygłaszają je osoby, które tego wszystkiego nie mają i wydaje im się, że sukces finansowy i wizerunkowy jest pełnią szczęścia. To tak nie działa. To jest tylko szczebel kariery zawodowej, a problemy, które dopadają człowieka, same się nie rozwiązują. To, że ktoś jest znany, popularny i lubiany zupełnie nie przekłada się na to, czy człowiekowi jest w życiu dobrze, czy źle, bo na to się składają inne czynniki: dotyczące rodziny, siebie samego, traum z dzieciństwa itd. To są poważne rzeczy i pieniądze tego nie rozwiązują. Naprawdę płytko byśmy podchodzili do sprawy, gdybyśmy rozpatrywali szczęście w kategorii grubości portfela.

Najlepszym przykładem na to są milionerzy z loterii, którzy przeżywają rok czy dwa lata, a potem po prostu ich nie ma. Tak jak mówię: pieniądze, sława, popularność nie rozwiązują problemów osobistych. Mogą je wręcz jeszcze spotęgować, bo mając pieniądze mamy łatwiejszy dostęp do używek, szybciej możemy zafundować sobie ucieczkę, w zasięgu ręki mamy wiele pokus, które mają zagłuszyć ten ból.

Popularność wiąże się z presją zewnętrzną i rozpoznawalnością, która czasami jest przyjemna, ale potrafi też zmęczyć. Stosując wszelkie proporcje, ja też wiem i widzę, że moje życie się zmieniło. Wyobrażam więc sobie, że artyści, którzy osiągnęli światowy sukces, nie mają zbyt wielu miejsc, gdzie mogą czuć się swobodnie. Są pod stałą obserwacją.

Zwłaszcza w tych czasach.

Teraz wszyscy są na widelcu i wszyscy wiedzą lepiej niż ta osoba, która ma problemy.

Spotkałem się z opiniami, że Chris Cornell powinien trzymać się Soundgarden, natomiast Audioslave i kariera solowa nie były mu potrzebne.

To bardzo odważne opinie. Każdy może mieć swoje zdanie, ale skoro Chris Cornell miał ochotę założyć Audioslave z kolegami z Rage Against the Machine, to po prostu to zrobił. Według mnie ten zespół był jednym z lepszych, jakie powstały po erze grunge’u i nie rozumem do końca tych opinii. To tylko i wyłącznie jego sprawa – czy chciał założyć Audioslave, czy nagrać piosenkę do Bonda, to jego wybór i nie powinien podlegać takim osądom.

Oczywiście, to są ryzykowne poczynania, bo one mogą się udać, mogą się nie udać, ale to już jest sprawa drugorzędna. Wolność twórcza jest podstawą życia każdego artysty. Mogę powiedzieć tylko tyle, że nie wolno być niewolnikiem jednego zespołu. Ale przecież ludzie wiedzą lepiej…

Chris Cornell
fot. Martin Harris/Capital Pictures/EAST NEWS

W jednym z wywiadów przyznał Pan, że grunge był ostatnim przełomem w muzyce, od tamtego czasu nic odkrywczego w muzyce się nie wydarzyło. Wszyscy muzycy kopiują i biorą coś dla siebie

Grunge też nie był niczym odkrywczym. Wywodził się z post-punka, garażowego grania, hardcore’u, więc też miał solidne podstawy w muzyce. Mam jednak wrażenie, że był ostatnim interesującym nurtem, który pojawił się na scenie. I mam na to swoją teorię.

Na początku lat 90., kiedy pojawił się grunge, zaczęły rozrastać się telewizyjne kanały muzyczne. Od tego czasu wszystkie kapele, które chciały zaistnieć i mieć swoje miejsce na antenie, zaczęły się formatować w jeden określony sposób. W efekcie wszystkie zespoły brzmią teraz podobnie, tych stacji w zasadzie nie da się słuchać. Tymczasem najciekawsze jest to, co odbiega od przyjętego standardu.

Ostatnim nurtem, z tych bardziej interesujących, który próbował zaistnieć, był chyba dubstep, ale tak naprawdę poza Skrillexem i ewentualnie Lindsey Stirling niewielu się udało.

I zaistniał, ale ja to traktuje jako część muzyki elektronicznej. To był taki nurcik, zresztą bardzo sympatyczny, ale nie sądzę, aby miał większy wpływ na historię muzyki.

Skrillex próbował działać z Kornem, ale fani ambiwalentnie podeszli do tej współpracy.

No tak, to jednak muzyka rockowa ma tę siłę zmieniania historii muzyki. Podobnie można powiedzieć w zasadzie tylko w odniesieniu do rapu, ale tak naprawdę wszystko, co interesujące w muzyce, wydarzyło się w rock and rollu. To tu byli najbardziej cenieni artyści, którzy zostali z nami do dziś.

Zaczęliśmy od Zbigniewa Wodeckiego i na Wodeckim skończymy. „Chodzi o to, żeby się nauczyć słuchać muzyki. Ja 60 lat słucham muzyki i jeszcze się uczę” – mówił przy okazji w wywiadzie dla PR.

Być może dlatego muzyka jest tak fascynująca. Jej postrzeganie nigdy nie jest takie samo. Człowiek ewoluuje wraz z nią, rozwija się, „pływa” po tej przestrzeni i znajduje sobie nowe nisze, coś, co go na nowo interesuje. To jest fajne, naturalne. Ja też teraz szukam nowych zespołów, czegoś, co mnie zaciekawi. Ostatnio zachwycił mnie zespół Idles – to takie post-punkowe brytyjskie granie, surowe, ze świetnymi tekstami wokalisty Joe Talbota. Jest też kanadyjska kapela Timber Timbre, ostatnio zagrali w Proximie i na żywo, moim zdaniem, brzmieli lepiej niż na płycie.

Większość zespołów jednak przelatuje i nie zostaje. Mam wrażenie, że cały czas słyszę te same dźwięki.

Rozmawiał Krzysztof Sobczak