Zamknij

Wolna Szkoła o Lex Czarnek: Jesteśmy zmęczeni protestami, ale nie mamy wyjścia

12.11.2021 12:00
Uczniowie w klasie przed tablicą
fot. MAREK MALISZEWSKI/REPORTER

- Coraz więcej nauczycieli dopada absurd tego, co robią. Nie wychodzą na barykady, ale zaczynają się buntować w środku i np. rezygnują z pracy z podręcznikami, zastanawiają się, jak zadawać pracę domową, żeby nie polegała na odfajkowaniu rutynowego ćwiczenia. Niektórzy nawet rezygnują z ocen - mówi Alicja Pacewicz, współinicjatorka akcji Wolna Szkoła.

Aleksandra Pucułek: - Trochę się wytłumaczę. Wolna Szkoła działa od kilku miesięcy, ale obserwowałam już podobne organizacje, które nic nie zmieniły, więc temat odkładałam. Nie wierzyłam, że kolejny ruch coś da. Po co ta Wolna Szkoła?
Alicja Pacewicz, współinicjatorka Wolnej Szkoły, działaczka społeczna i oświatowa, współzałożycielka Centrum Edukacji Obywatelskiej i Fundacji Szkoła z Klasą: - W ciągu ostatnich lat odbyły się setki protestów, manifestacji. Wszyscy jesteśmy nimi zmęczeni i sami siebie pytamy: ile razy można? Tylko że nie ma wyjścia. Nie jesteśmy tak naiwne i naiwni, by myśleć, że jak zrobimy mocną kampanię, to rządząca większość w parlamencie albo minister Czarnek powie: macie rację, centralne sterowanie i indoktrynacja to zły pomysł. Tak nie będzie, choć z jakiegoś powodu projektu „Lex Czarnek” nadal nie ma w parlamencie, może władza uznała, że nie opłaca się jej otwierać kolejnego frontu. Poza tym w życiu publicznym nie chodzi tylko o to, co robi ministerstwo. Liczy się też to, co robimy my, obywatelki i obywatele. Protest ma wartość, nawet jeśli nie zmienia decyzji rządu. Ma sens dla tych, którzy w nim biorą udział i wszystkich, którzy odnajdują się w postulatach Wolnej Szkoły, którzy nie chcą szkoły autorytarnej i nacjonalistycznej. Nie ma innego sposobu niż robić swoje i nie tracić krytycznego spojrzenia na to, co się dzieje w polskiej szkole. Na systemowe zmiany teraz nie ma szans, ale na mniejsze rzeczy w naszych szkołach i klasach już tak i one się dzieją.

Posłuchaj podcastu

Chociaż wasze spoty, w których w usta dzieci włożyliście cytaty ministra Czarnka np. o ideologii LGBT porównanej do marksizmu, są mocne. Kłujecie go w oczy tą ekierką.
- Mocne, bo to już nie jest czas na to, żeby się wstrzymywać. Ta czerwona ekierka, symbol Wolnej Szkoły, jest przeciw „Lex Czarnek” i przeciw autorytarnym tendencjom w polskiej szkole, ale podejmujemy też działania nakierowane na to, co można zrobić w edukacji, żeby było lepiej. Wolna Szkoła ma różne nurty, wyrosła z tego, co robiliśmy wcześniej. Są wśród nas osoby, które od lat pracują w szkołach i w edukacji nieformalnej. Skrzyknęliśmy się w nieformalną koalicję SOS dla Edukacji i w syntetycznej formie udało się nam określić, czego brakuje polskiej szkole, czego ona nie daje.

Czego brakuje, czego nie daje?
- Wciąż działa zasada 3xZ, czyli popularne zakuć, zdać, zapomnieć. Uczymy według modelu kształcenia z XIX wieku, czyli ławki, tablica, nauczyciel mówi, uczniowie notują, potem piszą sprawdzian. W technikach, liceach szkołach średnich hasło „matura” stało się niewiarygodnym straszakiem na uczniów. Ostatnio usłyszałam, że licealistka w pierwszej klasie przyszła do domu i oznajmiła mamie załamana, że już widzi, że nie zda matury z polskiego. Przez cztery lata można napisać doktorat! Skoro dziecko boi się, że przez ten czas nie przygotuje się do egzaminu, to znaczy, że coś jest nie tak. Niestety, to samo zaczyna się dziać z egzaminem ósmoklasisty. Na początku lat dwutysięcznych obowiązywała zasada: podstawa programowa sobie, a wymagania egzaminacyjne sobie. To było niewygodne i mało przejrzyste, ale dawało swobodę na lekcjach. Od kiedy podstawa pokrywa się z wymaganiami, przeszliśmy na system “centralnego programu nauczania” ze sztywnymi kryteriami, które odbiegają od tego, co powinien umieć dobry absolwent szkoły.

Nauczyciele gonią z materiałem, żeby przygotować uczniów do egzaminów, bo z tego są rozliczani, ale sami nieraz mają poczucie, że uczenie o kolejnych warstwach gleby czy o różnicach między alkinami, alkenami i alkanami nie ma sensu. Trudno jest im wybrać: tego się trzeba uczyć, tego nie, ale to robi z nami podstawa i jeszcze upycha kolejne rzeczy, bo świat się zmienia. A przecież w świecie, gdzie wszystko jest coraz bardziej niepewne i złożone, nauka i szkoła nie mają dawać starej encyklopedii tylko dobry kompas.

Pamiętam debatę sprzed kilku lat. Gdy prelegenci podrzucali pomysły, jak inaczej prowadzić lekcje, odezwała się nauczycielka z publiczności: ale ja mam podstawę programową. To pokazało mi jedno: część nauczyciel tak przyzwyczaiła się, że ktoś im mówi, co i jak mają robić, że inaczej nie potrafiliby pracować. Pokazały to też lekcje zdalne, dyrektorzy, nauczyciele oczekiwali szczegółowych wytycznych, chociaż w końcu mieli więcej wolności.
- Obracamy się trochę w kręgach przekonanych, tu się zgodzę, ale liczę, że za każdym razem chociaż kilkoro ludzi zobaczy, że można uczyć inaczej i coś z tego dla siebie wyniesie. Jedni nie wiedzą o tym, co robią drudzy, chcemy to zmienić. Bierne postawy mogą wynikać też ze strachu, którego jest dużo w szkole. Bo przyjdzie np. kontrola, a jak przyjdzie kontrola to zawsze coś znajdzie. Nawet takie zobaczenie, że nie wszyscy się boją, że nie wszyscy się poddali, to coś ważnego, na tym może się zbudować nowy ruch. Ta energia się gdzieś odkłada, buduje się energia potencjalna, a ta jak wiadomo z fizyki - i to jest też w podstawie programowej i podręcznikach - lubi się zamieniać na energię ruchu, ciepło i pracę.

To może włożyć bombę w ten system edukacji, tzn. stworzyć go od nowa?
- Ostatnio na każdym spotkaniu, debacie, dyskusji, na których byłam, pojawiała się ta propozycja. Albo taka, żeby w ogóle nic nie ruszać, dać spokój szkole. Nie wierzę, że można wszystko zburzyć, dzieci nie będą chodziły przez rok do szkoły, przez ten czas wymyślimy nowy system i wrócimy po wakacjach do zupełnie innej rzeczywistości. Z drugiej strony tkwimy w edukacji klasycznej, szkoła zbyt odjeżdża od współczesnego świata, więc poszłabym trzecią drogą. Trzeba popuścić tę linę z dwóch stron. Nauczyciele powinni wyluzować, odpuścić uczniom, a kuratorium, ministerstwo edukacji musi dać pole do popisu zespołom nauczycielskim i dyrektorom. Wielu mi opowiadało, że najlepiej im się pracowało w pierwszych tygodniach pandemii. Dlaczego? Nie było jeszcze wytycznych, co i jak robić. Spędzali czas na rozmowach z młodzieżą, uczyli o wirusach, lęku, robili lekcje międzyprzedmiotowe.

Coraz więcej nauczycieli dopada absurd tego, co robią. Nie wychodzą może na barykady, ale zaczynają się buntować w środku i np. rezygnują z pracy z podręcznikami, zastanawiają się, jak zadawać pracę domową, żeby nie polegała na odfajkowaniu rutynowego ćwiczenia. Niektórzy nawet rezygnują z ocen. Oczywiście nie wszyscy tak się zachowują. Znam szkoły w Warszawie, w których nauczycielki przewidując powrót lekcji zdalnych, postanowiły natłuc tyle ocen, że na początku listopada uczniowie mieli po 12 stopni z jednego przedmiotu.

Chciałabym, żeby edukacja poszła tą trzecią drogą, ale wtedy przypomina mi się moje liceum. Wiem, że uczy tam wciąż ta sama kadra, a ta – oprócz mojej polonistki - lubiła schematy, przeciętność. Gdy pojawiali się młodsi nauczyciele albo odchodzili, albo zaczynali krakać tak jak ci starsi. I jak tu wprowadzić zmiany?
- A ile miałaś takich nauczycieli jak ta polonistka?

Tylko ją. I jeszcze wuefistkę.
- Nigdy nie będzie tak, że cała kadra będzie super, jeśli ktoś spotka jednego takiego przewodnika, to uważam, że już ma szczęście.

Powiedziałyśmy, czego nie daje albo co złego daje szkoła. A co powinna dać?
- Lubię powoływać się na dokument Parlamentu Europejskiego i Rady Unii Europejskiej, który określa kluczowe kompetencje w uczeniu się. To są naprawdę bardzo dobre wytyczne. Z kompetencji przedmiotowych ujęto tam m.in. komunikowanie się w języku ojczystym, czyli mówienie, czytanie, pisanie ze zrozumieniem, kompetencje matematyczno-naukowe (tzw. STEM), cyfrowe, aktywnego obywatelstwa, udziału w kulturze. Na tej liście znalazły się też kompetencje przekrojowe, czyli współpraca, krytyczne myślenie, rozwiązywanie problemów, także z wykorzystaniem szukania algorytmów. Nie chodzi tu o rozwiązywanie problemów zawartych w większości zadań z matematyki, ale o to, by przy użyciu danych, działań, wzorów sprawdzić coś, co jest rzeczywistym problemem - technicznym, społecznym albo badawczym. Zarówno pierwszą, jak i drugą grupę kompetencji da się realizować na lekcjach i na przerwach. To jest coś, czego mi potwornie brakuje. W skandynawskich szkołach jest zwykle duży hol, schody i raz ta przestrzeń może być miejscem występu teatru szkolnego, a innym razem rozkłada się tam stoliki i pracuje się z uczniem, spotyka z rodzicami, nawet na przerwach.

Alicja Pacewicz

Alicja Pacewicz, współinicjatorka akcji Wolna Szkoła

‧ fot. PIOTR KAMIONKA/REPORTER

Napisaliście, że „Lex Czarnek” już zmieniło szkoły. Co dokładnie?
- Na przykład w jednej szkole dyrekcja myślała, że wybór między etyką a religią jest już zatwierdzony i wprowadziła taki obowiązek. Inna podstawówka w Warszawie na prośbę rodziców zorganizowała zajęcia z edukacji seksualnej, ale prowadzi się je poza szkołą. Kolejna nauczycielka prowadziła debaty oksfordzkie, na których można było poruszyć każdy kontrowersyjny temat. Dyrekcja zasugerowała, by wstrzymać się z nimi, bo “teraz nic nie wiadomo”. Głośna była też sprawa dyrektorki podstawówki z Dobczyc, która za udział uczniów w Tour de Konstytucja została zawieszona. To tzw. efekt mrożący.

Według propozycji MEiN kurator ma mieć decydujący głos przy wyborze dyrektora, będzie mógł go odwołać, gdy ten np. zorganizuje zajęcia dodatkowe bez zgody kuratora. Co to będzie oznaczało dla Adama, Karoliny, uczniów z liceum, podstawówki? Mam wrażenie, że rodzice, dzieci słyszą o „Lex Czarnek”, ale traktują to jak hasło, a nie coś, co realnie zmieni ich szkołę.
- Kontrolę można zrobić z byle powodu, wystarczy, że wizytator dostanie informację, że w szkole dochodzi do islamizacji dzieci. Mieliśmy taką sytuację w Centrum Edukacji Obywatelskiej. Młodzież brała udział w projekcie, w którym stawała się przewodnikami po czterech świątyniach w Warszawie. Jedną z nich był meczet. Mieliśmy potem pismo z kuratorium i musieliśmy tłumaczyć, czemu to robimy. Każda kontrola stawia szkołę na baczność, zabiera dużo czasu, trzeba udowodnić, że nie jest się wielbłądem, to nie jest fajne. Nie wiem, czy teraz ludzie tak łatwo zdecydują się na szkolny projekt o kulturze islamu albo o imigrantach. Nietrudno przecież przewidzieć sposób myślenia kuratorki czy kuratora, który jest mianowany przez MEiN. Co wynika z tego dla ucznia? To, że dyrektor się boi, a jak boi się dyrektor, to boją się też nauczyciele i uczniowie. Wielu pedagogów już mówi: dużo fajnych rzeczy robiliśmy dzięki organizacjom, ekspertom z całej Polski, a teraz szlaban, po co nam kłopoty.

Czyli Adamie, Karolino w szkole będziesz miał nudno, same stałe przedmioty i tyle?
- Tak, a nawet jeśli dyrektor się odważy i wyśle dwa miesiące wcześniej do kuratora informację, że ktoś z zewnątrz przyjdzie, bo takie wyznaczono terminy, a ktoś z prelegentów zachoruje, to co wtedy? Spotkanie się nie uda, bo nazwiska się zmieniły? Jak powiedziałam o „Lex Czarnek” dyrektorce szkoły z Francji, to spadła z krzesła. Tam też jest centralne zarządzanie oświatą, ale dyrektora nikt nie odwoła z powodów politycznych, ideologicznych. W Polsce wystarczy, że rodzic, nauczyciel, który nie dogaduje się z dyrektorem, zgłosi coś kuratorowi i ten będzie mógł odwołać takiego dyrektora, zwłaszcza, jeśli jest on niewygodny. Nie umieliśmy przez lata stworzyć systemu wsparcia, skupiliśmy się na kontroli. Były próby, by szło to w stronę doradztwa, teraz jednak wyraźnie przechylono szalę w drugą stronę.

Co ze zwiększeniem liczby godzin przy tablicy? Co to oznacza dla ucznia?
- Kwestii, dotyczących takich świętości jak pensum czy Karta Nauczyciela, nie da się wymyślić w Alei Szucha (siedziba MEiN – przyp. red.). Zanim się coś zaproponuje, trzeba usiąść i rozmawiać. Niech to trwa nawet rok, ale potrzeba dyskusji. Na pewno nauczyciel poza lekcjami powinien być dostępny w szkole, to jest klucz do indywidualizacji nauczania i budowania relacji. Gdyby zapłacić nauczycielom dostatecznie dużo, by oni chcieli być w szkole dłużej i nieznacznie podwyższyć pensum, to byłoby dobre rozwiązanie. To powinno się odbyć kosztem godzin na biurokratyczne obowiązki i na sprawdzanie prac domowych, bo to zabiera mnóstwo czasu, a jest nieefektywne. Prowadziliśmy nawet z RPO, Adamem Bodnarem, akcję w sprawie nadmiaru zadań pod hasłem “Mniej, ale lepiej. Opracujmy szkolne zasady zadawania prac domowych”.

Czyli taki Adam, Karolina będą mogli więcej czasu spędzić z nauczycielką, ale nie będą w domu tyle siedzieli nad ćwiczeniami przez nią zadanymi?
- Tak, taki uczeń mógłby pójść do wychowawcy, nauczyciela sam albo z kimś i powiedzieć: nie rozumiemy tego, proszę nam jeszcze raz wyjaśnić, albo: źle się dzieje w klasie, potrzeba interwencji.

Jednym z elementów waszych działań, oprócz tłumaczenia i pokazywania, że można inaczej, są też spotkania z politykami, samorządowcami. Co to daje?
- Nie wiem, czy „Lex Czarnek” uda się odwołać, tu akurat chcę być naiwna i chcę wierzyć, że tak będzie, ale już udało się nam zbudować dużą koalicję organizacji społecznych i samorządów lokalnych, które też uważają, że szkoła powinna być bardziej zdecentralizowana. Pierwszy raz mam poczucie, że naprawdę uzgodniliśmy wspólne stanowisko. Zainicjowaliśmy też debaty obywatelskie w poszczególnych gminach o tym, co możemy robić, żeby edukacja - na przykład klimatyczna, europejska albo wychowanie przedszkolne lepiej działały na danym terenie.

Kto jest najbardziej gotowy na Wolną Szkołę, a kto najmniej?
- Najbardziej gotowi są młodzi ludzie - uczniowie i uczennice. Gdyby odjąć ten strach przed kontrolą i poczucie braku wpływu, to nauczycielki i nauczyciele też byliby gotowi. Im niższy etap edukacyjny, tym łatwiej to zrobić, tzn. wychowawcy przedszkolni i wczesnoszkolni są najbardziej otwarci na zmiany. Chyba najmniej gotowi są rodzice, a przynajmniej ich część. Są najbardziej sfrustrowani, jeśli klasa wyjdzie do kina, teatru, do lasu to zaraz pytają: a co z lekcjami, kiedy czas na naukę? Powtarzają, że odpowiadają za przyszłość dziecka, a przyszłość to są dobre wyniki na egzaminach i „najlepsza” w okolicy szkoła. Często ta szkoła ma tyle „nie najlepszych” elementów - wiecznego stresu, porównywania się, rywalizacji i nadmiernie ambitnych rodziców - że niszczy w dzieciach rzeczy, które potem naprawdę się liczą w życiu.

RadioZET.pl