Zamknij

36-latka dwa tygodnie temu zaginęła na Helu. Rodzina ma pretensje do ratowników

Redakcja
22.08.2018 09:45
Hel
fot. Plaża na Helu/Wikimedia.Commons

Rodzina turystki zaginionej przed dwoma tygodniami nad Bałtykiem oskarża ratowników o zbytnią opieszałość i zbyt szybkie zakończenie akcji ratunkowej. Służby ratownicze odpowiadają.

Sprawa, którą opisała Gazeta.pl, dotyczy pani Sylwii z Warszawy, która na początku sierpnia wraz z koleżanką wybrała się na kilkudniowy urlop do Trójmiasta. W jeden z dni, konkretnie 8 sierpnia, kobieta zorganizowała sobie z grupą innych znajomych jednodniowy wypad na He (koleżanka miała zostać w Gdańsku, gdyż niespodziewanie dostała tam dorywczą pracę).

Brat zaginionej krytykuje 

Tamtego wieczora poszła się kąpać w morzu w miejscu zabronionym i ślad po niej zaginął. Gazeta.pl skontaktowała się z bratem kobiety. Pan Mariusz otrzymał informację o zaginięciu siostry o godz. 2 w nocy z 8 na 9 sierpnia. Jak twierdzi, policja podawała dość oszczędne informacje na ten temat, dlatego sam postanowił dotrzeć do świadków.

Zobacz także

- Ludzie nam opowiadali, że siostra przez 20-25 minut utrzymywała się jeszcze na wodzie, prąd ją wynosił na horyzont, ale zaczęło zachodzić słońce i później nikt już jej nie widział. Cenne minuty uciekały, a ratowników nie było - opowiada rozżalony mężczyzna, który nie ukrywa, że właśnie do służb ratowniczych ma największe pretensje.

Uważa, że akcja poszukiwawcza prowadzona była opieszale i zakończono ją za szybko. Ratownicy WOPR, Formoza i Służba Graniczna miały bowiem przybyć na miejsce, ale zakończyć operację ok 1:20 w nocy i już jej nie wznawiać. - W przypadku tragedii w Darłówku ciał szukano i udało się je odnaleźć, my czekamy prawie dwa tygodnie i nic - mówi w rozmowie z portalem pan Mariusz.

Co na to służby ratownicze?

Gazeta.pl zwróciła się z pytaniami do Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa. Rzecznik prasowy zapewnia, że akcja została przeprowadzona w błyskawicznym tempie (od zgłoszenia do dotarcia jednostki na miejsce miał upłynąć 10 minut), po czym wyjaśnia, jak wyglądają procedury.

Łódź ratownicza jest jednostką statku "Sztorm", zaś załoga statku rezyduje w pomieszczeniach należących do Morskiej Stacji Ratowniczej na Helu.  - Po alercie z MRCK (Morskie Ratownicze Centrum Koordynacyjne - red.) załoga musi przebiec ze stacji na pokład statku, uruchomić wszystkie mechanizmy, otworzyć furtę rufową, obsada łodzi musi się ubrać (kombinezony ochronne, kaski, kamizelki), uruchomić systemy łodzi. Następnie łódź z obsadą jest wodowana - tłumaczy w rozmowie z Gazeta.pl Rafał Goeck.

Zobacz także

- To, jak długo prowadzone są poszukiwania, zależy od wielu czynników, np. od temperatury wody, siły wiatru, prądów wstecznych czy wysokości falowania. Jeżeli dalsze poszukiwania zostają uznane za nieskuteczne, na przykład przez to, że robi się zbyt ciemno lub warunki atmosferyczne temu nie sprzyjają, to akcja zostaje zakończona. Jeżeli istnieją przesłanki, że ta osoba mogłaby przeżyć w danych warunkach w wodzie, to akcja zostaje wznawiana - wyjaśnia dziennikarzom Goeck, dodając, że akcję zakończono 10 minut po północy i faktycznie już potem nie wznowiono.

RadioZET.pl/Gazeta.pl/MP