Zamknij

Studentka z Ukrainy: "Obudził mnie płacz koleżanki. Potem zobaczyłam SMS od mamy: Aniu u nas wojna"

03.03.2022 09:50
Wojna w Ukrainie
fot. AP/Associated Press/East News

Do mamy dzwonię co godzinę. Gdy mówi: Aniu, u nas na razie cicho, uspokajam się. Do kolejnego telefonu. Czasem nie ma zasięgu, albo połączenie się zrywa. To jest najgorsze, nie wiesz, co myśleć.

W czwartek nad ranem, 24 lutego, rosyjskie siły zaczęły ostrzał ukraińskich miast. Zaatakowano m.in. Charków, Odessę i Kijów. W ruiny zmieniono lotniska, szpitale, szkoły. Część mieszkańców próbuje przedostać się za granicę, spędzając w podróży nawet cztery, pięć dni. Część schowało się w schronach i mieszka tam do tej pory. Pozostali walczą. Ukraina broni się już tydzień. O ostatnich dniach, które wciąż trudno zrozumieć, w rozmowie z portalem radiozet.pl opowiada Anna Makhinko, studentka Uniwersytetu Łódzkiego z Ukrainy.

Wojna w Ukrainie. "Aniu zaczęła się u nas wojna"

Czy to jeden z trudniejszych tygodni dla mnie? Nie. To z pewnością najtrudniejszy tydzień w moim życiu. Nigdy do głowy by mi nie przyszło, że mając 20 lat, poznam co to wojna.

Od lat marzyłam, żeby studiować w Polsce na dobrej uczelni. Kiedy wybierałam liceum, moja przyjaciółka zadzwoniła do mnie i zaproponowała, żebym już z nią wyjechała za granicę. Jest sportowcem i trener polecił jej szkołę w Łodzi. Uczyłam się wcześniej polskiego przez osiem miesięcy. Zdecydowałam: jadę. Nigdy wcześniej nie byłam w Polsce, nie słyszałam o Łodzi, ale gdy tu przyjechałam w 2017 roku, byłam pod wrażeniem tego miasta: czystych ulic, zieleni. Na Ukrainie też mamy piękne miasta. Nie wiem, czy teraz bym je poznała.

Chodziłyśmy do Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Już wtedy wiedziałam, że chciałabym tu zostać na stałe. Dostałam się na logistykę na Uniwersytet Łódzki. Jestem teraz na drugim roku. Co prawda przez pandemię tylko przez miesiąc chodziłam na uczelnię, ale podoba mi się ten kierunek i to, jak wykładowcy pomagają studentom w sprawach nie tylko związanych z nauką. Są bardzo wyrozumiali. I tak jest od początku, nie tylko przez ostatni tydzień. Teraz te studia to moje wielkie szczęście.

Anna Makhinko

Anna Makhinko, studentka Uniwersytetu Łódzkiego z Ukrainy

‧ fot. Facebook

21 lutego w formie hybrydowej zaczęliśmy semestr letni. Uratowało mnie to w pewnym sensie. Mieszkam w Dnieprze, w środkowo-wschodniej Ukrainie. Do domu zawsze jeżdżę w wakacje i w ferie zimowe, trochę odpocząć po sesji i przed kolejnymi miesiącami nauki. Tak było też w tym roku. Wróciłam do Polski w niedzielę, 20 lutego. Nie ze względu na wojnę, po prostu zaczynałam nowy semestr. Nikt nie przewidywał, że będzie tak jak jest teraz, przez myśl mi nie przeszło, że coś takiego się stanie. Nie było paniki, nikt nie wyjeżdżał, nie robił zakupów, nie decydował, gdzie wyjechać.

Parę dni wcześniej, 16 lutego, przyjechała z Ukrainy do Łodzi w odwiedziny siostra mojego chłopaka. 24 lutego dokładnie o 7.30 obudził mnie jej płacz. Pamiętam dokładnie tę godzinę. Pytam, co się stało, a ona mówi, że w Ukrainie zaczęła się wojna i atakują miasta, w których są nasi rodzice. Od razu wzięłam telefon, żeby sprawdzić, czy to nie fake, głupi żart. Zobaczyłam wiadomość od mamy: Aniu, zaczęła się u nas wojna. Ręce mi się trzęsły, nawet teraz, gdy to wspominam, płaczę.

Dzieją się straszne rzeczy. Chcemy wyjechać, ale nie wiemy jak

Potem była myśl: rodzice z babcią mieszkają w jednym z największych miast w Ukrainie, gdzie jest dużo obiektów przemysłowych, wojennych. Jeśli jest wojna, to od razu tam będzie atak. Na szczęście mija tydzień i miasto wciąż jest chronione, w miarę spokojne.

Do mamy dzwonię co godzinę, czasem dziesięć razy w ciągu dnia, żeby zapytać, czy wszystko dobrze, czy były jakieś ataki. Kiedy mama mówi: Aniu, jest cicho, jest w porządku, jesteśmy razem, uspokajam się na chwilę. Do kolejnego telefonu. Czasem nie ma zasięgu, albo połączenie się zrywa. To jest najgorsze, zaczynasz panikować, nie wiesz, co myśleć.

Rodzice nie planowali i nie planują wyjechać z Dniepru ani z Ukrainy. Twierdzą że nie zostawią domu, tego wszystkiego na co pracowali całe życie. Mój tata cały czas chodzi do pracy, mama już nie. Pracowała w mleczarni w sąsiedniej Basztance. Trudno jest tam teraz wjechać, miasto praktycznie nie istnieje. Nie widać, czy stoisz na ulicy, na placu, czy na moście. Niemal wszystkie drogi są zniszczone. Mam nadzieję, że w Dnieprze będzie cały czas cicho, ale czasem przychodzą mi myśli: przecież oni nie zostawią tak tego miasta. Jeśli ono jest ważne dla nas, to dla nich jest tym bardziej ważne.

Parę lat mieszkałam też w Charkowie, mam tam przyjaciółkę. Codziennie do niej piszę. Prosiłam ją, żeby przyjechała z rodziną do Polski, obiecywałam, że znajdę im mieszkanie, pomogę. Moja uczelnia daje bezpłatne pokoje w akademikach, mogłabym spytać, czy są jeszcze miejsca.

Na początku moja przyjaciółka myślała, że to szybko się skończy, więc nie chciała, ale we wtorek napisała mi, że dzieją się tam straszne rzeczy, że chcą wyjechać, ale nie wiedzą jak, bo drogi są zniszczone, autem nie da rady. Pociągi są pełne, nie ma biletów. Chcieliby przedostać się chociaż do Lwowa. Teraz w Ukrainie nie jest nigdzie bezpiecznie, ale tam nie ma przynajmniej ataków, nie giną cywile. Szkoły, szpitale stoją, w Charkowie budynki są zniszczone, codziennie ktoś umiera. Tak bardzo bym chciała, żeby przyjechała do Polski, albo chociaż do Lwowa.

Siostra mojego chłopaka, została z nami w Łodzi. Gdyby nie przyjechała nas odwiedzić, byłaby teraz w Kijowie, tam studiuje. Miała mieć zajęcia online, ale uczelnie wstrzymały pracę, nikt nie jest w stanie prowadzić wykładów czy ćwiczeń.

Wojna w Ukrainie. Dlaczego, po co?

Od tygodnia niemal co sekundę przychodzą mi kolejne filmy, zdjęcia pokazujące zniszczenia. Płaczę, jest mi żal, smutno, ale jestem też tak bardzo zła. Nie mogę tego zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, po co, co zrobili Ukraińcy, że żona traci męża, siostra traci brata, mama traci syna. Nawet jak cała rodzina chce wyjechać, to tata czy syn nie mogą, jeśli są w wieku poborowym, bo wprowadzono zakaz i powszechną mobilizację. Jak dostaję kolejne powiadomienia, że strzelają, że giną cywile, że ludzie nie mogą wyjść z metra, że nie mają wody, śpią na mokrej, zimnej podłodze, to nie wytrzymuje. Dlatego jestem tak szczęśliwa, że mam studia. Kiedy mam zajęcia, to przez chwilę o tym chociaż nie myślę. Jak się uczę, to odpoczywam. Pracuję też dorywczo, zajmuje się reklamą w mediach społecznościowych, to też mi pomaga.

Codziennie pisze do mnie Polka, koleżanka ze studiów, jak się czuję, czy wszystko dobrze z rodzicami. Dla studentów z Ukrainy mój uniwersytet zorganizował też spotkanie na początku tygodnia z dziekanem, prodziekanem. Powiedzieli, że możemy liczyć na pomoc materialną, finansową, psychologiczną z uczelni, że możemy pisać, przychodzić, że będą robili wszystko, co w ich mocy, żeby pomóc nam, naszym rodzinom, przyjaciołom. To jest niesamowite, bardzo ważne dla nas.

Zaraz przy miasteczku akademickim, będą mieszkały dzieci z domów dziecka z Ukrainy. We wtorek jechaliśmy tam z chłopakiem, żeby rozpakować materace, ubrania, przygotować pokoje. Było wielu wolontariuszy z mojej uczelni. Jestem wdzięczna całej Polsce za to, jak pomaga.

Te chwile radości trwają bardzo krótko. W środę zadzwoniła do mnie mama, że w mieście kończy się mięso, chleb, woda. W sklepach brakuje powoli kaszy, makaronów. Są już tylko słodycze. Rodzice robili duże zakupy w czwartek, jak to wszystko się zaczęło, ale zapasy topnieją. O dostawy trudno, bo trudno przejechać z miasta do miasta, ale chociaż w Dnieprze sklepy pracują. W Charkowie i Kijowie nie ma już prawie nic, półki są puste.

Charków zawsze uważałam za najpiękniejsze miasto w całej Ukrainie. Kiedy to wszystko się skończy, to pewnie go nie poznam, nie poznam danej ulicy, placu. Ani w Charkowie, ani w Kijowie, ani w innych miastach.

RadioZET.pl

C