Zamknij

Wojna Putina w social mediach. Tak prorosyjska dezinformacja zalewa Polskę

05.03.2022 21:30

Z tysięcy wpisów i memów, które od kilkunastu dni zalewają polskie social media, mogliśmy dowiedzieć się m.in. że wojna w Ukrainie to medialny wymysł, a dramatyczne relacje z bombardowanych miast to spreparowane filmowe mistyfikacje. Fake newsy uderzyły także w ukraińskich uchodźców, których oskarża się o stwarzanie zagrożenia dla polskiego bezpieczeństwa. Czy jesteśmy w stanie wygrać wojnę z prorosyjską dezinformacją?

Wojna Putina w social mediach
fot. Shutterstock/ Artur Jaskulski

Od dnia wybuchu wojny w Ukrainie w polskich mediach społecznościowych odnotowano blisko 200 tys. prób prorosyjskiej dezinformacji – wynika z analiz Instytutu Badań Internetu i Mediów Społecznościowych (IBIMS). - Liczba ta rośnie z każdą chwilą. Dziennie obserwujemy przynajmniej kilkanaście tys. wzmianek o charakterze dezinformacyjnym. Dane mogą w przyszłości być wyższe, jednak liczymy na odpowiedzialność polskich użytkowników, którzy mają coraz większą świadomość w kontekście rozpoznawania fake newsów i propagandowych informacji – mówi nam dyrektor IBIMS Marcin Wiśniewski.

Pierwsze przypadki prorosyjskiej dezinformacji w social mediach w kontekście inwazji na Ukrainę zaczęły pojawiać się kilkanaście dni przed wybuchem wojny. Ich celem było przede wszystkim bagatelizowanie i wyśmiewanie medialnych i wywiadowczych doniesień o zbliżającym się ataku Rosji. Zgodnie z tą linią planowana inwazja miała być jedynie dziennikarskim wymysłem, na który nie ma żadnego potwierdzenia w faktach. Warto odnotować, że dokładnie w tym samym czasie identyczne stanowisko przedstawiały rosyjskie władze. Siergiej Ławrow mówił wówczas o „paranoidalnych scenariuszach” rozpowszechnianych przez podobno poważne media. Przypomnijmy, że rosyjski polityk wypowiedział te słowa 15 lutego, czyli kilka dni przed atakiem na Ukrainę.

Wojna w Ukrainie i dezinformacja w Polsce

W tej chwili prorosyjska dezinformacja hula już w polskich social mediach w najlepsze i niestety zyskuje sobie liczne grono zwolenników, którzy świadomie bądź nieświadomie rozpowszechniają ją dalej. - Tematy zmieniają się na bieżąco, zgodnie z obecną sytuacją na Ukrainie. Mieliśmy do czynienia już z atakiem dezinformacyjnym w kontekście paliw (jego dostępności, cen, rzekomych zniżek dla Ukraińców itp.), dostępności gotówki, zagrożeń ze strony uchodźców (wielokrotnie dementowanych przez policję). Obecnie eskalowane jest zagrożenie atomowe dla Polski. W głównym nurcie nie pojawiają się treści relatywizujące odpowiedzialność rosyjską, ponieważ zbyt silna jest narracja proukraińska. Usprawiedliwianie Rosji obecne jest na niszowych kanałach oraz zamkniętych grupach, zrzeszających często zwolenników narracji antyszczepionkowych – tłumaczy Marcin Wiśniewski.

Twitter: Instytut Kościuszki
fot.

Twitter: Instytut Kościuszki

Twitter: Instytut Kościuszki
fot.

Twitter: Instytut Kościuszki

Zaobserwowanych przypadków dezinformowania w kontekście sytuacji na Ukrainie jest jednak więcej. W ostatnich dniach na Facebooku i Twitterze pojawia się mnóstwo wpisów sugerujących, że pod przykrywką pomocy uchodźcom z Ukrainy, do Polski wpuszczani są imigranci, którzy kilka miesięcy temu próbowali nielegalnie przekroczyć polsko-białoruską granicę. Rosnące zainteresowanie tymi doniesieniami spowodowało, że postanowili wykorzystać je politycy Konfederacji. „W Przemyślu zrobiło się niebezpiecznie. Kobiety boją się wychodzić na miasto ze względu na panoszących się po nim agresywnych kolorowych »studentów«. Tworzone są ad hoc patrole obywatelskie, bo policja nie wyrabia” – pisał na Twitterze Włodzimierz Skalik, jeden z najbliższych współpracowników posła Grzegorza Brauna. Informacje te zdementowali szybko podkarpaccy funkcjonariusze: „W mediach społecznościowych pojawiają się fałszywe informacje, że w Przemyślu i powiatach przygranicznych doszło do poważnych przestępstw kryminalnych: włamań, napaści i zgwałceń. To nieprawda. Policja nie odnotowała zwiększonej ilości przestępstw w związku z sytuacją na granicy” – przekazano.

Oczywistym, znanym od lat celem prorosyjskiej dezinformacji jest świat zachodni i demokratyczne media. W licznych wpisach, memach czy filmikach, które od kilkunastu dni pojawiają się w social mediach, rozpowszechniane są treści negujące wiarygodność relacji dziennikarzy z zachodniej Europy i USA. Możemy z nich dowiedzieć się m.in. że w Ukrainie nie toczy się żadna wojna, a reporterskie materiały przedstawiające rosyjskie ataki i bombardowania na obiekty cywilne to celowa manipulacja. Pojawiają się także porównania relacji wojennych do pandemii COVID-19 stwierdzające, że obie historie to medialne kłamstwa i sianie paniki. Konkretne przykłady opisywanej dezinformacji dokładnie monitorowane są m.in. przez Instytut Kościuszki czy strony fact-checkingowe: Fakenews.pl, Włącz Weryfikację czy Demaskujemy dezinformację. Efekty tej pracy publikowane są na bieżąco w sieci.

Rosyjska wojna informacyjna. Doktryna Gierasimowa

- Rosyjskie służby stosują dezinformację od wielu lat, jednak do momentu powstania mediów społecznościowych była to raczej dezinformacja punktowa, skierowana do konkretnych osób, przede wszystkim polityków i ekspertów, rzadziej – do odbiorcy masowego. W 2013 roku Walery Gierasimow, szef sztabu generalnego Sił Zbrojnych Rosji, opublikował artykuł, w którym dowodził, że współczesne wojny zmieniły swój charakter, stały się hybrydowe, a konwencjonalne działania militarne nie są ani jedynymi, ani – w pewnych sytuacjach – najbardziej skutecznymi, jakie można podjąć, by osiągnąć polityczne cele. Wskazał na istotną rolę działań zarówno gospodarczych, jak i informacyjnych. Od tego momentu mówi się o stosowaniu przez Rosję tzw. doktryny Gierasimowa (zmodyfikowanej nieco w 2019 r.) i uważa się, że właśnie wtedy Rosja zaczęła prowadzić w internecie wojnę informacyjną. To znaczy – zaczęła prowadzić świadome działania propagandowe i dezinformacyjne, dla osiągnięcia własnych celów politycznych – mówi w rozmowie z naszym portalem Anna Mierzyńska – analityczka mediów społecznościowych.

Rosyjskie wpływy obecne są w polskiej przestrzeni informacyjnej od wielu lat. Ich szczególną aktywność obserwuje się jednak od 2014 roku, czyli daty wejścia Rosji na Krym i do obwodów: Donieckiego i Ługańskiego. - Podjęto wówczas działania, których celem były wzbudzenie niechęci Polaków do Ukrainy oraz uzasadnienie agresji Rosji na Ukrainę. Wykorzystywano zwłaszcza narrację historyczną – budzono emocje związane ze zbrodniami na Wołyniu, ale także próbowano wykazywać, że Ukraińcy stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa (eksponowano każde, nawet drobne przestępstwo popełnione przez osobę z Ukrainy w Polsce) i tożsamości Polaków. Ta narracja przetrwała do dziś, teraz, w czasie agresji militarnej Rosji na Ukrainę, obserwujemy próbę jej ożywienia i szerszego rozpowszechnienia – wylicza Mierzyńska.

Twitter: Instytut Kościuszki
fot.

Twitter: Instytut Kościuszki

Musimy jednak wyraźnie podkreślić, że w kontekście ostatnich fake newsów w polskich social mediach mówimy nie o rosyjskiej, a o prorosyjskiej dezinformacji. Nie mamy bowiem konkretnych dowodów na to, że materiały, które od kilkunastu dni zalewają Facebook i Twitter, powstały w Rosji. - Nie mamy jednoznacznych dowodów łączących konta z instytucjami rosyjskimi, natomiast treści przez nie dystrybuowane wpisują się w narrację promowaną przez rosyjskie organy propagandowe. W wielu miejscach w mediach społecznościowych pojawiają się informacje mające na celu zmianę pozytywnych emocji Polaków wobec Ukraińców na emocje strachu, a nawet wrogości – wyjaśnia Marcin Wiśniewski.

Podobnego zdania jest Anna Mierzyńska. – Mówię o kontach i działaczach prorosyjskich, a nie rosyjskich, ponieważ najczęściej nie mamy dowodów, że za kontami stoi Rosja, a działacze są obywatelami polskimi, tyle że o określonych poglądach. Autorstwo Rosji w jakiejś operacji informacyjnej podejrzewamy wtedy, gdy jakaś narracja służy rosyjskim celom politycznym lub jest szerzona przez rosyjskich polityków i rosyjskie państwowe media. Bardzo trudno jest znaleźć w Polsce mocne dowody na to, kto stoi np. za siatką trolli, skąd taka siatka jest sterowana etc. – dlatego eksperci rzadko wskazują wprost, że jakieś konta są kontami rosyjskimi, chyba, że twarde powiązania potwierdzi np. Facebook podczas usuwania takiej zidentyfikowanej siatki. Bez tego możemy mówić jedynie o przypuszczeniach – przekonuje.

Antyszczepionkowcy i (pro)rosyjskie trolle

Przy okazji dyskusji o dezinformacji na temat wojny w Ukrainie, eksperci zwracają uwagę na rzucający się w oczy związek kont prorosyjskich i antyszczepionkowych. - Nie jest tak, że wszystkie grupy antyszczepionkowe obecnie szerzą rosyjską dezinformację. Faktem jest jednak, że szereg kont, które jeszcze kilka tygodni temu rozprzestrzeniały materiały negujące akcje szczepień, dziś zajmują się niemalże wyłącznie sprawami ukraińskimi, przedstawiając treści podobne do tych z rosyjskich mediów – zauważa dyrektor IBIMS. - W czasie pandemii koronawirusa środowiska prorosyjskie w Polsce najpierw zaangażowały się w sprzeciwianie obostrzeniom sanitarnym, rozpowszechniały teorie o tym, że winnymi pandemii są Stany Zjednoczone, potem atakowały konkretne szczepionki zachodniej produkcji (zwłaszcza AstraZeneca i Pfizer), a na końcu dołączyły do ruchów antyszczepionkowych. Dziś obserwujemy, że te same konta i ci sami aktywiści rozsiewają narrację antyukraińską – ale trzeba pamiętać, że najczęściej chodzi o konta, które od dawna są prorosyjskie i/lub antyukraińskie. Kwestie pandemiczne i szczepionkowe doszły później do ich pierwotnych poglądów – podkreśla z kolei Anna Mierzyńska.

Obserwacja rozprzestrzeniającej się prorosyjskiej dezinformacji skłania nas do zadawania dość banalnych pytań: jak to się dzieje, że fake’owe treści tak szybko i łatwo znajdują swoich zwolenników i dlaczego na wielu obszarach wypierają one rzetelne, prawdziwe informacje? Na psychologiczne aspekty dezinformacji w social mediach zwraca uwagę w rozmowie z naszym portalem Agnieszka Skruczaj-Olejnik – psycholog z Uniwersytetu SWPS. - To czy i jak silnie człowiek ulegnie efektowi dezinformacji zależy od wielu czynników (indywidualnych i proceduralnych). Wpływ na uleganie dezinformacji ma oczywiście nasza pamięć. Dlatego też dzieci oraz starsi dorośli są grupami najsilniej narażonymi na uleganie dezinformacji. Jednak bardziej podatne na dezinformację są również osoby o niskim poziomie inteligencji, niskim poziomie samooceny, osoby nieśmiałe, nieasertywne oraz niepewne siebie. Jednocześnie łatwiej wierzymy w dezinformacje w momencie, kiedy jest ona zgodna ze stereotypem, z którym się zgadzamy. Łatwiej zapamiętujemy też informacje wyraziste. W związku z tym, jeżeli dezinformacja jest kontrowersyjna i wzbudza w nas emocje, łatwiej zostanie zapamiętana. Nawet jeżeli osoba będzie miała dostęp do informacji prawdziwej – wyjaśnia.

Weryfikujmy wszystkie informacje

Nasza rozmówczyni wskazuje ponadto na bardzo istotny wpływ autorytetu w całym mechanizmie dezinformacyjnym. - To czy uwierzymy w nieprawdziwe informacje zależy od tego, kto taką informację nam przekazuje. Warto zwrócić uwagę na dewaluację autorytetów. Dzisiaj autorytetem często nie są osoby merytorycznie znające się na zagadnieniu, a różnego typu influencerzy. Zmiana autorytetu nie powoduje jednak, że jego wpływ przestaje być skuteczny. Im większa jest według nas wiarygodność osoby przekazującej fałszywą informację, tym silniejszy będzie efekt dezinformacji – podkreśla.

Możemy być pewni, że w najbliższych dniach i tygodniach w social mediach pojawią się kolejne prorosyjskie treści, które ukierunkowane będą na destabilizowanie sytuacji w Polsce oraz zmianę stosunku Polaków do wojny w Ukrainie i ukraińskich uchodźców. Musimy przygotować się na to, że już wkrótce w sieci pojawią się nowe fake newsy, których celem będzie wzniecanie chaosu, paniki i popychanie nas do podejmowania nieprzemyślanych, błędnych decyzji dotyczących np. naszego bezpieczeństwa i finansów. Dlatego tak ważne jest, abyśmy zachowali teraz wyjątkową czujność i konsekwentnie weryfikowali treści, które do nas trafiają.

- W sytuacjach zewnętrznych, budzących silne emocje, zwłaszcza strach, gniew, frustrację, wszyscy ludzie są bardziej podatni na dezinformację. Kiedy jesteśmy przerażeni, wyłączają się niektóre nasze mechanizmy ochronne - słabiej działa zwłaszcza krytyczne myślenie, jesteśmy więc skłonni natychmiast uwierzyć w sensacyjną informację, która może się okazać istotna dla naszego przetrwania. Przestajemy wtedy sprawdzać, czy to prawda czy nie, od razu reagujemy. Stąd bierze się podatność na dezinformację w czasie wojny czy np. pandemii – wskazuje Anna Mierzyńska.

RadioZET.pl/ Błażej Makarewicz