"Moja rodzina zginęła w Świebodzicach. Dowiedziałem się o tym z telewizji"

Redakcja
10.04.2017 15:36
Moja rodzina zginęła w Świebodzicach. Dowiedziałem się o tym z telewizji
fot. PAP/Maciej Kulczyński

Kiedy ratownicy pracowali w pocie czoła, politycy na gruzach kamienicy w Świebodzicach obiecywali pomoc. I ta faktycznie była, ale nikt dobrowolnie ręki nie wyciągał. Pan Piotr, który stracił w kamienicy rodzinę, przekonuje, że o tę trzeba było zawalczyć samemu. Nikt do niego nie zadzwonił, kiedy zginęli jego bliscy. O pomoc psychologa musiał się upominać.

Była sobota. Kiedy w Świebodzicach w gruzach legł budynek, pan Piotr był w sklepie w oddalonym o 200 kilometrów Krośnie Odrzańskim. Po powrocie do domu zobaczył, co się dzieje na ekranie telewizora.

- Od razu rozpoznałem tę kamienicę. Powiedziałem mamie, że to przecież mój dom sprzed rozwodu. Ona na to, że na pewno nie, ale chwilę później pokazali numer i nie było wątpliwości - opowiada nam.

Świebodzickie mieszkanie zajmowali: była żona, ośmioletnia córka i dwóch pasierbów. Co się z nimi stało?

Zobacz także

Każdy chce pomóc, ale nikt nic nie wie

Pan Piotr od razu chwycił za słuchawkę. Prawie nigdzie nie mógł się dodzwonić, a tam, gdzie odebrano, otrzymał szczątkowe informacje. Najgorsze podejrzewał od początku, potwierdził dopiero po wielu godzinach, samodzielnie.

- Policja prosiła, żebym dzwonił po rodzinie żony. Próbowałem dowiedzieć się czegoś po szpitalach. Mówili to, co wiedziałem z telewizji. Potem uruchomiono numer kryzysowy. Pani prosiła, żebym zachował spokój, ale nic konkretnego nie powiedziała. W końcu, po wielu telefonach, dowiedziałem się, że ktoś z rodziny już zidentyfikował zwłoki. Było już po wszystkim - wspomina.

Informacja była równie prosta, co brutalna. Była żona zmarła, córka zmarła. Młodszy pasierb z obrażeniami, w stanie śpiączki. Starszy w szpitalu, żyje.

Przytłaczająca bezradność

I wtedy został sam. W niedzielę już nikt nie odbierał telefonu. Na ekranie telewizora pan Piotr widział premier Szydło i ministra Błaszczaka składających kondolencje i zapewniających o pomocy. Miały być informacje. Miał być psycholog. I obietnice spełniono – na miejscu zdarzenia. Tylko, że w tym planie nie przewidziano oddalonego o 200 kilometrów pana Piotra.

- Jestem pełen podziwu dla ratowników i służb. Ale to, co udostępniono, musiałem wyrywać pazurami. Nikt mną się nie zainteresował. Jako ojciec zostałem bez niczego. Po takim ciosie nie wiedziałem, co mam zrobić, gdzie się udać… – mówi. Dopiero w poniedziałek odebrał telefon z urzędu miasta w Świebodzicach. Po wielu próbach kontaktu i desperackim poszukiwaniu pomocy, zorganizowano mu spotkanie u psychologa w Centrum Pomocy Rodzinie.

Powiadamianie najbliższych ofiar to zadanie policji. Problem w tym, że w obliczu osobistej tragedii nie ma sposobu, aby przekazać tę informację w łagodny sposób. - Po ustaleniu  osób poszkodowanych w tym zdarzeniu, funkcjonariusze informowali członków rodzin i osoby sprawujące bezpośrednią opiekę nad małoletnimi - poinformowało biuro prasowe wrocławskiej policji.

Jak tłumaczą nam funkcjonariusze, w pierwszej kolejności docierają do tych osób, z którymi mogą porozmawiać osobiście. Druzgocącej wiadomości nie można przekazać w łagodny sposób i to ciężar dla obu stron. Także dlatego, że bardzo często to te osoby muszą zidentyfikować zwłoki. W przypadku, gdy związane ze zmarłymi osoby znajdują się daleko, kontaktują się z nimi miejscowi policjanci, lub w ostateczności, informacja dociera telefonicznie. Co robić, kiedy tożsamość zmarłego dziecka nie jest potwierdzona, a bezpośredniego kontaktu z ojcem nie ma? Ciało dziewczynki zidentyfikował jej wujek. Rodzina miała potem skontaktować się z panem Piotrem, ale smutną wiadomość wyprzedziły media. Na to już nikt nie miał wpływu.

 RadioZET.pl/MAAL