Zamknij

Knajpki przetrwają kryzys? "Chcę wierzyć, że na koniec dnia nie zostaniemy sami"

03.04.2020 15:40
Kubek w Kubek Bistro
fot. Archiwum prywatne/Olga Leonowicz

Pani Olga Leonowicz razem ze swoją wspólniczką Małgorzatą Nowak prowadzą restaurację i kawiarnię na warszawskim Mokotowie. Kubek w Kubek Cafe funkcjonuje od 7 lat. Natomiast Kubek w Kubek Bistro znajdujący się u „wrót Mordoru” działa od 1,5 roku. Z panią Olgą  porozmawialiśmy o tym, jak wygląda prowadzenie firmy w dobie epidemii koronawirusa.

Sylwia Bagińska: Czy dwa lokale są zamknięte?

Kubek w Kubek Bistro działa. Natomiast Kubek w Kubek Cafe jest całkowicie zamknięty od 15 marca.

Czyli przed decyzją rządu?

Tak. Decyzję podjęłyśmy po informacji, że zostaną zamknięte szkoły i nadchodzi do nas fala zachorowań. Rząd to ogłosił w środę, 11 marca, i już w czwartek, piątek, sobotę – z każdym tym dniem był coraz mniejszy ruch. Uznałyśmy, że kawiarnia nie jest w stanie wygenerować w takich okolicznościach odpowiedniego przychodu. Nie zarobi na siebie i na pracowników z tą ofertą, która ma.

Zobacz także

Natomiast dzień wcześniej (14 marca) zamknęłyśmy Bistro, ale po kilku dniach uznałyśmy, że musimy walczyć. To miejsce powstało dużym nakładem finansowym – w związku z tym mamy comiesięczne zobowiązania finansowe i uznałyśmy, że musimy działać i że restauracja jest w takiej lokalizacji, że jest szansa, że lunche będą się sprzedawać. To są dania, które mogą wesprzeć w czasie pozostawania w domu, bo siłą rzeczy codzienne gotowanie różnorodnych i zdrowych posiłków jest dosyć wymagające. Wprowadziłyśmy nowe menu, bardziej uniwersalne, w cenach, które umożliwią częstsze skorzystanie z dań na wynos.

67887083_2950619041678082_8340779991516053504_o
fot. Archiwum prywatne/Olga Leonowicz

Czy wszyscy pani pracownicy pracują?

W Kubek w Kubek Cafe na co dzień pracują głównie osoby studiujące, w związku z tym część z nich pojechała do domu. Część została w Warszawie i oczywiście na pewno chętnie by pracowali, ale Kubek w Kubek Cafe jest zamknięty. Na pewno części z nich takie rozstrzygnięcie sytuacji utrudnia funkcjonowanie, bo mają wynajęte mieszkania, studia do opłacenia.

Jeśli chodzi o Kubek w Kubek Bistro, też nie jest tak, że pracuje cały zespół. Niestety. Pracuje nie zawsze w pełnym wymiarze połowa zespołu. Po prostu musiałyśmy się dostosować do okoliczności, bo cudów nie ma. W tej chwili nasze obroty są na poziomie może jednej piątej tego, co było. Chociaż myślę nawet, że nie. To by było dobrze, gdyby to było 20%.

Zobacz także

Czy Pani lub wspólniczka miałyście w głowie czarny scenariusz, że restauracje trzeba będzie zamknąć? Przyszła ta chwila zwątpienia?

To w ogóle nie jest dla nas opcją w tej chwili. Po pierwsze, to są miejsca, które tworzymy od wielu lat i to są nasze dzieła. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, żeby wirus nas wykończył. Mamy tę determinację.

Dobrze to słyszeć.

Jeszcze… chociaż naprawdę to wymaga wielkiej pracy nad samym sobą, żeby wstawać i to ciągnąć. Za punkt honoru postawiłyśmy sobie przeprowadzenie przez ten koszmar naszych pracowników. Właśnie ze względu na ludzi, za którymi stoją konkretne życiowe historie, nie wyobrażam sobie, żebym miała stanąć przed zespołem i powiedzieć: „słuchajcie, toniemy, musimy się rozstać”. Po prostu nie umiem sobie tego wyobrazić.

Są też przyczyny czysto ekonomiczne, nie mogę pozwolić sobie na upadek. Gdybym to zrobiła, zostałabym z takimi długami, z których bym nie wyszła przez wiele lat. To musi się zacząć kręcić. Więc robimy, co możemy, szukamy możliwości i na razie „wgryzamy się” w ustalenia  tarczy. Chociaż nie mam złudzeń, że w większym stopniu będziemy musiały liczyć na siebie.

Cafe2
fot. Archiwum prywatne/Olga Leonowicz

Prowadzenie restauracji to nie jest łatwy biznes. Nawet gdy okoliczności sprzyjają. Czy takie miejsca mają w ogóle oszczędności?

Kubek w Kubek Bisto zostało otwarte półtora roku temu – jest inwestycją na dorobku. Nie jest miejscem, które już na siebie zarabia i może zaoszczędzić środki. Musi się kręcić, żeby spłacać zaciągnięte pożyczki, wypłacać pensje, płacić podatki itd.

Zobacz także

Natomiast jeśli chodzi o kawiarnię, to nie są to duże oszczędności. One nie będą dla nas buforem bezpieczeństwa przez 3 czy 5 miesięcy. Zwłaszcza, że nadal otrzymujemy faktury i mamy zobowiązania – za prąd, Internet, trzeba też zabezpieczyć środki na ponowny rozruch kawiarni po epidemii. Wątpię, że horyzont czasowy, o którym należy myśleć to 3 miesiące. Wątpię, że w czerwcu się obudzimy i wrócimy do dawnego modelu funkcjonowania. Obudzimy się w nowej rzeczywistości, gdzie ludzie nie będą mieli pieniędzy na to, aby wychodzić na śniadanie, kolację, kawę do knajp. Będą często pozbawieni dochodów, pracy, będą mieli niższe wynagrodzenia, bo nawet jeśli w tej chwili nie dostali obniżek pensji, to przed nami jeszcze drugi, trzeci miesiąc tego kryzysu i wszystko może się zdarzyć.

Tak, ja też co chwilę słyszę, że kogoś zwolniono, obniżono pensję lub nie przedłużono umowy.

Tak łyżeczka po łyżeczce będzie ubywać. Cudów nie ma – dlatego nie można myśleć w kategoriach: „A to skończy się w czerwcu i wrócimy na stare tory” – nie. Jeśli chodzi o oszczędności w gastronomi, to jest to taki biznes, który ma pieniądze, jak się wszystko kręci. To jest wysoko nakładowy biznes. Oczywiście, jakieś środki zazwyczaj trzeba mieć, bo co chwila są inwestycje do poczynienia. Od tak prostych, jak np. nowe naczynia, gdy wprowadza się nowe danie i nowy sposób podania. Sprzęty, które na co dzień używamy, niszczą się i co jakiś czas trzeba je wymieniać. Na takie wydatki te środki są, ale nie mówimy o zabezpieczeniach na 3 czy 4 miesiące przestoju. O takich zabezpieczeniach raczej nie ma co marzyć w gastronomii – zwłaszcza w Warszawie.

Bistro3
fot. Archiwum prywatne/Olga Leonowicz

A jakie są aktualne koszty utrzymania knajpy? Takie same jak przed epidemią?

Z wiedzy, którą posiadam, ale ona nie jest potwierdzona żadnym dokumentem i wiążącą informacją z urzędu, wczoraj (2 kwietnia, przyp. red.) Prezydent Trzaskowski ogłosił, że zarząd gospodarowania nieruchomościami będzie obniżać czynsze w lokalach miejskich nawet do 90%, jeżeli lokal jest zamknięty w czasie pandemii.

Powiedziane jest do 90%, więc mogę spodziewać się, że będę miała czynsz obniżony o 90%, ale nie mam jeszcze tej pewności. Natomiast zastanawiam się, dlaczego o 90%, a nie o 100%? Oczywiście lepiej jest płacić 10%, a nie 100% czynszu, ale w tym momencie nie mam żadnego przychodu z tego miejsca i zapewne nie będę mieć przez 3 miesiące, a w skali tych miesięcy z tytułu obniżonego czynszu będę musiała zapłacić kilka tysięcy złotych. Skąd wziąć tę sumę? 

Zobacz także

Pełna jestem podziwu dla rozwiązania w Łodzi, gdzie pani prezydent Hanna Zdanowska wprowadziła złotówkę za czynsz za miesiąc przez najbliższe 3 miesiące dla lokali miejskich. I to jest rozwiązanie, realna pomoc.

Natomiast w Kubek w Kubek Bistro lokal wynajmujemy od prywatnej firmy, która powiedziała, że rozumie nasze ciężkie położenie, jednak obserwuje sytuację, bo też jest przedsiębiorcą. Na razie proponują nienaliczanie odsetek za zwłokę w płatnościach i nie wypowiedzą nam umowy najmu. Nie powiedzieli jednak, co zrobią z czynszem. Usłyszałam, poczekajmy do końca pandemii i zobaczymy co wtedy. Ja w tej chwili jeszcze nie wiem, jakie obciążenia nade mną wiszą. A tam czynsz idzie raczej w dziesiątki tysięcy złotych w ciągu trzech miesięcy.

Utworzyli Państwo w sieci zbiórkę pieniędzy, czy wpłacane datki są w stanie pokryć, chociaż część rachunków? Czy jest to może "kropla w morzu" potrzeb?

Na razie jest to „kropla w morzu potrzeb”, mimo, że kwota, którą uzbieraliśmy wynosi prawie 8 tysięcy złotych. To jest suma, która pozwoli nam opłacić wynagrodzenia dla pracowników za marzec. Nie starczy nam na nic więcej. Jesteśmy niezwykle wzruszone reakcją ludzi i dziękujemy za to, że udało się uzbierać  pieniądze, ale przede wszystkim za tyle dobrych słów i wyrazów wsparcia. To jest niezwykle ważne w wymiarze psychologicznym i emocjonalnym, żeby człowiek nie czuł się sam. W tym wszystkim było tyle dobrej energii i wsparcia od ludzi! To pomaga nam trzymać się w pionie i iść dalej.

A jaką pomoc dostała Pani od Państwa i jakiej oczekuje?

Lista moich życzeń i kolegów z branży jest długa. Co ciekawe i miłe - branża gastronomiczna, która na co dzień – powiedziałabym, jest nieco podzielona i pełna konkurencji, teraz się jednoczy – mamy swoje fora i grupy i staramy się lobbować i szukać wsparcia.

 

Tematów jest dużo... zacznę od tego, który zbliża się dużymi krokami – temat koncesji za sprzedaż alkoholu w restauracjach i pubach. W maju trzeba zapłacić drugą z trzech corocznych rat. Dla wielu lokali jest to kwota nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. Wśród nas są osoby, które prowadzą po kilka lokali. I w maju mają zapłacić kilkadziesiąt tysięcy złotych, a od połowy marca nie sprzedają alkoholu i są zamknięci. Umorzenie koncesji może odbyć się tylko na poziomie ustawy. Może to zrobić tylko ustawodawca, nie pani w urzędzie, dzielnicy czy prezydent miasta Warszawy. Musi to zrobić sejm. Pisaliśmy do posłów, ale niestety temat nie został nawet podniesiony w sejmie czy w tarczy. A to są gigantyczne opłaty. Jeśli koncesji nie opłaci się w terminie, traci się ją do końca roku. Po epidemii te miejsca nie będą mogły sprzedawać alkoholu i znów zarabiać. Błędne koło.

Cafe1
fot. Archiwum prywatne/Olga Leonowicz

Kolejna rzecz – w innych krajach to rozwiązanie przyszło bardzo szybko – ze strony Państwa. Płatność za media takie jak prąd, gaz – to są kolejne gigantyczne kwoty w gastronomi. Restauracje płacą po kilka tysięcy za prąd. Ja sama mam blisko 7 tysięcy złotych do zapłacenia za rachunek, który teoretycznie można rozłożyć na raty, ale co z tego, jak będą one wynosiły po 1500 czy 2000 tysiące złotych plus odsetki ustawowe. W sytuacji, kiedy naprawdę nie ma się pieniędzy, to te sumy są ogromnym ciężarem. Opłaty za media powinno przejąć państwo.

 

I podatki czy ubezpieczenia społeczne – na początku mówiono, że będą one umorzone na trzy miesiące, a nie są. A to są jednak kolejne wydatki do zapłacenia. Nie wszyscy spełniają kryteria tarczy. Składki na ZUS czy podatki za luty, które miały być płatne do 20 czy 25 marca, a były wyliczone za luty – można odroczyć ich płatność w czasie, ale to już jest nasz dług, który nam powstał, bo wszystko wybuchło 11 marca, obroty zatrzymały się 14/15 i nie mieliśmy szans uzbierać środków w terminie płatności.

 

Dofinansowania pracowników – moim zdaniem powinny być większe, ale pewnie różni fachowcy będą mówić inne rzeczy. Czynsze, tak jak powiedziałam już wcześniej - nie powinny być obniżone, ale umorzone.

 

Czy miała Pani może moment załamania w związku z kryzysem, który wywołał koronawirus?

 

Przyznam, że dzisiaj miałam taki dzień. - Wstałam i  pomyślałam o tym wszystkim, co działo się w sejmie, senacie, ponownie w sejmie i o pomocy, którą dostaliśmy, ale która jest zdecydowanie za mała. Poczułam, że zaczynam mieć dosyć, że ta ilość dokumentów do wypełnienia, formalności do załatwienia, rozmów z pracownikami i odpowiedzialność za ludzi i biznes - to wszystko jest trudne, skomplikowane, przytłaczające. To wymaga ogromnego skupienia oraz zacięcia. Miałam taki moment zwątpienia. Jest też nielekko na poziomie dnia codziennego. Jesteśmy w domu z dwójką dzieci, z pracami, ja muszę ratować firmę. Mój mąż pracuje zdalnie, starsza córka ma naukę on-line, jest 5-latka, która nie bardzo rozumie sytuację i wymaga opieki.  Trzeba zrobić zakupy, obiad, zająć się seniorami, tego czasu na nic nie ma. Są takie chwile, że jestem bliska szaleństwa, bo już nie wiem, w co włożyć ręce, ale to jest chyba dosyć powszechne w tej chwili. Znaczna część z nas tego doświadcza. Mam poczucie, że dawno tak nie zasuwałam, jak teraz.

Jednak to chwilowe zwątpienie nie pozwoli zamknąć mi knajp, to nie jest rozwiązanie, to nie poprawi mojej sytuacji, tylko ją pogorszy. Trzeba się otrząsnąć i próbować iść dalej.

Zobacz także

Czy Pani boi się tego, że przez ten kryzys nie będzie mogła Pani utrzymać rodziny? Czy z takimi problemami mierzą się też pani pracownicy?

 

Mam pracowników w firmie, którzy mają na utrzymaniu rodziny. Jeśli się boję, to o innych, nie o siebie, ponieważ mam ludzi, za którymi stoi historia. Zatrudniam kogoś, kto niedawno wziął kredyt i kupił mieszkanie i właśnie je wykańcza, a także kogoś, kto samotnie wychowuje dwoje dzieci i dojeżdża z daleka do nas, żeby pracować. Jest też osoba, która wynajmuje w Warszawie mieszkanie i jest zdana na siebie. To jest bardzo trudne. Wiem też, że to, co się dzieje nie jest wynikiem moich indywidualnych błędów. Strach i lęk nie pomogą, oczywiście są momenty przygnębienia, bo prawda jest taka, że nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie tego, co będzie.

 

W wymiarze filozoficznym tłumaczę sobie, że wszystko dzieje się po coś. Jakkolwiek jest to trudne doświadczenie, to może trzeba postarać się wyciągnąć z tego coś dobrego. Zrozumieć, że najważniejsze, co mamy to drugi człowiek i relacje między ludźmi. I wspierać tych, którzy są w trudnej sytuacji oraz pomagać potrzebującym i starać się to wszystko przetrwać. W tej chwili liczy się każdy najdrobniejszy gest i pomoc. Chcę wierzyć, że na koniec dnia nie zostaniemy sami. Musimy być odpowiedzialni nie tylko za siebie, ale także za innych. I całym społeczeństwem przez to przejść.

 

RadioZET.pl