Zamknij
Uczniowie z Ukrainy w polskich szkołach
Ok. 200 tys. uczniów z Ukrainy uczy się w polskich szkołach
fot: Halfpoint/Shutterstock

Uczniowie z Ukrainy w polskich szkołach. Takiego roku nie było

Aleksandra Pucułek
Aleksandra Pucułek Redaktor Radia Zet
09.09.2022 13:17

Jeśli ktoś myśli, że przez wakacje trudna sytuacja uczniów z Ukrainy rozwiąże się, bardzo się pomylił. Jest ich jeszcze więcej, a problemy zostały te same.

- Szczerze? Jest przerażona. Chce wrócić do poprzedniej szkoły i oddziału przygotowawczego. Nauczyciele szybko dyktują, nie nadąża pisać. Tłumaczę jej, że to początek, że da radę, ale boi się – opowiada Olena, mama 15-leniej Wiktorii. Nastolatka właśnie rozpoczęła naukę w liceum w Polsce.

Natan zaraz skończy 10 lat. Właśnie poszedł do trzeciej klasy do podstawówki pod Olsztynem. Z nadzieją, że spotka kolegów i w końcu będzie miał z kim grać w piłkę. Dwóch kolegów z Ukrainy, których ma w klasie, siedzi już razem w ławce. Z innymi nie może się porozumieć. Nie zna jeszcze zbyt dobrze języka. - Po pierwszych lekcjach siedział smutny, na głowę miał naciągnięty kaptur. Zawołałam go, spytałam, co się dzieje. Jest bardzo samotny – opowiada Marzena, nauczycielka. Zna chłopca, bo mieszka po sąsiedzku.

Ok. 200 tys. uczniów z Ukrainy rozpoczęło rok szkolnych w polskich szkołach.

Takich historii jest ok. 200 tys. Tylu uczniów z Ukrainy, jak podaje Ministerstwo Edukacji i Nauki, rozpoczęło rok szkolnych w polskich podstawówkach, liceach, technikach. I takiego roku z pewnością nie było. Jeśli ktoś myślał, że sytuacja poprawi się, albo wręcz skończy wraz z nadejściem wakacji, to bardzo się pomylił.

W trakcie lekcji do schronu

Jak wylicza UNICEF, tak dużej liczby uchodźców, którzy przez wojnę zostali zmuszeni do opuszczenia swoich domów, nie było w Europie od II wojny światowej. Polska przyjęła większość z nich. I polskie szkoły, które z końcem lutego niemal codziennie dostawały wnioski o przyjęcie uczniów z Ukrainy. Tak jest aż do teraz.

Wiktoria z mamą i babcią mieszkały w Równym. To spore miasto na północy Ukrainy, niedaleko granicy z Białorusią. Pierwszego dnia wojny niedaleko nich zbombardowano lotnisko. - Na początku czekałyśmy. Może to wszystko  szybko się skończy? Ale trudno było wytrzymać. Co chwila syreny, alarmy – wspomina Olena. Wcześniej pracowała w banku. Gdy wybuchła wojna, została bez pracy. - Mama też bez pracy, siostra bez pracy. Wiktoria praktycznie bez szkoły - opowiada. - Na początku nie było nic. Dopiero potem nauczyciele próbowali nam zadawać ćwiczenia do domu, prowadzić lekcje online. Tylko jak to robić, gdy nagle jest alarm i trzeba biec do piwnicy lub schronu? - dodaje Wiktoria. - Nie było na co czekać. Zdecydowałam, że wyjeżdżamy – mówi Olena.

Cztery lata temu przez rok pracowała w Łodzi w firmie kurierskiej, więc to miasto stało się naturalnym kierunkiem. Wiktoria, Olena, mama Oleny a do tego Pusz, Foksi (psy) i Murka (kotka) do granicy dojechały autem ze znajomym. Przejście graniczne przekroczyły pieszo, z psami na smyczy i kotem w transporterze na walizce. Jedną noc spędziły w Hrubieszowie u nieznajomej kobiety, która zaoferowała im nocleg. Następnego dnia pojechały do Lublina, tam kolejna nieznajoma kupiła im bilety do Łodzi. Dotarły 9 marca. - To, że tu trafiłyśmy to cud. Wsparcie Polaków dla nas jest niesamowite – nie kryje wzruszenia Olena.

Usiadłam i pomyślałam: Boże, co ja mam teraz robić? Mieszkanie już jest. Teraz Wiktoria i szkoła. Potem praca dla mnie

Na początku przyjęła ich znajoma z Ukrainy. Na Facebooku rodzina znalazła i wynajęła mieszkanie. - Gdy się wprowadziłyśmy, usiadłam i pomyślałam: Boże, co ja mam teraz robić? Mieszkanie już jest, ok. Teraz Wiktoria i szkoła. Potem praca dla mnie – opowiada mama nastolatki. Znów zadziałał przypadek: do Oleny zadzwoniła znajoma, która od innej znajomej dowiedziała się, że w pobliskiej szkole, czyli w Zespole Szkół Rzemiosła, przyjmują dzieci.

Jak się ubrać do szkoły?

Można je było zapisać do już istniejących klas (i tu wkroczyło MEiN, które zwiększyło limity w klasach I-III z 25 na 29 dzieci) i wtedy uczyły się tak jak pozostali uczniowie. Można też było skierować ich do oddziału przygotowawczego, gdzie oprócz ogólnych przedmiotów miały intensywny kurs języka polskiego. To teoria i ustawy. W praktyce, jak podaje Fundacja Szkoła z Klasą, np. w Radomiu, w którym do szkół dołączyło prawie 800 uczniów z Ukrainy, powołano 11 takich oddziałów. W Siedlcach, gdzie zanotowano podobną liczbę Ukraińców, nie powstał ani jeden. Dlatego uczniów, często ledwo co mówiących po polsku, wrzucano od razu w szkolny system.

Olena, gdy wróciła z pracy z Polski w 2018 roku, razem z Wiktorią zapisała się na trzymiesięczny kurs polskiego. Wtedy jeszcze myśląc, że przyjedzie tu znów do pracy, a nie z powodu wojny. Wiktoria podstawy języka więc znała, dlatego dyrektor ZSR namawiał ją, żeby poszła od razu do normalnej klasy w liceum. - Ale nie chciałam. Za duży stres. Bałam się, że się nie dogadam – wspomina nastolatka. W Zespole Szkół Rzemiosła w Łodzi w ubiegłym roku szkolnym powstały trzy oddziały przygotowawcze, ponad 70 dzieci.

Olena i Wiktoria
Olena i Wiktoria
fot. Aleksandra Pucułek

- Przyszłyśmy do szkoły w sprawie Wiktorii, a tu dyrektor pyta mnie, czy nie chce pracować w szkole? Zdziwiłam się, bo chociaż lubię pracować z dziećmi i w Równym jeździłam jako opiekunka na kolonie z młodzieżą, to nie mam wykształcenia pedagogicznego. Poza tym wtedy jeszcze nie mówiłam dobrze po polsku. Dyrektor wyjaśnił, że damy radę. Zastanawiałam się jakieś 30 sekund i powiedziałam: biorę – opowiada Olena.

Od kwietnia jest w szkole asystentką kulturową. Jak mówi, pracuje z uczniami i rodzicami, bo wszystko dla nich jest nowe. - Przed rozpoczęciem roku szkolnego dzwonili do mnie i pytali nawet, jaki ma być strój na 1 września – podaje przykład. W wakacje pojechała też z uczniami do zajezdni tramwajowej kupować migawki (bilet miesięczny w Łodzi). Wyjaśniała, jakie badania lekarskie do techników i branżówek trzeba zrobić i gdzie. Oprócz tego pomaga w sekretariacie, jeśli coś trzeba przetłumaczyć, albo na lekcjach, jeśli ktoś czegoś nie rozumie.

Przed rozpoczęciem roku szkolnego rodzice dzwonili do mnie i pytali nawet, jaki ma być strój na 1 września

Na początku trafiła do oddziału, w którym uczyła się Wiktoria. - Bardzo nie chciała, żeby jej mama była w jej klasie. Płakała, że nie pójdzie do tej szkoły, ale nie mogłam przecież zrezygnować z pracy. Ustaliłyśmy więc, że nie będziemy mówić, że jestem jej mamą. Prawie do końca roku szkolnego udało nam się utrzymać to w tajemnicy – śmieje się Olena. Poprzedni rok szkolny w Polsce skończyło ponad 180 tys. dzieci z Ukrainy.

Nauka? Długo i dużo

- Najbardziej zaskoczyło mnie to, że uczycie się tak długo i dużo – mówi Wiktoria. - Czemu u was jest się tyle lat w szkole? U nas w wieku 17-, 18-latkowie już studiują - dodaje Olena. Dużo, bo w Ukrainie wakacje zaczynają się 25 maja. Kończą tak jak u nas 31 sierpnia. - Mamy jeszcze ferie jesienne w październiku, potem zimowe i wiosenne – wylicza Wiktoria.

Długo, bo w Ukrainie dzieci przez cztery lata mają edukację wczesnoszkolną (u nas trwa trzy lata), potem uczą się w tej samej szkole (chociaż jest już nazywana szkołą średnią niższą) od piątej do dziewiątej klasy (u nas ostatnia klasa podstawówki to ósma). Dalej mają wybór: mogą kontynuować naukę w 10 i 11 klasie i już iść na studia. Inna opcja to np. dwa lata liceum lub trzy, cztery lata technikum, szkoły zawodowej czy szkoły wyższej, po których również mogą kontynuować naukę na uczelniach lub iść do pracy. Wiktoria, gdy wybuchła wojna, była w 10 klasie, ma 15 lat.

Nastolatka wciąż stara się też zrozumieć, jak „działają” oceny w polskiej szkole, a raczej plusy i minusy dostawiane do stopni. W Ukrainie skala ocen jest od jedynki do 12 - 12 to nasza szóstka. - Chociaż jak ja chodziłam do szkoły, to było jeszcze pięć ocen – wspomina Olena. Przedmioty są za to bardzo podobne, jako języki obce można wybrać angielski (najpopularniejszy), polski, francuski albo niemiecki. - Uczyłam się angielskiego. Jako drugi język na początku wzięłam niemiecki, ale potrafię się tylko przedstawić. Potem uczyłam się już polskiego – mówi Wiktoria.

Uczeń z Ukrainy
Ukraiński system edukacji różni się od polskiego
fot. BERMIX STUDIO/Shutterstock

Kolejną różnicę zauważyli sami nauczyciele. - Podobno więcej umiemy z matematyki. Gdy na pierwszych lekcjach w oddziale przygotowawczym nauczycielka dawała nam zadania, to była zaskoczona, że szybko i bez problemów je rozwiązywaliśmy - wspomina Wiktoria.

- A mnie się wydaje czy tak jest, że uczniom w polskich szkołach na zbyt wiele się pozwala? - pyta z kolei Olena. Porównuje: - U nas jest dystans między nauczycielem a uczniem. Nauczyciel jest autorytetem. Jak dziecko idzie do szkoły, to się mu powtarza: musisz słuchać nauczyciela, dziękować mu za to, że coś wiesz. Zauważyłam, że w Polsce brakuje nauczycieli i teraz już rozumiem dlaczego. Wypłata jest kiepska, a tego pisania, lekcji, egzaminów, kursów jest tyle, że oni pracują, pracują i pracują. Trzeba rodzicom i uczniom wkładać do głowy, że to są poważni ludzie i ważni dla naszych dzieci.

To samo tłumaczy młodzieży z Ukrainy: macie oceny, egzaminy jak każdy inny uczeń, trzeba się przykładać i szanować nauczyciela. - Muszę być trochę przyjacielem i trochę strażnikiem. Czasem trzeba pogrozić palcem, żeby utrzymać dyscyplinę – mówi. - A z rzeczy pozaszkolnych nie macie Telegrama. U nas jest bardzo popularny. To taki odpowiednik WhatsAppa – dodaje Wiktoria.

Nauczyć języka przez wakacje

Kiedy skończył się rok szkolny, część rodzin, jeśli tylko mogła, wróciła do swoich miast i domów w Ukrainie. - Akurat tylko trzy koleżanki, które znałam jeszcze z ukraińskiej szkoły, zostały. Są w Lublinie i Krakowie – opowiada Wiktoria. Ona z mamą postanowiła, że w Polsce przynajmniej na razie zostaną. - Teraz jest trudna sytuacja w Ukrainie i pewnie będzie jeszcze gorzej. Na wschodzie uczelnie, szkoły są zniszczone – mówi Olena.

Wakacje dla tych wszystkich rodzin, które zostały, wcale nie były odpoczynkiem. Wiktoria z mamą chodziły na intensywny kurs polskiego, jeździły na wyjazdy integracyjne, chodziły na półkolonie do szkoły – wszystko po to, żeby jak najwięcej uczyć się języka. - Mam umowę z polskimi znajomymi: jak coś błędnie mówię, to mają od razu mnie poprawiać – mówi 15-latka. Już wtedy, czyli jeszcze przed 1 września, przeczuwała, że większy problem będzie z pisaniem.

Według UNICEF-u w Ukrainie niespełna 60 proc. szkół zostało uznanych za bezpieczne i kwalifikujące się do ponownego otwarcia.

Organizacje pozarządowe, fundacje, stowarzyszenia uwijały się jak w ukropie, żeby takich obaw było jak najmniej. UNICEF dofinansowywał summer camps, czyli obozy językowe (z letnich zajęć skorzystało około 100 tys. dzieci), przekazał sprzęt komputerowy do nauki języków, pomagał w zdobyciu podręczników, dostarczał wyprawki szkolne, pomagał w rekrutacji ukraińskich nauczycieli i asystentów kulturowych, doposażał szkoły w meble i sprzęt sportowy. Fundacja Szkoła z Klasą dawała granty szkołom, organizowała szkolenia dla nauczycieli i kursy. Budynków jednak nikt nie zdołał powiększyć, a im bliżej 1 września, tym w podstawówkach, liceach, technikach robiło się ciaśniej.

Według szacunków UNICEF-u w Ukrainie niespełna 60 proc. szkół zostało uznanych za bezpieczne i kwalifikujące się do ponownego otwarcia. Co znaczy bezpieczne? Jeśli pojemność szkolnego schronu obejmuje 300 miejsc, to tylu uczniów może do niej chodzić. To często zaledwie kilkanaście procent dzieci, które uczęszczały do danej szkoły przed wojną. Gdy bezpieczne lekcje nie są możliwe, obowiązuje nauka zdalna. - Może na tydzień pójdą do szkoły i przejdą na online, bo to jest niebezpieczne – stwierdza Olena.

Dlatego wielu zdecydowało się jednak zostać w Polsce, by tu ich dzieci dalej się uczyły. Do polskich podstawówek zgłaszają się także ci, którzy już mieszkali w naszym kraju, ale ich syn czy córka miały lekcje zdalnie w ukraińskim systemie. Teraz chcą, żeby uczyły się już stacjonarnie. Tak jak Natan. Tata wychowuje go sam. Dostał pracę na budowie, nie ma go w domu od 7 do 19. - Chłopiec całe wakacje spędził praktycznie sam w domu, albo wychodząc na boisko. Obiecałam mu, że jak pójdzie do szkoły, to pozna kolegów, będzie miał towarzystwo – opowiada Marzena. A przede wszystkim będzie miał opiekę.

Dyrektorzy przyjmują uczniów z Ukrainy na podstawie dwóch wytycznych: dokumentu poświadczającego liczbę skończonych klas (jeśli ktoś zdołał taki dokument zabrać) albo na podstawie wieku. Trzeba było też uzyskać PESEL, żeby mieć status uchodźcy. - Z tym, że oni idą do szkoły, jak mają sześć lat, u nas - siedem, więc ja brałem pod uwagę po prostu dobro dziecka. Nawet jeśli tam uczeń powinien iść do czwartej klasy, to tu wolałem zapisać go do trzeciej. Jest w tym samym wieku, co nasi uczniowie, ma jedną panią, nie ma jeszcze osobnych przedmiotów, jak historia. To mogłoby być trudne na początek – mówi Michał Różański, dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 4 w Łodzi.

Z tych samych względów do trzeciej klasy trafił Natan. - Zgodnie z ukraińskim systemem powinien iść do klasy czwartej, ale doradziłam tacie, żeby poszedł do trzeciej klasy, żeby było mu łatwiej – opowiada Marzena.

Gdzie uczyć?

Nowych dzieci przybywało i przybywało. Gdy rozmawiam z Wiktorią po raz pierwszy tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego, nawet obok nas stoi dwójka nastolatków, którzy chcą zapisać się do oddziału przygotowawczego do ZSR. Jak opowiadał nam Różański na tydzień przed 1 września, przy setnym uczniu z Ukrainy przestał już liczyć. Nawet zwiększone przez MEiN limity liczby osób w klasach przekroczono. W ZSP nr 4 utworzono więc oddział przygotowawczy na poziomie klas I-III. Zwłaszcza, że większość dzieci z Ukrainy nie mówiła po polsku. To jednak oznaczało, że w szkole pojawi się dodatkowa klasa, która potrzebuje pomieszczenia. Niestety, trzeba było więc wprowadzić dwuzmianowość dla najmłodszych dzieci.

Co ze starszymi? Wiktoria zawsze lubiła uczyć się języków obcych, ale jeszcze bardziej lubiła zwierzęta (chociaż biologię i chemię mniej), dlatego myślała o weterynarii. - Poznałam już ZSR, dobrze się tu czuję, ale niestety, nie ma tu takiego zawodu – mówi Wiktoria. Razem z mamą znalazły inne technikum w Łodzi, które prowadzi klasę technik weterynarii i tam złożyły dokumenty. Czyli świadectwo ukończenia dziewięciu klas z Ukrainy przetłumaczone na polski, zaświadczenie o nauce w oddziale przygotowawczym, pesel i paszport. A potem badania lekarskie wymagane w technikach i branżówkach.

Nie mając wyników egzaminów ósmoklasisty, bo to na ich podstawie uczniowie są przyjmowani do szkół średnich, Wiktoria nie mogła brać udziału w normalnej rekrutacji. Dopiero kiedy nabór się skończył, czyli pod koniec lipca, mogła zapisać się do szkoły. - I pod warunkiem, że jest wolne miejsce w klasie – dodaje Olena. Niestety, klasa technik weterynarii była zapełniona. Nie jest to wyjątek. Od kilku dyrektorów liceów czy techników z różnych miast słyszeliśmy podobne słowa: zgłosili się uczniowie z Ukrainy, ale nie miałam już gdzie ich przyjąć.

Aby 17 tysięcy dzieci, które zapisało się do szkół w Warszawie, mogło pójść do szkoły, musiałoby powstać 70 nowych placówek.

W tym roku do szkół średnich poszło 1,5 rocznika (a już uczył się tam podwójny rocznik po likwidacji gimnazjów). To efekt reformy obniżającej wiek szkolny z siedmiu na sześć lat. Miejsc nie było więc nawet dla tych, którzy podchodzili do egzaminu ósmoklasisty. W najgorszej sytuacji są duże miasta, bo to tam zazwyczaj zamieszkuje najwięcej uchodźców. Według raportu ZNP „Funkcjonowanie oświaty na Mazowszu w związku z napływem uchodźców z terenu Ukrainy”, aby 17 tysięcy dzieci, które zapisało się do szkół w Warszawie, mogło pójść do szkoły, musiałoby powstać 70 nowych placówek.

Wiktoria trafiła ostatecznie do klasy technik analityk. - Dyrektorka powiedziała, że jeśli na weterynarii zwolni się jakieś miejsce, to będzie się mogła przepisać. Nawet po roku, bo program jest podobny na początku, więc czekamy – mówi Olena. Sama też zapisała się do szkoły policealnej, weekendowej, na technika administracji. - Teraz będę jeszcze zdawać egzamin państwowy z języka polskiego, chcę też zrobić prawo jazdy – zapowiada pełna nadziei.

- Migawkę już mam wykupioną, ubrania, notatniki, długopisy też, książki jeszcze nie wiem, jakie będą obowiązywały – wylicza z kolei Wiktoria. Choć nie ukrywa, że noc przed rozpoczęciem roku szkolnego była ciężka. - Boję się, bo nie znam nauczycieli, nie wiem, kto będzie wychowawcą, z klasy też nikogo nie znam, nie wiem, gdzie mam iść – mówi.

- Zrobiłam listę tacie Natana, co jest potrzebne, jaki strój ma być na 1 września. Wszytko kupił, zadbał o to. Ja jeszcze przyniosłam kredki, bloki, bo mam tego dużo w domu – opowiada o przygotowaniach przed 1 września Marzena.

Kto ma uczyć? I czego?

Dyrektorzy i nauczyciele zderzyli się za to z kolejnym pytaniem, które powtarza się zresztą już od kilku lat – kto ma uczyć ukraińskie, ale też polskie dzieci? W samej Warszawie w arkuszach na rok szkolny 2022/2023 odnotowano 3,4 tysiące wakatów. W skali kraju mówiło się o 20 tys. wolnych miejsc pracy w szkołach. Sytuacji nie zdołali już uratować emeryci, branie nadgodzin i dawanie 1,5 etatu nauczycielom. We wrześniu, gdy rok szkolny już trwa, rodzice wciąż dostają takie oto komunikaty (Szczecin): „Przesyłam plan lekcji, plan na pewno ulegnie zmianie, ponieważ na dzień dzisiejszy brakuje nam nauczycieli: matematyki, j. angielskiego, fizyki, przyrody i edukacji wczesnoszkolnej. Może Państwo wśród swoich znajomych mają nauczycieli tych przedmiotów, którzy szukają pracy?”. MEiN problemu nie widzi, albo stara się nie widzieć.

Są przestraszeni. Nie mogą się porozumieć, dogadać, tempo jest bardzo szybkie. Chcą wrócić do oddziału przygotowawczego

Brak miejsca, brak nauczycieli, strach pierwszaków przed nowym dotyczy wszystkich, bez względu na to skąd są. Ale dzieci z Ukrainy stają teraz przed największą przeszkodą, która dotyczy tylko ich – nieznajomością języka polskiego. W badaniu UNICEF-u 25 proc. ankietowanych wskazało to jako główną barierę w nauce. Przez to wraz z pierwszymi lekcjami entuzjazm i ciekawość nowych doświadczeń uleciały.

- Rozpoczęcie roku było przyjemne. Nowych uczniów oprowadzono po szkole, pokazano klasy, zorganizowano spotkanie z wychowawcami – opowiada Olena. Teraz przyszło zderzenie z codziennością. Najgorzej, tak jak się obawiały, jest z pisaniem. - Sprawdzałam zeszyty Wiktorii. Widzę, że stara się pisać, trochę po polsku, trochę po ukraińsku, z błędami. Próbuje, ale nie może nadążyć. Nie wszystko też rozumie. Zwłaszcza gdy jest słownictwo specjalistyczne na niektórych przedmiotach – opowiada Olena.

Podczas lekcji w Warszawskiej Szkole Ukrainskiej SzkoUA na Ochocie
Podczas lekcji w Warszawskiej Szkole Ukrainskiej SzkoUA na Ochocie
fot. Piotr Molecki/East News

Sama wciąż odbiera też telefony od rodziców dzieci, które kończyły oddziały przygotowawcze w ZSR i poszły do innych szkół i normalnych klas. - Są przestraszeni. Nie mogą się porozumieć, dogadać, tempo jest bardzo szybkie. Chcą wrócić do oddziału przygotowawczego – takie opowieści Olena słyszy niemal codziennie.

Mówimy o nastolatkach, które mają za sobą intensywny kurs polskiego, do tego liczne lekcje języka w wakacje (Wiktoria dodatkowo uczyła się polskiego w Ukrainie). Teraz wyobraźmy sobie, jak czuje się Natan. Bez lekcji polskiego w oddziale przygotowawczym (nie ma takiego u niego w szkole), bez kursu wakacyjnego. Niemal bez kontaktu z dziećmi i nauczycielami. - Przecież on nawet nie może powiedzieć, że jest mu źle, smutno, że jest głodny, bo nikt go nie zrozumie – opowiada Marzena. - Ja znam dobrze rosyjski, pomagamy sobie telefonem, więc mogę z nim porozmawiać – dodaje. Tylko są to rozmowy przyjacielskie po lekcjach. Marzena nie wyobraża sobie prowadzenia w ten sposób lekcji, zwłaszcza, gdy w klasach mają teraz po 27 osób (do tej pory było 20, 21).

Przecież Natan nawet nie może powiedzieć, że jest mu źle, smutno, że jest głodny, bo nikt go nie zrozumie

- Jesteśmy zostawieni sami sobie – nie ukrywa Małgorzata, matematyczka z ZSP nr 4 w Łodzi. W ubiegłym roku uczyła czworo Ukraińców. Materiał się nie pokrywał z tym, co robili w swoich szkołach. Trochę rozumieli po polsku, ale nie wszyscy. - Na lekcji pozwalałam im wyjmować telefony i w translatorach tłumaczyli sobie polecenia. W domu, gdy przygotowywałam klasówki, pisałam im polecenia po ukraińsku, oczywiście ze słownikiem, bo nie znam tego języka. Brzmiało to bardziej „Kali jeść, Kali pić”, ale coś rozumieli. Niektórzy nauczyciele w czasie lekcji łączyli telefon z tablicą interaktywną, włączali translator i wyświetlali polecenia po ukraińsku – opowiada.

W tym roku w każdej klasie ma jakieś dziecko z Ukrainy. Bardziej lub mniej mówiące po polsku. Na razie stara się poznać ich poziom z matematyki, ale już się nie łudzi: - Będzie tak jak rok temu. Partyzanckie sposoby.

Ktoś się zapisuje, ktoś wypisuje

Optymizmu stara się nie tracić Marcin Józefaciuk, do niedawna dyrektor ZSR, teraz wychowawca oddziału przygotowawczego. Już rozumie i czyta po ukraińsku. Niedługo planuje iść na kurs ukraińskiego. - Za dwa tygodnie umówiliśmy się na klasówkę z fizyki. Uczniowie mają umieć odpowiadać po polsku, a oni zrobią mi klasówkę z ukraińskiego – opowiada. - I zainstalowałem sobie Telegrama. Jestem na grupie z moją klasą, oni piszą mi po ukraińsku, a ja odpowiadam im po polsku, bo w końcu mają uczyć się języka – dodaje. W oddziale nie stawia się jednak stopni, tempo jest wolniejsze, nie można nie zdać. Ale też liczba miejsc jest ograniczona. W Zespole Szkół Rzemiosła w Łodzi jest 37 uczniów z Ukrainy, z czego 25 w oddziale przygotowawczym.

Chociaż Józefaciuk cieszy się z nowych doświadczeń widzi, że nie jest łatwo. A największe trudności, jak twierdzi jeszcze przed szkołami. Zaczną się pod koniec września. - Na razie rodzice starają się umieścić dzieci w podstawówkach, potem pomyślą o starszych – mówi. Do ZSR już po rozpoczęciu roku szkolnego zgłosiło się 9 chętnych do oddziału przygotowawczego. Pierwszy i jedyny na razie jest już zapełniony. - Pewnie w przyszłym tygodniu otworzymy więc kolejny, bo na tych 9 osobach się nie skończy – przewiduje Józefaciuk. To oznacza znów konieczność dodatkowej sali, kadry itd.

- Dynamika opadła, ale jeszcze we wtorek zapisywaliśmy kolejne dzieci – podaje Różański. W sumie w ZSP nr 4 uczy się 94 dzieci z Ukrainy (w podstawówce – 83, z czego 21 w oddziale przygotowawczym, w przedszkolu – 11). Cały czas jest ruch, ktoś się wypisuje, ktoś zapisuje. - Poza rodzinami z Ukrainy do oddziału przygotowawczego zaczęli zgłaszać się Białorusini. Mamy trzech takich uczniów. Z tego co mówił jeden z rodziców, tam też robi się nieciekawie i wyjeżdżają – dodaje Różański.

Szczegółowe dane, ile dzieci z Ukrainy uczy się w polskim systemie oświaty, mają być znane pod koniec września, jak tylko dyrektorzy szkół wprowadzą dane do Systemu Informacji Oświatowej.

Aleksandra Pucułek
Aleksandra Pucułek

Dziennikarka, teatrolożka. Pisze głównie o edukacji - od żłobków do uczelni. Pracowała w "Gazecie Wyborczej", pisała dla "Dużego Formatu", "Wysokich Obcasów" i "Wolnej Soboty". Współpracowała z tygodnikiem "Polityka". Laureatka Nagrody im. prof. Romana Czerneckiego w kategorii najlepszy artykuł publicystyczny oraz stypendium im. Leopolda Ungera. Nominowana do Grand Press w kategorii wywiad. Nie może żyć bez teatru i czekolady.

Kontakt: aleksandra.puculek@radiozet.pl