Słuchaj
Mateusz Ptaszyński, Marcin Sońta
Michał Korościel
Damian Michałowski, Ewelina Pacyna
Redakcja Radia ZET
Sprawdź co graliśmy

Teraz gramy

Trucking fot. Pixabay

Życie na TIR-ach, czyli jak to robią kierowcy największych samochodów? [REPORTAŻ]

17.01.2018

Wymieniając zalety tego zawodu mówią zgodnie: podróże. Obok profitów muszą się jednak liczyć z długimi godzinami (i dniami) spędzonymi na granicy, użerać z notorycznym przecinaniem plandek i przygotować się na wielotygodniową rozłąkę z bliskimi. Dla kierowcy ciężarówki kabina samochodu to drugi dom. Tam – oprócz pracy – jedzą, śpią, myją się i w końcu – odpoczywają. Trudności zawodu ma rekompensować dobra pensja i – przede wszystkim – możliwość zwiedzania świata. W końcu nigdy nie wiadomo czy weekendowy postój nie będzie początkiem wycieczki do pięknego, choć niepozornego miasteczka gdzieś głęboko w Szwecji.

„Wiem tylko, że dziś wyjeżdżam. Co mnie czeka dalej: dowiem się na miejscu”

- Zaczynałem jeszcze za komuny. W sumie jeżdżę już ponad trzydzieści lat – mówi Grzesiek. Zawsze interesował się dużymi samochodami. Przyznaje, że praca kierowcy to jego marzenie z dzieciństwa. - Zawsze mnie ciągnęło w dłuższe trasy. Jeździłem „żukiem”, „starem”, „nysą”, a potem wreszcie przyszły wielkie ciężarówki. Najpierw kursowałem po kraju między miastami, potem już za granicę.

Grzesiek jest po 50-tce. Uwielbia być w trasie i choć próbował wielu zajęć to zawsze wracał za kółko. Początkowo jeździł głównie na wschód: Rosja, Ukraina, Mołdawia, Litwa, Łotwa. Potem miał przerwę w jeżdżeniu i imał się różnych zajęć. Ciągnęło go jednak z powrotem na trasę. - Jak jestem w domu dłużej niż tydzień, to zaczyna mnie nosić – przyznaje kierowca. Do zawodu powrócił po kilku latach. Już po tym, jak Polska przystąpiła do układu z Schengen. Europa stała przed nim otworem. Najdalej był w Moskwie. Teraz jeździ głównie na północ. Jak sam mówi, zakochał się w Skandynawii. – Drogi są lepsze, jeździ się płynnie, prostymi odcinkami i mniejszym nakładem sił - wymienia kierowca.  

Grzesiek lubi jeździć po Skandynawii z jeszcze jednego względu. Czuje się tam bezpiecznie. Wcześniej spotykał się z próbami kradzieży. – iałem kilka razy przeciętą plandekę. Kiedyś, jak spałem na parkingu, to ktoś okradł kierowcę busika zaparkowanego koło mnie. On spał w tzw. „kurniku”, a w tym czasie złodzieje zabrali mu dokumenty i ubrania z kabiny – opowiada.

„Jakbym siedział w lokomotywie”

Grzesiek pamięta swoje pierwsze momenty w ciężarówce. – Przesiadłem się ze „stara” do ciężarówki z naczepą. Kiedy spojrzałem w lusterka, to miałem wrażenie, że siedzę w lokomotywie i mam za sobą sznur wagonów. Niesamowite wrażenie – opowiada. – Trzeba było się błyskawicznie przyzwyczaić do gabarytów. Szybko trafiłem na szefa, który stwierdził, że skoro mam prawo jazdy to znaczy, że umiem jeździć. Dostałem dokumenty, adres, więc odpaliłem maszynę i pojechałem – mówi. – Prowadzenie takiej maszyny to fajne uczucie. Wszystko widzisz z góry – dodaje. Grzesiek podkreśla jednak, że jazda tak wielka maszyną ma też swoje wady. – Mamy ograniczoną widoczność po bokach. Dlatego trzeba cały czas patrzeć w lusterka i pamiętać o pewnych rzeczach. Przykładowo: muszę pamiętać, kiedy jakiś samochód przejechał po mojej prawej stronie, bo potem tracę je z oczu. Czy już przejechał, czy może jest przy prawym kole, a ja go wtedy nie widzę, bo znajduje się w tzw. „martwym polu”. Trzeba ciągle być uważnym – dodaje.

Grzesiek fot. Facebook/Podróże i nie tylko

Samochód jest wszystkim: sypialnią, kuchnią, łazienką, miejscem pracy i odpoczynku. – Śpimy, jemy i pracujemy w samochodzie. Mam tam lodówkę, garnki, butlę gazową, więc mogę wozić jedzenie, kawę, herbatę. Wolę mieć swoje rzeczy. Codzienne stołowanie się na mieście byłoby kosztowne. Tak samo z noclegiem w hotelach – mówi.

Planowanie? Zapomnij!

Grzesiek przyznaje, że specyfika pracy sprawia, iż nie może praktycznie nic zaplanować. – Spedycja wysyła zlecenie transportowe do szefa. On do mnie dzwoni i mówi, że jest wyjazd. Np. wiem, że dziś wyjeżdżam i płynę promem do Szwecji z towarem – wyjaśnia. – A dalej nie wiem, co i jak. Dopiero tam na miejscu dostaję sms-a ze wskazówkami, jaki jest plan. Mam dwie opcje: albo dowiaduję się, gdzie jest następny załadunek, albo wysyłam informację, że samochód został rozładowany i czekam. Czasem godzinę, a czasem nawet dobę. Rządzi spedycja i nie mowy o wielkim planowaniu z wyprzedzeniem – tłumaczy.

Czasami czuć nerwówkę. Chodzi o sytuacje, kiedy kierowca ma zaklepane kursy jeden po drugim i jedno spóźnienie generuje kolejne, już u innego zleceniodawcy. – Zdarza się, że kierowca musi przyjechać i rozładować towar, a tu nagle nie ma miejsca pod rampą, bo coś stoi, a on wie, że już powinien jechać dalej, bo czeka zlecenie – mówi.  – Ja pracuję w trochę innym systemie, czyli tam i powrotem. Zwykle mam wystarczający czas na dojazd i nie muszę się denerwować: jadę, potem wracam i znowu jadę – tłumaczy. – Najdłuższy wyjazd zajął mi 3 tygodnie. Jechałem z Warszawy do Szwecji i potem wracałem do Polski, ale nie domu, tylko np. do Gdańska, Wrocławia, potem do Czech, potem znów do Szwecji i tak się kręciłem tam i z powrotem – mówi.

Długie postoje na granicy

Grzesiek nie ma wątpliwości: tę pracę trzeba lubić. Inaczej wszelkiego rodzaju poświęcenia są ciężkie do zniesienia. Mężczyzna pamięta swój pierwszy wyjazd zagraniczny: to były dopiero emocje! – Pojechałem na Litwę pod koniec lat 90-tych. Nie miałem pojęcia, jak wyglądają odprawy celne. Dojechałem na granicę kompletnie zdezorientowany. Nie wiedziałem, gdzie coś załatwić, bałem się podchodzić to tu, to tam, nie wiedziałem, czy dobrze wypełniłem dokumenty – opowiada. Na szczęście na pomoc przybyli koledzy po fachu. Wytłumaczyli co trzeba i wskazali miejsca, do których trzeba się udać. Emocji dostarczyła też sama odprawa celna. – Jak celnicy zobaczyli mój puściutki paszport bez pieczątek to dopiero mnie wzięli  obroty. Pamiętam to do dziś – wspomina z uśmiechem.

Grzesiek miał wiele przygód na granicy, jeszcze w czasach gdy jeździł głównie do Rosji. – Wiozłem kiedyś elektryczne szczoteczki do zębów do Moskwy. Na Białorusi okazało się, że brakuje mi jakiegoś certyfikatu na elektronikę. I tak oto, czekając na dokumenty, spędziłem tydzień na granicy białorusko-rosyjskiej – mówi Grzesiek. – Bezczynność była najgorsza. Chodziłem, dopytywałem celników, czy już mogę wrócić do kolejki i z powrotem wracałem do samochodu. Użerałem się też z pogranicznikami, bo nie podobało im się miejsce, w którym stałem. Chcieli mnie nawet cofnąć na Białoruś. No ale ostatecznie jakoś się udało – kwituje.

Nerwowe sytuacje rekompensują podróże. Bo to podróże były i są główną motywacją do jeżdżenia. – Tego lata, kiedy przyjechałem na rozładunek w Szwecji okazało się, że firma jest zamknięta i muszę czekać do poniedziałku. Wiadomo, ze byłem trochę wkurzony. Jednak zaparkowałem samochód i postanowiłem zwiedzić okoliczne miasteczko. I to była chyba najlepsza decyzja, jaką mogłem podjąć. Piękna pogoda, świeciło słońce, a ja chodziłem uliczkami miasta i podziwiałem szwedzką zabudowę. Z miasteczka trafiłem do lasu. Tam znalazłem się nad pięknym jeziorem. Zobaczyłem przycumowaną łódkę i Szweda, który majstrował coś przy domu. Zagadałem do niego i zapytałem, czy mogę pożyczyć łódkę. On się trochę zdziwił, ale bez problemu się zgodził. Popływałem po jeziorze, zobaczyłem kilka małych wysepek, no było pięknie. Dzięki takim miłym chwilom weekend na postoju szybko minął.

Zdaniem Grześka to właśnie bezczynność i czekanie są najbardziej męczące. – Jak jadę, to zawsze coś się dzieje i jest adrenalina – tłumaczy. Zgodnie z przepisami kierowca może jeździć 9 godzin dziennie, 2 razy w tygodniu można ten czas przedłużyć do 10 godzin. W tym czasie kierowca musi sobie zrobić przynajmniej jedną 45-minutową przerwę. Łączny czas pracy (jazda, odpoczynki, załadunki, rozładunki) nie powinien przekroczyć 13 godzin. Pracując sześć dni z rzędu kierowcy przysługuje 45 godzin wolnego. – Przerwa może być skrócona do 24 godzin i tak się najczęściej dzieje. Brakujące godziny muszą być odebrane najpóźniej w trzecim tygodniu pracy. – Zwykle robi się tak, że jak się zjeżdża na bazę, to do tych 45 dokłada się brakujące 21, wtedy stoimy 66 i mamy więcej czasu w domu – mówi.

Grzesiek fot. Facebook/Podróże i nie tylko

Będąc kierowcą nie da się uciec od chorób zawodowych. – W pierwszej kolejności wymieniłbym popsuty kręgosłup. Sam się skarżę na bóle pleców. Grozi nam też utrata wzroku, bo cierpią oczy. Często jeździ się nocą, gdy jest słaba widoczność i światła samochodów z naprzeciwka oślepiają – mówi.

Przez wieczną rozłąkę cierpi też życie prywatne. Jak dbać w takiej sytuacji o więzi rodzinne? – Do dzisiejszego dnia nie mam pojęcia – odpowiada Grzesiek. – Wyszedłem z założenia, że żona i tak pracuje w tygodniu, więc najlepszym układem byłyby wyjazdy od poniedziałku do piątku. Wtedy mielibyśmy dla siebie wolny weekend. Niestety w transporcie jest to często niemożliwe, nawet przy jeździe na krótkich trasach – mówi. – Ja jestem typem podróżnika,  lubię sobie gdzieś dalej pojechać i zwiedzać. No jest ciężko. Potrzeba dużo zrozumienia ze strony domowników – stwierdza. – Bywało tak, że miałem wracać w sobotę, a okazywało się, że musiałem jechać w inne miejsce. Na szczęście moja druga połowa jest na tyle wyrozumiała, że nie chce mnie przynajmniej stresować i rozumie. Chociaż wszystkiego mi nie mówi, to wiem, że w środku przeżywa swoje – dodaje. Grzesiek ma jednak zasadę: nie pracuje ani w Święta ani w Sylwestra. Tak sobie ustalił.

„Nie wytrzymasz za kółkiem, jeśli tego nie kochasz”

Pomimo trudnych momentów Grzesiek nie żałuje, że został kierowcą. – Ja zaczynałem w trochę innym systemie. Wyobrażałem sobie, że będę jeździł daleko, a okazało się, że na początek  zatrudnili mnie w Warszawie: jeździłem po pocztach albo roznosząc towar po sklepikach. Od czegoś trzeba było zacząć – opowiada. – Myślałem, że będzie jak na filmach, kiedy kierowcy przemierzają tysiące kilometrów po Stanach czy Australii. Ale już swoje zwiedziłem, więc nie narzekam. Przejechałem już pewnie miliony kilometrów – mówi.

Grzesiek jest pewien, że bez pasji i miłości do tego zawodu długo się za kółkiem nie wytrzyma. – Życiowy optymizm i cierpliwość: to trzeba mieć w sobie – wymienia. – Ostatnio w CB radiu ktoś szukał jakiejś informacji i nie mógł uzyskać odpowiedzi. Inny się zdenerwował i zaczęli przeklinać. W końcu i ja się włączyłem. Wziąłem mikrofon i mówię: słuchajcie, mamy poniedziałek rano, piękne słońce, uśmiechnijcie no się trochę! I wiadomo, ktoś tam zaklął, ktoś odpowiedział, ale generalnie atmosfera się rozluźniła – mówi.

Trudniej się skupić na pracy. jeśli w domu zostawiło się problemy i niedokończone sprawy. Z tym też trzeba sobie jakoś radzić. - Ja się w tym zawodzie nauczyłem, że jak wyjeżdżam w trasę, to wszystkie troski zostawiam za sobą. Nie chcę o tym myśleć. Już nawet żonie mówię, że jak się zdarzy jakaś pierdoła, typu przepalona żarówka, jak coś się zepsuje, to niech mi o tym nie mówi. Chcę mieć spokojną głowę – mówi.

„Mam swoje sposoby na trzymanie kierownicy i zmianę biegów”

- Ludzie z rękami mają od kogo podpatrzeć triki, jak coś robić. Ja muszę zawsze wymyślać swoje własne sposoby. To mój jedyny problem – mówi Cezary Kopiczko, lat 26.

Czarek urodził się bez rąk. Nie przeszkodziło mu to jednak zostać kierowcą ciężarówki. Jeździ bez protez i jest całkowicie samodzielny na trasie. Jeszcze jako mały chłopiec wyrobił sobie techniki uchwytu, które teraz wykorzystuje w pracy. Czy było ciężko? – Ja tego tak nie postrzegam. Nie mam rąk od urodzenia, więc to dla mnie naturalna sytuacja – mówi.

Czarek jeździ też motorem i przesiadkę do samochodu nazywa „relaksem”. – Wsiada się i jest elegancko. Działa wspomaganie, są automatyczne skrzynie biegów - wymienia.

- A jak to jest z dużą kierownicą? – pytam.

- Duża jest nawet lepsza niż te mniejsze w osobówkach. Im większy promień skrętu, tym lżej się nią kręci – wyjaśnia Czarek.

Jak można dobrze jeździć bez rąk

Czarek wielokrotni powtarza, że wiele rzeczy po prostu robi na wyczucie. – Człowiek, który ma dłoń, chwyta nią rzeczy. Ja wiele rzeczy robię na tarcie i ścisk. Mam swoje własne sposoby na trzymanie kierownicy i zmianę biegów – tłumaczy. 26-latek sam zapina towar, otwiera naczepę i robi wszystkie inne rzeczy „dookoła” jazdy. – Często podchodzą do mnie ludzie i z ciekawości przyglądają się, co i jak. Ja raczej nie podpatruję, jak coś robią inni. I tak nie mogę ich naśladować, nie powtórzę ich ruchów - kwituje.

Motoryzacja od dziecka była pasją Czarka. Zawsze miał w swoim otoczeniu duże samochody, znał kogoś, kto był kierowcą, był blisko firm przewozowych. Ciężarówkami zaczął jeździć w wieku 21 lat.

Czarek fot. Archwium prywatne

Czarek rozumie, że jego niepełnosprawność budzi ciekawość, a ludzie czasem nie dowierzają. Przyzwyczaił się. – Spotykam się zwykle ze zdziwieniem, ale też zawsze dostawałem szansę. Kierownik myślał: „Dobra, jak przyszedł, to chcemy zobaczyć, jak sobie radzi”. Jak stwierdzili, że jestem dobry, to mnie zatrudniali - opowiada.

Sam przyznaje, że teraz jest łatwiej, bo ludzie go kojarzą. Stał się całkiem rozpoznawalny. Zanim to się stało musiał przejść szereg formalności, testów i przekonać do siebie ludzi, którym w głowie się nie mieściło, że bez rąk można tak dobrze jeździć.

Paradoksalnie Czarkowi najwięcej problemów przysporzyła samo zapisanie się na kurs prawa jazdy. Początkowo lekarz nie chciał wydać potrzebnej zgody, a jego formę fizyczną musiała ocenić specjalna komisja. Droga medyczna była długa, ale w końcu się udało.

- Po pewnym czasie instruktorzy przyznawali, że na początku bali się ze mną jechać. Nie byli pewni. Ostatecznie stwierdzili: „Dobra, niech spróbuje pojeździć na placu w przód i w tył”. Potem szliśmy dalej aż w końcu zobaczyli, że sobie radzę, oswoili się z tą sytuacją i wiedzieli, że mogą wsiąść ze mną do ciężarówki – mówi Czarek. Potem już w okolicy ludzie kojarzyli, że jeżdżę motorem i osobówką, więc się przyzwyczaili – dodaje.

26-latek ma za sobą krótki epizod pracy w Anglii. Tam był anonimowy, a zatem znowu musiał mierzyć się z ludzkim niedowierzaniem. – Pracodawca zlustrował mnie od góry do dołu i był w szoku, kiedy powiedziałem, że chcę jeździć – opowiada. – Potem zaniemówił, jak zobaczył człowieka bez rąk płynnie radzącego sobie z pojazdem. Dał mi szansę i dostałem pracę - dodaje.

Sylwester w Moskwie, wycieczki do Paryża

O wszystkich swoich przygodach Czarek mówi bez patosu i luźno. Nie widzi w swoich umiejętnościach nic niesamowitego.  – Najważniejsze to się nie bać porażki. To żaden wstyd sobie nie poradzić. Ale warto próbować.  Lepiej coś zrobić źle niż nie zrobić wcale. Tak podchodzę do życia: najwyżej powiedzą mi „nie” – tłumaczy.

Na pytanie o trudy pracy odpowiada ze śmiechem „brak”. A potem precyzuje: - Wszystko zależy od nastawienia. Wiedziałem, że chcę podróżować. Dlatego zostałem kierowcą, a nie np. elektrykiem. No ale trzeba się mentalnie nastawić, że czasu na życie rodzinne będzie niewiele albo w ogóle - mówi. Sam ma ograniczony czas na bycie z bliskimi, ale podkreśla, że się tego spodziewał, a zatem nie smuci się bez powodu. Dlatego skupia się na pracy i zwiedzaniu. Na życie prywatne przyjdzie czas.

W pierwszą podróż ciężarówką pojechał do Petersburga. To był też jego pierwszy tak długi wyjazd w ogóle. – Prawdziwa przygoda. Odprawy, procedury: wszystko było nowe. Na początku pytałem się innych, jak sobie poradzić. Wszyscy byli bardzo mili, no i oczywiście zaskoczeni, że jeżdżę. Mówili, że znają ludzi, którzy mają mniejsze problemy, a jakoś nie umieją przestać narzekać – opowiada.

Również celnicy przecierali oczy ze zdumienia. Teraz już kojarzą Czarka. Nigdy jednak nie robili żadnych problemów. – Raczej zagadywali, chcieli się dowiedzieć co u mnie, jak sobie radzę. Osobiście spotykam się głównie z życzliwością. Nie pamiętam negatywnych reakcji – mówi.

Czarek fot. Archiwum prywatne

Czarek wyznaje zasadę: „Jeśli nie mam na coś wpływu, to się nie przejmuję”. Dotyczy to zarówno spędzania świąt za kółkiem, jak i kolejek na granicy. – Kiedyś stałem 2-3 dni na granicy, bo był jakiś problem z dokumentacją. Tak to jest, papiery przechodzą przez wiele rąk, jedna firma czegoś nie doda, druga zapomni, a my wtedy musimy czekać na odprawę. Niby wszystko idzie pocztą elektroniczną, ale i tak jest wymagana wersja papierowa we wszystkich możliwych językach – żartuje 26-latek.

Innym razem musiał czekać kilka dni na odprawie przed Moskwą. – Wyszło tak, że nas nie odprawią, bo urząd celny kończy pracę i musieliśmy czekać do przyszłego tygodnia – mówi Czarek. – Początkowo byliśmy przygnębieni, bo znaleźliśmy się w szczerym polu, daleko od miasta. Na szczęście dowiedzieliśmy się tą trasa regularnie jeździ autobus do Moskwy. Zwiedziliśmy więc miasto, widzieliśmy defiladę na głównym placu. Naprawdę fajne wakacje nam się trafiły – śmieje się kierowca.

Czarek ma już za sobą Święta i Sylwestra spędzone w trasie. – Święta spędziłem w Rosji. Tam obchodzą Boże Narodzenie później, więc nawet nie poczułem, że coś mnie omija. Myślę, że gdybym pracował wtedy w Polsce czy gdzieś na Zachodzie to noce na postoju byłyby ciężkie – mówi. – Innego razu trafiłem na zabawę sylwestrową w Moskwie i widziałem świetny pokaz fajerwerków. Takie rzeczy się pamięta – dodaje z uśmiechem.

Samochód – drugi dom

Czarek zawsze stara się przeanalizować sobie trasę pod kątem zwiedzania. – Sprawdzam, jak najłatwiej dojechać do danego miejsca i w tej okolicy szukam parkingu. Tak zwiedziłem większość dużych miast europejskich. Wiadomo, że ktoś krzyknie, że drogo. Ale wszystko da się zaplanować – mówi. – Oczywiście można po prostu włączyć nawigację jechać przed siebie, kłaść się spać i od nowa. Ale ja tak nie lubię - przyznaje. Towar musi być dostarczony zwykle na konkretny dzień, nie ma wymogów godzinowych. - W takiej sytuacji nie zrobię sobie całodniowej pauzy, ale mogę przedłużyć pauzę do dwóch godzin i np. zwiedzić zamek, który zauważę po drodze - mówi.

Czarek pracuje w cyklu od poniedziałku do piątku i na weekend wraca do domu. Takie zasady panują, kiedy jeździ się na Wschód. Wyjazdy za Zachód odbywają się w cyklach 3 tygodnie pracy + 1 tydzień odpoczynku. – Jeżdżąc do Rosji wszystko mam zaplanowane. Przychodzę do biura, znam trasę i wiem mniej więcej skąd mam wziąć ładunek powrotny. Jak wyjadę we wtorek to też zwykle nic się nie dzieje. Najwyżej wrócę w sobotę – mówi.

Samochód staje się drugim domem. Można się w nim odświeżyć, umyć żeby, zjeść śniadanie wypić kawę, no i oczywiście wyspać się. Niektórzy mają w kabinach mikrofalówki, często spotyka się tez butle z gazem. Przed jazdą trzeba jeszcze sprawdzić plandekę i ocenić, czy nie było prób kradzieży. Czasami się zdarzają. – Kiedyś ukradli mi paliwo. Ale co mam wtedy zrobić? Zgłaszam na policję i jadę dalej. Wszystko jest ubezpieczone i nie ma sensu się wdawać w kłótnie ze złodziejami – mówi.

Ciężarówkami coraz częściej jeżdżą też kobiety. Sam Czarek szkolił swoje koleżanki w firmie. Mężczyźni reagują różnie, to zależy od człowieka. – Niektórzy zachowują się w porządku i traktują kobiety po prostu jak koleżanki z pracy. Inni się dziwią i mogą palnąć głupim tekstem o „babie za kierownicą” – przyznaje. – Jedna z moich koleżanek była zaczepiana podczas podróży do Francji. Kierowcy chcieli z nią sobie robić zdjęcia i we wszystkim jej pomagać - podaje przykład.

Jeździć ciężarówką trzeba lubić. Ale nawet wielcy amatorzy motoryzacji mogą odczuwać zmęczenie materiału. – Po jakimś czasie przychodzi zmęczenie, szczególnie mentalne. Wtedy trzeba wyjść na spacer, odetchnąć i trochę się zrelaksować – radzi Czarek. 26-latek planuje jeździć do 30-stki. Potem przyjdzie czas na stabilizację, także w życiu prywatnym.

„W Kazachstanie goniły mnie wielbłądy”

- Zadzwonił do mnie człowiek z firmy przewozowej i mówi, że jego kierowca złamał rękę. Trasę zaplanowano Hiszpanii. Powiedziałem, że nie ma problemu, mogę jechać. I tak pojechałem w swoją pierwszą podróż ciężarówką – mówi Paweł, kierowca z Legionowa.

Z budowy za kierownicę

Zanim Paweł zaczął jeździć pracował na budowie. Murował ścianę, kiedy zadzwonił telefon. Firma, która nie chciała zatrudniać kogoś bez doświadczenia (dopiero odebrał papiery) ostatecznie była zmuszona zaangażować kogoś w ostatniej chwili ze względu na kontuzję swojego pracownika. Paweł nie wspomina jednak tej podróży najlepiej. – Samochód był mały, a kierowca, ten ze złamaną ręką, nie był zbyt miły. Pojechałem jako jego pomocnik. Kiepsko się przygotowałem, nie miałem pieniędzy, a pod koniec trasy to już głodowałem – wyznaje.

Paweł daleki jest jednak od narzekania. Bije od niego optymizm i życiowy luz. – Nie no, aż tak źle to nie było – dodaje po chwili. – Wiadomo, że jak człowiek całe życie nigdzie był, to jak się pojechało do Hiszpanii, to to było coś - mówi. Jednak podczas pierwsze podróży nie było okazji do zwiedzania. Zabrakło czasu.

Teraz Paweł pracuje u niemieckiego przewoźnika i jeździ głównie na Zachód: Niemcy, Francja, Belgia, Holandia. - W niedzielę jadę do Niemiec, wieczorem ładuję towar, dostaję zlecenie i się zaczyna. Jeszcze nie wiem, gdzie będę jechał. Po tylu latach to już jestem raczej takim trybikiem – mówi.

Paweł przyznaje, że gdyby miał wybierać to wolałby jeździć na Wschód. – Tam jest spokojniej. Nikt się nie spieszy. A tutaj wiadomo, że nikt nie powie, żebym przegiął czas pracy, go wykorzystają w 100 proc. To, co jest ich, to zabiorą wszystko. Ale wiadomo, to inne pieniądze – ocenia pracę „na Zachodzie” Paweł. Wymienia też jej zalety. – Tak naprawdę, to pierwszy raz, kiedy mogę sobie cokolwiek zaplanować, to tutaj, u Niemca. Mam normalnie grafik, 3 tygodnie pracy, tydzień w domu, już wszystko wiem – mówi.

„Zwijasz graty i jedziesz”

Wcześniej tak nie było. – Był telefon, zwijaj graty i jedziesz – śmieje się Paweł. – To mogło być wszędzie, maksymalnie w odległości jak np. z Warszawy do Moskwy. Ale trasa głęboko w Rosję czy do Kazachstanu musiała być odgórnie ustalona z szefem, który sprawdzał, czy kierowca chce w ogóle tam jechać – tłumaczy. 

Nie każdy jest gotowy na niespodzianki, jakie wiążą się z daleką trasą. Jak mówi Paweł, jeżdżąc na Wschód na granicy można było stać i 4 godziny, i 2 dni. Niezależnie od tego, czy była kolejka, czy nie. – W Ałmacie, w Kazachstanie kiedyś czekałem 10 dni na odprawie. To był 2005 rok – mówi Paweł o swoim najdłuższym postoju – Postawili mnie z Irańczykiem razem na parkingu gdzieś tam w krzakach. I tak we dwóch byliśmy. O 16 wszyscy szli do domów, nikt nam nie chciał powiedzieć kiedy coś tam załatwią, kiedy stamtąd wyjedziemy. Tak, że do 16 czekaliśmy, a potem już było za późno, żeby iść na miasto. Więc sobie szedłem, a to ja do Irańczyka, a to on do mnie i się porozumiewaliśmy na migi - dodaje.

Paweł fot. Archiwum prywatne

To była jego jedna z najdłuższych tras. Druga to podróż do Nowokuzniecka. – Cały kurs, razem ze staniem, zajął ok. miesiąca. Fajnie, bo można sobie tak ułożyć pracę, że jedzie się w dzień, wieczorem się staje, na wszystko jest czas – opowiada Paweł.

Wspomnień z trasy ma tyle, że trudno zliczyć. – W Kazachstanie goniły nas wielbłądy. Jechaliśmy przez pustynię i zobaczyliśmy wielbłądy. Nikomu nie przyszło do głowy, że są niebezpieczne. Podeszliśmy do nich, robimy zdjęcia, a one biegną w naszą stronę. Mój kolega do samochodu uciekł, ja między naczepę a kabinę – relacjonuje. Na szczęście skończyło się na strachu. Całą historię Paweł wspomina z uśmiechem. To zawsze jakaś przygoda, a on przecież zaczął jeździć nie tylko ze względów finansowych. Podobnie jak wielu innych kierowców, ciągnęło go do podróżowania.

Pocięta plandeka i próby kradzieży

Nie da się jednak uniknąć nieprzyjemnych sytuacji na trasie. – Raz na Łotwie próbowali mi ukraść paliwo. I potem przez parę lat w sumie było spokojnie. Jednak kilka lat temu, kiedy jeździłem do Szwecji, zauważyłem, że tam regularnie mi cięli plandeki.  Jak się przystanęło na takim bardziej odludnym parkingu i na godzinkę oko przymknęło, to można było być pewnym, że plandeka już jest pocięta – mówi. W takiej sytuacji nie ma co jednak zgrywać chojraka. – Bronić się? Absolutnie! – twierdzi stanowczo Paweł. - Cieszyć się, że nic się nie stało albo, że nic nie ukradli. Potem się dzwoni do szefa, że trzeba skleić plandekę i tyle. Gdyby mnie zaczęli okradać, to się zamykam w kabinie i tyle. Nie będę do nich wychodził i bronił towaru, przecież i tak jest ubezpieczony – tłumaczy.

Kabina to nie tylko wentyl bezpieczeństwa w obliczu nieprzyjemnych sytuacji. Kabina jest dla kierowcy wszystkim. Kuchnią, łazienką, sypialnią. – Jedzenie na mieście jest niepraktyczne. Za każdym razem jest się w innym miejscu, nie wiadomo czy dany bar jest dobry, czy drogi, czy dają duże porcje. A w aucie po prostu wyciąga się gary i zaraz jest zrobione - tłumaczy Paweł. To bardziej praktyczne. Podobnie jak spanie w samochodzie. Szukanie hotelu i przenoszenie swoich rzeczy to dużo czasu – dodaje.

Paweł fot. Archiwum prywatne

Lodówkę ładuje się do pełna. Jedzenie jest wyliczone – w zależności od jej rozmiarów. Sprawdzają się konserwy. Podstawową toaletę też można robić w samochodzie. Jest bańka z kranikiem – można myć zęby. Wozi się miskę i jest szansa na szybkie odświeżenie się. Jak się jeździ kilka lat, to wie się, gdzie są normalne prysznice. – W Rosji spotykałem się z prysznicem-zbiorówką. Jedna wielka sala i kupa chłopów. Nie każdemu to pasuje – śmieje się.

Na postojach nie ma integracji

Paweł przyznaje, że praca kierowcy uczy luzu i cierpliwości. - Nie trzeba się przejmować – mówi. – Coś w tym jest, że trzeba lubić jeździć, lubić tę pracę. Inaczej się długo za kółkiem nie wytrzyma. Nie ma sensu się przejmować wszystkim, ani się więcej nie zarobi, ani nie pomaga – podsumowuje.

W branży nie ma rywalizacji, ale nie ma też wielkich przyjaźni. – Kiedyś się zagadywało na postojach, teraz są komputery, komórki. Starsi kierowcy narzekają, że młodzi nie wychodzą z samochodów, tylko zasłaniają się firankami i siedzą z nosem w telefonie – utyskuje Paweł. – Ciekawego człowieka to się jeszcze posłucha, a jak się wychodzi i słyszy się to samo narzekanie: samochód się zepsuł, szef kiepski nie zapłacił, to się odechciewa – twierdzi.

Kiedy Paweł przestanie jeździć ciężarówkami? Na razie nie ma tego w planach. – Pewnie dopóki nie trafi mi się nic lepszego. To kwestia motywacji finansowej – przyznaje. – Próbowałem kilka razy przestać jeździć, pracowałem na budowie, ale zawsze kończyła się kasa i się wracało do jeżdżenia – dodaje.

„Jeżdżę już tak długo, a ludzie nadal się dziwią, gdy widzą kobietę za kierownicą”

- Zawsze byłam wygodna, a życie w trasie to jednak życie ekstremalne, wyrzeczenie się absolutnie wszelkich komfortów – rozpoczyna swą historię Iwona Blecharczyk, znana jako „Trucking Girl”.

Choć liczba Polek jeżdżących ciężarówkami stale wzrasta to pani Iwona wciąż jest rodzynkiem w środowisku. Specyficzny zawód przyniósł jej sporą rozpoznawalność. Jest też bardzo aktywna w mediach społecznościowych: posiada własny fanpage na Facebooku, konta na Snapchacie i stronę internetową, na Instagramie śledzi ją ponad 40 tysięcy użytkowników, a na YouTube doczekała się 161 tys. subskrybentów (zaś jej filmiki osiągają wynik kilkuset tysięcy wyświetleń).

Zaczęło się od busa

Nie, to nie będzie sentymentalna opowieść o motoryzacyjnej pasji, przekazywanej z pokolenia na pokolenie. – Jestem pierwszym zawodowym kierowcą w rodzinie – wprost wyznaje pani Iwona. – Owszem, spędzałam sporo czasu z tatą w garażu, interesowały mnie samochody. Ale lubię też gotować, szyć, jestem ukierunkowana w wiele stron.

Zaczynała na początku studiów. Jej ówczesny chłopak miał busa, którym jeździł do Anglii, wożąc tam ludzi i paczki. Iwona jeździła z nim – najpierw dla towarzystwa, a następnie zmieniając go za kierownicą. W końcu pewnego dna wyjechała w trasę sama. Przez jakiś czas w ten sposób funkcjonowała – w ciągu tygodnia studiując, a w weekendy poświęcając się pracy.

Studiowała anglistykę, co zaowocowało później epizodem nauczycielskim. Szybko jednak zrozumiała, że pedagogika nie jest jej powołaniem. – Bardzo męczyłam się w tej pracy – kwituje.

Przełomowa decyzja, a potem…cisza

W 2011 roku podejmuje przełomową dla swojego życia decyzję: wraca za kierownicę! Ale już na poważnie, bez półśrodków. Robi kurs na kierowcę ciężarówki, zdobywa stosowne uprawnienia, rozsyła mnóstwo CV, po czym….następuje grobowa cisza.

- Miałam spory problem ze znalezieniem pracy, ponieważ zapotrzebowanie na kierowców było wtedy znacznie mniejsze. Nie miałam doświadczenia, kobiety wtedy jeszcze raczej nie jeździły, więc wielu potencjalnych pracodawców z góry mnie przekreślało. Wysyłałam CV, dzwoniłam, ale nikt mnie nie chciał, ponieważ byłam kobietą – żali się.

Tylko nie praca za biurkiem!

Stagnacja trwała dobrych kilka miesięcy, aż w końcu, pod koniec listopada znalazła zatrudnienie w belgijskiej firmie logistycznej H. Essers. Choć nie ukrywa, że musiała wywalczyć sobie możliwość jeżdżenia na „gabarytach”, ponieważ z początku – tropem pozostałych firm – zaproponowano jej etat w biurze.

- Na początku jeździłam na krótkie dystanse, po Niemczech i krajach Beneluksu. Bardzo ciężka praca, 15 godzin non stop i tak codziennie. W końcu jednak firma mi zaufała i wysłała mnie do Hiszpanii, konkretnie do Barcelony. To była wymarzona trasa – od tamtej pory praktycznie przez 3 lata większość czasu spędziłam jadąc z Belgii do Hiszpanii.

Iwona fot. Facebook/Iwona Blecharczyk Trucking Girl

Pierwsza wyprawa na Półwysep Iberyjski nie obyła się bez problemów. – Jechałam przez Francję i tam było bardzo wietrznie. W pewnym momencie wiatr zerwał mi plandekę z dachu. Naczepa z takimi wielkimi bokami spadła mi na autostradę, przez co na jakiś czas zablokowałam ruch – wspomina.

Groźni imprezowicze

W pracy kierowcy ciężko uniknąć niebezpiecznych sytuacji. Iwona tez się o tym przekonała.

- Dwa razy ukradli mi paliwo, w obydwu przypadkach we Francji – opowiada Iwona, zaznaczając, że udało jej się uniknąć tzw. sytuacji podbramkowych.

Zawsze też pozostawała przezorna: - Jak zatrzymywała się gdzieś na noc i czułam się niepewnie, to zakładałam dodatkowe zamki na drzwi od wewnątrz, aby nikt się nie włamał.

Prawdziwy strach poczuła jednak na parkingu w Niemczech. Kiedyś na jednym z parkingów w Niemczech przeżyła chwile grozy: - W nocy nagle się obudziłam i zobaczyłam, że kilka osób stało obok mojego auta, wspinając się po nim. Wezwałam policję, ale na szczęście ci ludzie odeszli. Potem okazało się, że obok była jakaś dyskoteka i oni po prostu przedłużyli sobie zabawę – relacjonuje.

- Ale wyciągnęłam wnioski z tej sytuacji i już potem nigdy w takich ryzykownych miejscach się nie zatrzymywałam – zapewnia.

Wymarzona Kalifornia

Rozmawiamy o tym wszystkim przez Whatsappa, ponieważ gdy kontaktowaliśmy się z Iwoną, to akurat od trzech miesięcy realizowała swoje największe zawodowe marzenie: jazdę za oceanem. Zaczęła od Kanady, gdzie łatwiej zrobić prawo jazdy i otrzymać dokumenty uprawniające do podjęcia pracy. – Żeby zrobić je w Stanach, musiałabym otrzymać zieloną, który mogłabym dostać np. po wyjściu za mąż za Amerykanina. A ślub z takich powodów nie wchodzi w grę – stanowczo stawia sprawę. 

W Kanadzie, a konkretnie w Montrealu, zatrudniona jest w firmie przewozowej. – Ale pozwolenie na pracę i generalnie wszelkie papiery musiałam sobie ogarnąć sama. Są oczywiście firmy, które ściągają pracowników z Europy, ale trzeba mieć kontakt do nich kontakt. I przede wszystkim, taka firma musi też chcieć ściągnąć takiego pracownika – tłumaczy.

Iwona zakwalifikowała się do międzynarodowego programu International Experience Canada i w jego ramach uzyskała pozwolenie. Jak sama potwierdza, każdy, kto

Zaczęła od kursów w obrębie miasta, teraz jeździ już w większe trasy po Kanadzie, ale też po USA (bo wyrobione dokumenty pozwalają jej podróżować ciężarówką na terytorium Stanów). Podczas naszej rozmowy, Iwona przejeżdżała akurat przez Nebraskę, wioząc „jakieś metalowe pręty” do Nevady. Następnym punktem na trasie jest wymarzona słoneczna Kalifornia. – Dopiero teraz czuję, że jestem w Stanach – przyznaje, nie kryjąc radości.

Pytam przy okazji czy sama musi dźwigać towary, które przewozi? – No właśnie nie. Ja mam właściwie tylko otworzyć drzwi, podjechać pod rampę, poczekać aż wyznaczone do tego osoby rozładują towar i poczekać aż się zaświeci zielone światło, podpisać papiery i odjechać – twierdzi, zaznaczając, że gdy jeździła po Europie to pracowała przy załadunku i rozładunku. Wspomina to jako niezwykle ciężką harówkę.

Nie daj boże na kawę!

- Tyle lat mija, a oni dalej się dziwią – to (okraszona śmiechem) odpowiedź na pytanie, o reakcje, jaką wywołuje widok pięknej blondynki za kierownicą ogromnego, wyposażonego w wielkogabarytowe towary, pojazdu. I od razu podkreśla, że zaskoczenie, połączone z – początkową przynajmniej – nieufnością, to nie tylko polska specyfika.

- Ludzie wszędzie reagują tak samo. Mówią, że to Polska jest zacofana, a prawda jest taka, że praktycznie w każdym rejonie Europy, gdzie jeździłam, robili wielkie oczy, jak mnie widzieli. Tutaj w Kanadzie, kiedy robiłam prawo jazdy, to też się dziwili, że jestem kierowcą. Zdarzało się, że nawet, że pytali „no dobra, ale gdzie jest kierowca?” (śmiech)

- Mam koleżankę, też kierowcę, która kiedyś przyjechała ciężarówką do firmy, z której miała odebrać towar. I firma wezwała policję – byli przekonani, że to oszustwo, że ona na pewno ma podrobione prawo jazdy. To było naprawdę ostre, aczkolwiek ona sama też trochę przesadziła, bo przyjechała w butach na obcasie (śmiech).

O ile do zmieszanych i zdziwionych mężczyzn, niedowierzających w kobietę-kierowcę, Iwona zdążyła się już przyzwyczaić, o tyle jest problem, który nadal spędza jej sen z powiek, mianowicie: plotki.

- Nie daj boże, jak się wypije kawę z jakimś kierowcą albo jak się siedzieć w jednej kabinie. Fajnie się z jakimś kierowcą rozmawia, a potem i tak się o sobie dowiaduję niestworzonych rzeczy. Dziewczyny w transporcie są opisywane, jeśli chodzi o rzekomy styl życia, czasem lepiej niż gwiazdy rocka – ironizuje.

Życie na walizkach

Dla Iwony uciążliwa jest również niestabilność mieszkaniowa – to, że nie ma tego jednego miejsca, do którego zawsze może wrócić, by odzyskać spokój ducha i równowagę.

- Teraz przestałam już wynajmować jedno mieszkanie w Montrealu, bo wyruszyłam w trasę i będę spać w ciężarówce. To dla mnie największa przeszkoda – trzeba się ciągle pakować, gdzieś wynosić, a ja tego po prostu nie lubię. Męczy mnie to, że ciągle się muszę gdzieś przeprowadzać. Wędruję, bez stałego miejsca, jak Cyganka – śmieje się.

Iwona fot. Facebook/Iwona Blecharczyk Trucking Girl

Czy tęskni za bliskimi? Oczywiście, że tak, ale nauczyła się radzić sobie z rozłąką poprzez technologię. – Na co dzień wcale nie odczuwam, że jestem wiele tysięcy km od Polski, bo cały czas mam kontakt z rodziną, z moimi przyjaciółmi przez wideorozmowy, Skype’a, Whatsppa. W czasie jazdy zakładam sobie słuchawki i jak np. mam pauzę albo jest załadunek towaru, to mam chwilę, żeby pogadać – uspokaja.

- W moim przypadku wszystko jest łatwiejsze. Gdybym miała męża i dzieci, to pewnie inaczej by to wyglądało – konstatuje. 

Po pierwsze: cierpliwość

Iwona ma też rady dla osób, które marzą o karierze za kierownicą.

- Na pewno cierpliwość i odporność na stres. Ludziom się zwykle wydaje, że taka praca to tylko siedzenie za kierownicą, a może przydarzyć bardzo dużo sytuacji stresowych przydarza i kierowca musi sobie z nimi radzić. A przy tym tak naprawdę liczyć na siebie – podkreśla.

Podstawą są także języki obce, których znajomość w duży stopniu ułatwia znalezienia lepszej pracy, osiągnięcie wyższych zarobków czy po prostu codzienną komunikację.

Jak sam przyznaje, z natury jest samotniczką, więc jej akurat ewentualny brak towarzystwa w podróży zupełnie nie przeszkadza.

Ale najważniejsze, to potrafić wyrzec się osobistych komfortów: - W większości prac tak jest, że człowiek ma jednak ten swój jeden dom, ten stały punkt zaczepienia – pokój, kuchnię, łazienkę, łóżko. No i kontakt z ludźmi – kiedy więc przydarzy się zły dzień, to może z kimś porozmawiać, podzielić się swoimi zmartwieniami. A kierowca kończy pracę i ma tylko tę swoją kabinę z łóżkiem, kuchenką gazową, lodówką. I nawet nie zawsze może normalnie zrobić zakupy, ponieważ w wielu miejscach w Europie TIR-y mają zakaz parkowania przed supermarketami, co sprawia, że trzeba dźwigać te siatki znaczną odległość – mówi.

Jazda jak nałóg

Pytam, czy te wszystkie – wspomniane powyżej – niedogodności bynajmniej nie odstraszają i nie zniechęcają jej do tej branży. Iwona natychmiast wtedy zaprzecza: - Zdecydowanie nie! Za bardzo to kocham.

I precyzuje: - Jak zaczynałam jeździć, to myślałam, że będę jeździć przez rok, a teraz już mija siedem lat. I to mnie właśnie zaskoczyło – że ten zawód tak bardzo wciąga, jak nałóg, z którym bardzo ciężko zerwać.

- Kierowcy mają tak, że jeśli w sposób skrajny nie tęsknią za rodziną, to raczej nikt z branży nie odchodzi. Musi być jakiś naprawdę mocny powód, żeby ktoś musiał zrezygnować z tej pracy. Ja go na razie nie widzę – podsumowuje.

Katarzyna Mierzejewska, Mikołaj Pietraszewski