Zamknij
Artur Sierawski
Nauczyciel historii Artur Sierawski
fot: Aleksandra Pucułek

Życie po szkole. "Szukałem niszy i wymyśliłem. Otworzę zakład pogrzebowy"

Aleksandra Pucułek
Aleksandra Pucułek Redaktor Radia Zet
18.11.2022 10:53

Ewa od września pracuje w muzeum, choć nie ukrywa, że serce zostawiła przy uczniach. Aneta w swojej firmie zatrudnia już 11 osób. Wciąż jednak mówi o sobie nauczycielka. Artur szukał niszy. Oprócz przedszkola i żłobka, założył zakład pogrzebowy. Teraz oferuje jeszcze usługi florystyczne i ogrodnicze. - Istnieje życie po szkole i to jest dobre życie – mówią zgodnie.

- Najpierw go tylko słyszałam. Potem okazało się, że rzeczywiście jest gdzieś w ścianie. Miałam szczura w klasie. Zgłosiłam dyrekcji, poprosiłam o deratyzację. Usłyszałam, że nie ma pieniędzy i najlepiej zamknąć salę, żeby on tam sobie zdechł. Konserwator z woźnymi potem go ścigały. W tym samym dniu mój brat opowiadał, że był w filharmonii i na kolacji z promotorem z uczelni. Wtedy powiedziałam sobie: chyba czas coś zmienić w swoim życiu - opowiada Ewa Ceran. Jak powiedziała, tak zrobiła.

Mogę do toalety?

Spotykamy się w sobotę. To jej jedyny dzień wolny. Ewa pracuje w Muzeum Kinematografii w Łodzi w dziale wydarzeń i promocji. Swój pokój dzieli jeszcze z jedną osobą. Nad biurkiem ma powieszone zdjęcie Franciszka Pieczki. Ale nie siedzi tylko przy komputerze. Obsługuje dyskusyjny klub filmowy, umawia wydarzenia. - Masę ciekawych ludzi poznaję. Niedawno prowadziłam prelekcję dla dzieciaków, czułam się jak ryba w wodzie – opowiada.

A najlepsze jest to, że o 16 po ośmiu godzinach kończy i o pracy może zapomnieć. Jeśli ma nadgodziny, następnego dnia może je sobie odebrać. To dla niej nowość. - I to, że mogę spokojnie zjeść, pójść do toalety, porozmawiać z kimś. To było dla mnie szokujące – mówi o pierwszych dniach w nowej pracy. - Na początku nie odchodziłam praktycznie od biurka. Przyszła w końcu do mnie kierowniczka, patrzy i mówi: a pani ma coś do jedzenia? Może pani iść do łazienki. Zrobiłam wielkie oczy i spytałam: mogę? - dziś się z siebie śmieje, ale wie, że to spadek po szkole.

Nauczyciel jest zazwyczaj tylko cztery, pięć godzin dziennie w szkole, ale wtedy, jak wspomina, cały czas pracuje. A to coś załatwia w sekretariacie, a to pilnuje dzieci. Nie było nigdy czasu na nic innego. - Ostatnio rano miałam lekarza. Też nie było żadnego problemu, żeby przyjść później, w szkole by to nie przeszło – przypomina sobie. Mówi dosyć głośno. - To też spadek po szkole. Jak odwiedzam moją siostrę, która pracuje w bibliotece, to zwraca mi uwagę, że się drę. Złapałam się też na tym, że jak teraz piszę maile, to punkt po punkcie wszystko wyjaśniam jak uczniom – opowiada.

Zarabiam mniej niż w szkole, ale jestem mniej zmęczona psychicznie

Po muzeum we wtorki, środy i czwartki Ewa udziela korepetycji. W niedzielę uczy polskiego Ukraińców w szkole językowej – trzy godziny. - Tylko muszę wstać o 5, bo autobus mam 7.04. Potem długo długo nic, więc nie miałabym jak dotrzeć na czas – mówi. Trzy miesiące nowej pracy podsumowuje: - Zarabiam mniej niż w szkole i stąd biorę dodatkowe zlecenia. Ale jestem mniej zmęczona psychicznie. Nie wracam tak wykończona.

Dlaczego odeszła? Powodów było sporo. - Jak widać nie zarobki i na pewno nie uczniowie – odpowiada. - Jak przyszła moja klasa tu do kina, to wyściskaliśmy się, były płacze – opowiada ze wzruszeniem.

Ew Ceran
Nauczycielka polskiego Ewa Ceran
fot. Aleksandra Pucułek

Ewa ma w genach nauczycielstwo. Prababcia była polonistką, pradziadek wuefistą i dyrektorem szkoły, babcia historyczką. Mama też przez krótki czas uczyła polskiego. Ewa poszła na polonistykę z miłości do literatury. Nie planowała specjalizacji nauczycielskiej, ale ostatecznie wydała jej się najbardziej konkretna. Cały czas utrzymywała jednak, że nie wie, czym chce się zajmować.

I wtedy poszła na praktyki do podstawówki. - Poczułam, że to jest to – wspomina. Po kilku miesiącach już w trakcie roku szkolnego ta sama szkoła zadzwoniła z propozycją pracy – na początku na zastępstwo. Tak została cztery lata. - Wspominam je dwubiegunowo – mówi po dłuższym namyśle. Przez ten krótki czas zdążyła przerobić wszystko: koniec gimnazjów, strajk, naukę zdalną i dzieci z Ukrainy. W trakcie czterech lat pracy miała trzech dyrektorów.

Od razu dostała trzy klasy siódme i wychowawstwo z najtrudniejszą klasą w szkole. Była jej czwartym wychowawcą. - Wychodziłam z założenia, że jak przyszłam do pracy, to powinnam wszystko wiedzieć. To była moja pierwsza głupota, że nie chciałam o nic prosić. Na szczęście potem zmądrzałam – wspomina. Studia przygotowały ją do uczenia, ale nie do bycia terapeutą, psychologiem. - Brakowało mi wiedzy, np. jak się zachować wobec ucznia po próbie samobójczej, co zrobić, jak uczeń przynosi gaz pieprzowy na lekcje? Zgłaszałam to dyrekcji, to usłyszałam, że mam dyscyplinować rodziców - wspomina.

Mam wrażenie, że nauczyciel powinien być bardziej święty od zakonnicy

Rodzice nie pomagali. - Byli obrażeni za zmiany i że przyszła taka dopiero po studiach. Zmienili do mnie podejście, gdy usłyszeli, jak prowadzę lekcje zdalne. Na końcu mnie nawet przeprosili – wspomina.

Zdjęcia z wakacji? Nie

Do dziś jednak jak wspomina te wieczorne telefony, maile, to czuje gorycz. Pamięta np. zwykły dzień, gdy bolała ją głowa. - Damian, jeden z uczniów, krzyknął: klasa, proszę cicho, bo panią Ewę głowa boli. A wieczorem dostaję maila od jednego z rodziców, że jak się źle czuję, to po przychodzę do klasy. Nauczyciel według rodziców nie ma prawa mieć gorszego dnia – mówi. Do tego wymagają, żeby każda lekcja była wow.

- Pojechałam niedawno na szkolenie. Według prowadzącego wystarczy np. wziąć zwykłą skrzynkę, wsadzić tam mech, liście i pokazać uczniom. Super, tylko kiedy i jak to przewieźć? Do szkoły jeździłam z dwoma przesiadkami, 40 minut. Zawsze miałam dwie torby z książkami. Miałabym jeszcze wziąć do tramwaju skrzynkę z mchem? – pyta z ironią. - Zacznijmy od tego, że jak chciałam wyświetlić prezentację, to nie mogłam, bo w niektórych salach nie było sprzętu.

Wkurzało ją też to, że musiała się mocno pilnować w mediach społecznościowych. Zdjęcie z wakacji w kostiumie kąpielowym? Oficjalnie nie zakazano, ale panowało przekonanie, że nie wolno. - A ja sobie myślę dlaczego? - buntowała się. - Albo żeby żaden rodzic nie zobaczył mnie z drinkiem na mieście – mówi z irytacją. - Mam wrażenie, że nauczyciel powinien być bardziej święty od zakonnicy.

W samym środowisku nauczycieli jest takie poczucie, żebyśmy my coś dokładali

Takich pisanych wymagań powinna/nie powinna było zresztą więcej. Np. na Dzień Matki, Ojca trzeba kupić czekoladki dla rodziców, albo wydrukować kartki z życzeniami. Albo żeby na zakończenie roku kupiła dzieciom pendrive’y. - A ja mówię, że nie kupię, bo mnie nie stać. W samym środowisku nauczycieli jest takie poczucie, żebyśmy my coś dokładali – mówi.

Do tego dochodziły problem z komunikacją z dyrekcją i papierologia. Mnóstwo papierologii. Jeszcze słyszała opowieści znajomych z korporacji o dodatkach, atrakcjach w pracy, a ona zastanawiała się, kto zapłaci za gąbkę do sali. Tylko zespół miała cudowny, a była najmłodsza.

- To właśnie starsze koleżanki ze szkoły radziły mi, Ewa jesteś młoda, to ostatni moment, uciekaj – wspomina. Akurat przystępowała do kolejnego stopnia awansu zawodowego. Wiedziała, że jak zacznie go robić, to już nie odejdzie, więc powiedziała „dość”.

Bez prawa do błędu

Zaryzykowała. Gdy składała wypowiedzenie w maju, to pracy jeszcze nie miała. Znalazła ją dopiero w sierpniu. - Odkładałam trochę, więc pomyślałam, że wystarczy na parę miesięcy. Miałam przeczucie, że będzie dobrze. Mam farta w życiu – wspomina. Znów koleżanki ze szkoły zachęcały ją, by szła w stronę kina, kultury. Stąd przyszedł pomysł na muzeum.

31 sierpnia poszła jeszcze na ostatnią radę pedagogiczną, a 1 września, gdy wszyscy szli do szkoły, ona - do muzeum. - Było mi dziwnie, czułam taką nostalgię – wspomina. Myślała o swoich dzieciach. Czyli o ósmej klasie. Zostawił ich też wtedy matematyk i anglista. - Zastanawialiśmy się, czy nie poczekać jeszcze roku, ale stwierdziliśmy, że nikt nam za to nie podziękuje. Trzeba myśleć o sobie – mówi.

To, że byłam specjalistą, nie wystarczyło, musiałam jeszcze ciągle udowadniać, że nim jestem

- Czego mi najmniej brakuje? - zastanawia się przez krótką chwilę i ze zdecydowaniem odpowiada: - Stresu. Nawet nie wiesz, jaka to jest ulga. Na studiach do egzaminów podchodziłam na luzie, w szkole też, a tu a nagle zrobiłam się bardzo zestresowana.

Nie przed wejściem do klasy, bo nawet do głowy jej nie przyszło, że uczeń może jej nie posłuchać. - Chyba przed tym, że nie można popełnić błędu. Nauczyciele nie wiedzieć czemu odbierają sobie prawo do tego. Poza tym czułam ogromną odpowiedzialność. Cały czas myślałam, żeby nic się nie stało, czy w odpowiedni sposób załatwiłam sprawę. To, że byłam specjalistą, nie wystarczyło. Musiałam jeszcze ciągle udowadniać, że nim jestem – mówi.

- A czego ci najbardziej brakuje? - Dzieciaków. Były super. Można się było z nimi pośmiać, pogadać. Niektóre były trudne, ale ja się z nimi dogadywałam. Np. w klasie miałam dziewczynkę, która ścięła włosy na krótko. Inne przychodziły i mi skarżyły: widziała pani, jak ona wygląda, więc tłumaczyłam im, że tak nie można. Albo opowiadały, kto się w kim zakochał. Na przerwie jak miałam dyżur, to zawsze ktoś mi towarzyszył i chodził ze mną w jedną i w drugą stronę. Starałam się z nimi rozmawiać jak z dorosłymi. Gdy nie chcieli chodzić w maseczkach, to spytałam: jak myślicie, kto dostanie ochrzań za to od dyrekcji? No ja. A chcecie tego? No nie. I zakładali.

Niedługo odwiedzi swoją klasę, bo zaprosili ją na wigilię klasową. Z wieloma nauczycielami cały czas mamy kontakt. Czy wróci kiedyś do szkoły? Nie mówi nie, ale musiałoby się dużo zmienić. Jej zdaniem szkolnictwo musi upaść, żeby coś się zmieniło. - Ale wciąż mówię o sobie nauczycielka. Łapię się na tym, że opowiadam „u mnie w pracy”, a chodzi mi o szkołę. Mam ją mocno w sercu. Zastanawiam się, czy i kiedy to przejdzie – nie ukrywa.

Uczyć HiT-u?

- Rano o 4 giełda, potem prosektorium, organizacja pogrzebu. Dzień jak co dzień – opowiada Artur, gdy widzę, jak wpada szybko na nasze spotkanie. - Więcej pracuję, ale nie pod czyjąś kontrolą – mówi. Artur Sierawski prowadzi przedszkole, żłobek, zakład pogrzebowy Memoria i pracownię florystyczną Fressia w Jabłonnie. A wcześniej? Uczył historii.

Miesięcznie organizujemy średnio kilkanaście pogrzebów. Do tego żłobek, przedszkole. W pewnym momencie trzeba coś wybrać

Nie ukrywa, że zawsze chciał pracować, ale chciał też zarabiać. W szkole z tym drugim elementem było trudno. A pracy nigdy się nie bał. Rodzice mieli gospodarstwo, prowadzili szklarnie z kwiatami, warzywami. On brał zabawki i tam się bawił. Potem pomagał, dorabiał przy żniwach. A zamiast bajek oglądał programy Wołoszańskiego. W domu dużo się rozmawiało o historii. W gimnazjum i liceum dodatkowo trafił na genialne nauczycielki. Potem działał w ochotniczej straży pożarnej. Zrobił kurs na opiekuna i wyjeżdżał na kolonie z dziećmi. - Lubię pracę z młodzieżą i lubię historię, warto to połączyć – stwierdził i poszedł na studiach historyczne.

Jeszcze jako student zaczął pracę w szkole, na początku prywatnej. - Chciałem odciążyć rodziców, usamodzielnić się - mówi. Potem uczył w publicznej podstawówce, liceum. Gasił też światło w gimnazjum. - Wieczorem zadzwoniła znajoma dyrektorka, żebym ją poratował, bo nagle odeszła nauczycielka. Dostałem najgorsze klasy, a musiałem ich przygotować do egzaminu gimnazjalnego. Robiłem im skrypty, dodatkowe zajęcia w soboty. Orka na ugorze, ale udało się, satysfakcja była – wspomina. W sumie pracował osiem lat jako nauczyciel, często jednocześnie w dwóch szkołach.

- Dlaczego zrezygnowałeś?

- Atmosfera w pokoju. Byłem stosunkowo młodym nauczycielem, chciałem coś zmienić, starsza kadra raczej była przeciwna. Do tego ciągłe zmiany w szkole. Teraz pewnie uczyłbym HiT-u. Po swojemu, bo poszedłbym w stronę obywatelskości, ale jednak. No i zarobki – wylicza.

Nisza, czyli zakład pogrzebowy

Pierwszy swój biznes połączył z edukacją. - Szukałem czegoś, co będzie zawsze potrzebne – mówi. Cztery lata temu otworzył żłobek i przedszkole pod Warszawą koło Serocka. Pomogło zrządzenie losu. Mama ucznia z korepetycji miała znajomych, którzy chcieli wynająć lokal pod przedszkole. Wykorzystał okazję.

- Gdy otwierałem tę placówkę, miałem 39 godzin przy tablicy w dwóch szkołach – wspomina. - O 6.30 otwierałem przedszkole, przyjmowałem dzieci do 7.15, zanim przyszły wychowawczynie. Jechałem do szkoły do Warszawy, wracałem o 15,16 i jechałem, żeby zamknąć budynek – opowiada. Zainteresowanie było coraz większe, więc zmniejszył liczbę godzin w szkole. Obecnie chodzi tu 54 dzieci.

Szukałem niszy i czegoś, co będzie zawsze potrzebne.Tak wymyśliłem zakład pogrzebowy

Na tym nie poprzestał. - Jak wymyśliłem zakład pogrzebowy? Nagle – śmieje się. - Siedzimy wieczorem z moją partnerką i mówię jej: otwieramy zakład. Szukałem niszy i znów czegoś, co będzie zawsze potrzebne. Ewa na to, że chyba zwariowałem – tak wyglądała pierwsza rozmowa.

Artur zaczął jednak sprawdzać rynek. W Jabłonnie, czyli tam gdzie mieszka, był tylko jeden zakład, a pogrzebów rocznie ok. 150. Długo nie zwlekał. Kupili karawany i postawili małe biuro przy kościele – na początek wystarczy.

Artur Sierawski, nauczyciel historii
Nauczyciel historii założył zakład pogrzebowy
fot. Aleksandra Pucułek

Po tygodniu organizował już pierwszy pogrzeb. - Ale to był stres! - wspomina. - Byliśmy zieloni. Wszystkie zakłady mają cztery osoby do niesienia trumny, ja wymyśliłem, że będzie nas pięciu, bo to ładniej wygląda. To był fart, bo wystawił mnie jeden z pracowników i nie przyszedł, a jako jedyny miał doświadczenie. Wszystko się jednak udało – wspomina. Co na to partnerka? - Mówiła nie, ale potem się wkręciła. Odpowiada głównie za kwestie florystyczne i obsługę rodzin. Chociaż teraz to już nawet trumnę ze mną przeniesie, pustą, raz pełną – mówi.

Zakład Artur założył w listopadzie 2020 roku. Jednocześnie cały czas pracował w szkole. - Miesięcznie organizujemy średnio kilkanaście pogrzebów. Do tego żłobek, przedszkole. W pewnym momencie trzeba coś wybrać, nie da się skupić na wszystkim – tłumaczy powody ostatecznej decyzji. - Odchodząc ze szkoły stwierdziłem, że daję sobie rok przerwy. Nigdy nie powiedziałem, że koniec i nigdy nie wrócę – zaznacza.

w pewnym momencie rozejrzałem się wokół. Wszędzie chodzili uczniowie w białych koszulach. Pojawiła się nostalgia

1 września i tak był pracowity. Rano giełda kwiatowa, potem dwa pogrzeby w Warszawie. - Pamiętam, że w pewnym momencie rozejrzałem się wokół. Wszędzie chodzili uczniowie w białych koszulach. Pojawiła się nostalgia. Sorki muszę odebrać – rozmowę przerywa nam dźwięk dzwonka. - Odebraliście dokumenty ze szpitala? Tak, dzwoniłem do prosektorium. Kiedy chcielibyście pogrzeb? To zaraz zadzwonię do proboszcza i oddzwonię.

Artur rozłącza się i szybko wybiera kolejny numer. - Szczęść Boże, ksiądz Przemek czy Marek? Ma ksiądz kalendarz pod ręką? W poniedziałek na 10 da radę pogrzeb? Pani S. 92 lata. Trumna. Przyjadę z rodziną o 16. Szczęść Boże, pozdrawiam! Widzisz, tak to wygląda – zwraca się już do mnie. - Jeszcze jeden telefon – przeprasza i dzwoni dalej. - Będzie poniedziałek, tylko mam prośbę, czy moglibyście pójść na cmentarz przed 14 do grabarza, to pokazalibyście grób, zajrzałby do grobu, czy jest wolna kwatera ,czy nie trzeba robić obniżenia? To przy kaplicy. To dzwonię do grabarza – kolejny telefon. - Pasuje panu przed 14? To przyjdzie rodzina. Super to dzięki na razie.

- Oglądałeś ten serial „Minuta Ciszy”? - Tak, dużo prawdy w tym jest.

Śmierć mi towarzyszyła

Artur w przedszkolu zatrudnia dziewięć osób. W zakładzie oprócz Pawła, grabarza, pięć osób ma na zlecenia na same pogrzeby. - Chłopaki w ten sposób dorabiają sobie – mówi i wylicza: jeden jest klawiszem w więzieniu, drugi kierowcą autobusów, trzeci pracuje w markecie, czwarty w elektrowni, a piąty jest konwojentem.

Artur z kolei w przedszkolu jest złotą rączką. Coś się zepsuje, to naprawi, przytnie krzaki, zrobi zakupy do kuchni, bo posiłki gotowane są na miejscu. W zakładzie odpowiada w zasadzie za wszystko. Ubiera zwłoki. Poprawia kosmetycznie. Jeździ po ciała. Ma dyżur 24 godz. na dobę. - O wczoraj np. zadzwoniono do mnie o 2.19 – sprawdza w telefonie. - Dzwonię wtedy do wybranych chłopaków i robimy zwózkę – mówi bez większych emocji.

Śmierć zawsze była obecna w moim życiu. Pochodzę ze wsi, wystawianie ciała w domu, procesje były na porządku dziennym

Widząc moje zdziwienie, odpowiada od razu: - Śmierć zawsze była obecna w moim życiu. Pochodzę ze wsi, wystawianie ciała w domu, procesje były na porządku dziennym. Babcia mnie często brała na pogrzeby – wspomina.

W krótkim czasie pochował troje bliskich z rodziny. Najpierw zachorowała babcia na raka mózgu. Nie było ratunku. - To było moje pierwsze zetknięcie bezpośrednio ze śmiercią. Do dziś mam ten obraz przed oczami. Dziadek mnie woła, żebym poszedł do babci, bo coś chciała. Idę, pytam, czy poprawić poduszkę. Skinęła oczami. Nie zdążyłem wyjąć rąk spod jej głowy, patrzę oczy otwarte. Zmarła mi na rękach – wspomina. To był 2009 rok. Artur wtedy chodził do liceum. Po czterech latach zmarła mu prababcia. Też w domu. Po trzech miesiącach zmarł dziadek Artura.

- Gdybym przeżywał pogrzeb nieznanych mi osób, to bym zwariował. W ogóle nie pamiętam tych twarzy, ludzi, chyba wypieram to – mówi. Pamięta za to niektóre pogrzeby. Np. niedawno chowali radnego. Pogrzeb był ogromny. - Same kwiaty nosiliśmy pół godziny – opowiada.

Przed oczami ma też pogrzeb ośmioletniej dziewczynki, która utonęła na Mazurach. Sam jechał po ciało. Na pogrzebie było mnóstwo kwiatów, łzy. Dokładnie pamięta też telefon po godz. 22 w piątek. Zgon w domu. - Odpowiadam, dobrze, jadę i słyszę, ale to jest trzyletnie dziecko. Dzwonię do jednego z chłopaków, ale powiedział, że nie da rady. Drugi ma dzieci w tym samym wieku, też odmówił. Pojechałem sam. Matka trzymała je, tuliła, nie chciała oddać. Na pogrzebie ogrom ludzi – wspomina.

Żeby mieć odskocznię, ucieka w Tatry. Rysy, Świnica, Zawrat - to są momenty, kiedy oddaje telefon komuś z firmy. - Ja noszę telefon pogrzebowy, moja partnerka pracowni florystycznej – mówi, wskazując na położoną pod ręką komórkę.

Chrzciny, wesela, pogrzeby

Pracownia florystyczna – to kolejny biznes Artura. - Po co mam komuś płacić, skoro i tak mamy swoje róże? - stwierdził rok temu. Dosadził jeszcze piwonie, więcej róż. Tuż za biurem florystycznym stoją cztery rodzinne szklarnie. Za szklarniami, tuż za płotem widać cmentarz. W ramach usług florystycznych przygotowują wieńce, wiązanki. Stroją także sale weselne, komunie, chrzciny.

Istnieje życie po szkole. Mogę spokojnie, godnie żyć. Co znaczy godnie? Że nie muszę się żyłować i odmawiać sobie wielu rzeczy

„Wiem pomyślicie, że zwariowaliśmy...” - tak zaczął jeden z ostatnich wpisów na Facebooku. - Od dwóch tygodni mamy jeszcze to – śmieje się. Czyli usługi ogrodnicze: strzyżenie traw, krzewów, aranżacja ogrodów, koszenie trawy. - W naszych rejonach jest dużo działkowiczów, jest zapotrzebowanie. Poza tym nasz Paweł nie ma rodziny, spędza z nami święta, niedziele, więc to głównie pod niego było. Chciał sobie dorobić – wyjaśnia. Pierwsze telefony już miał.

- Czy nie żałuję odejścia ze szkoły? Nie – odpowiada szybko. - Istnieje życie po szkole. Mogę spokojnie, godnie żyć. Co znaczy godnie? Że nie muszę się żyłować i odmawiać sobie wielu rzeczy. Ale brakuje mi kontaktu z młodzieżą. Tego, że można z nimi tak szczerze porozmawiać, pogadać na poważnie albo pośmiać się. Zresztą z niektórymi cały czas mam kontakt. Dla tych, co pisali maturę, byłem wymagający. Na każdej lekcji mieli pytanie, kartkówki, wypracowania, ale oni wiedzieli, że robię to dla ich dobra. Potem przychodzili i dziękowali mi. Zresztą teraz też ludzie dziękują za podejście, organizację pogrzebu, to miłe.

Na razie więcej biznesów nie planuje, chce rozwijać zakład. Może o kolejny punkt? Albo o dom pogrzebowy z prawdziwego zdarzenia? - Koleżanka się śmiała, że skoro nie uczę już historii to może przyszedłbym uczyć nowego przedmiotu biznesu i zarządzania – wspomina.

Nauczyciel to chyba taki zawód, który pozostaje w życiu człowieka. Zresztą śledzę cały czas doniesienia o edukacji

Cały czas mówi o sobie, że jest nauczycielem. - To chyba taki zawód, który pozostaje w życiu człowieka. Zresztą śledzę cały czas doniesienia o edukacji.
- I co uważasz, w jakim kierunku to idzie?
- Okropnym, nie ma co komentować. Jest chujowo, zresztą mówię tak od paru lat. Mam wrażenie, że jestem zdartą płytą.

Uczę, ale poza systemem

- Właściwie 1 września nie zauważyłam. Dopiero w połowie dnia zorientowałam się, że zaczyna się szkoła i poczułam ulgę, że nie mam tego terroru, że trzeba ubrać się na galowo i ruszyć do apelu. Od pierwszego tygodnia września zaczęłam swoje zajęcia, więc weszłam w jesień łagodnie – wspomina Aneta Korycińska, która pod szyldem „Baba od polskiego” prowadzi firmę specjalizującą się w przygotowaniu uczniów do konkursów kuratoryjnych, olimpiad. Oferuje także zajęcia dla dzieci i młodzieży w spektrum autyzmu.

Anecie uśmiech nie schodzi z twarzy, promienieje. Choć teraz z perspektywy czasu widzi, że na początku stres był ogromny. - Musiałam się przekonać, czy tak się da. Ale da się. Istnieje życie po szkole i to jest dobre życie – stwierdza z przekonaniem. I wciąż intensywne. Kalendarz, który ma pod ręką, jest wypełniony po brzegi, a niemal każda godzina zaplanowana. Przede wszystkim codziennie od 15 do 21 lekcje indywidualne.

Musiałam się przekonać, czy tak się da. Ale da się. Istnieje życie po szkole i to jest dobre życie

- To jest zbawienie! - ożywia się od razu Aneta. - Dzień zaczynam później – to jedna pierwszych odczuwalnych zmian po szkole. Tylko raz w tygodniu pojawia się wpis w kalendarzu o zajęciach na 9.30. – Z reguły wstaję wtedy i mówię: o Boże, człowieku, przepraszam. Dziś bez kamerki, bo zaspałam – opowiada. - Siedzę do 3 w nocy. Mój rytm dnia jest przestawiony i to nie dlatego, że sobie go zepsułam. Przez całe życie nie potrafiłam tego zmienić, chociaż próbowałam. Teraz mogę pracować zgodnie ze swoim rytmem.

Aneta Korycińska
Aneta Korycińska, nauczycielka polskiego
fot. Sylwia Nowicka

Wbrew jej nadmiarowej energii jest bardzo uporządkowana i źle odnajduje się w chaosie. A w szkole jest chaos. Teraz kalendarza nikt i nic jej nie burzy, np. niespodziewane rady pedagogiczne. Nie ukrywa, że to dało jej duży spokój w głowie i ze spokojem opowiada o swoich uczniach, których ma pod opieką.

Może ich dopilnować, mieć stały kontakt z rodzicami i zareagować w odpowiednim momencie. - Dzięki temu, że pracuję indywidualnie, wcześniej dostrzegam spadki nastroju czy problemy edukacyjne. Zgłaszam je rodzicom, analizuję, kieruję uczniów do terapeuty. Mogę prowadzić prewencję, działać, wyławiać problemy, a nie uspokajać po fakcie, kiedy już wydarzy się tragedia – tłumaczy.

Długo wahała się, czy odejść ze szkoły, bo bała się, że będzie jej brakowało atmosfery klasy, ale – oprócz zajęć indywidualnych – nadal spotyka się z grupami. Szkoły zapraszają ją, by poprowadziła warsztaty. Propozycji jest coraz więcej, także tych zagranicznych. - Ostatnio na przykład opowiadałam o tym, jak z powodzeniem podejść do egzaminu ósmoklasisty. Nadal pracuję z dużą grupą i za każdym razem jest to inna grupa. Wchodzę i muszę zrobić pięciogodzinne show. Nie muszę robić codziennie takiego samego, bo są to jednorazowe wydarzenia – nie kryje zadowolenia. Oprócz tego zyskała kontakty z pisarzami, wydawcami. Może pisać o książkach, w końcu ma na to czas.

Bałam się, że stracę tożsamość, bo praca mnie w większości definiuje. Przez to nie mogłam wycofać się wcześniej, bo kim ja będę?

Najbardziej jednak bała się, że przestanie być nauczycielką, że straci ten status. - Nie mówię, że praca nauczyciela to dziś wielki prestiż, ale ja tak chyba mimo wszystko czułam. Bałam się, że stracę tożsamość, bo praca mnie w większości definiuje. Przez to nie mogłam wycofać się wcześniej, bo kim ja będę? – zastanawiała się.

Teraz gdy się przedstawia, wciąż mówi, że jest nauczycielką. - Nadal uczę, tylko poza systemem – mówi i krótko podsumowuje ostatnie trzy miesiące: - Mam więcej spokoju, więcej możliwości rozwojowych, no i finansowo zdecydowanie inna bajka. Tysiąc lepiej razy niż w szkole!

Strajk głodowy. Z rozpaczy

Chociaż nigdy nie myślała, że idąc do pracy w szkole, będzie miała za co żyć. Nie twierdzi, że to jest dobre, ale wiedziała po prostu, na co się pisze. Do pensji nauczycielskiej dorabiała w przeróżny sposób. Była menadżerką zespołów metalowych, sprzedawała dywany, pracowała w ksero. Nawet sprzątała kluby w centrum Warszawy między lekcjami. - Niezłe pieniądze za godzinę. Tylko śmierdziałam potem domestosem w klasie, ale najważniejszy był szybki efekt – opowiada.

Radziła sobie, ale nie dziwi się ludziom, że mówią dość. - Tyle pieniędzy za tyle pracy? Jestem polonistką, ale potrafię liczyć – mówi. Gdyby dodano jej do pensji 100 czy 400 zł, to w jej wypadku akurat nic by się nie zmieniło. - Mamy gorycz w sobie i to zostaje – stwierdza.

Zanim trafiła do „systemu”, pracowała w mediach, na uczelni, robiła doktorat, ale to nie był jej świat. - Nie widziałam żadnego efektu w świecie, zmiany. Dobijało mnie to. Złożyłam papiery do szkoły i odkryłam, że to najlepsza praca na świecie, nie nudzi mi się – nawet dziś mówi o tym z entuzjazmem.

Złożyłam papiery do szkoły i odkryłam, że to najlepsza praca na świecie, nie nudzi mi się

Pracowała zarówno w gimnazjum, liceum, jak i technikum. - W tym ostatnim od razu dostałam wychowawstwo. Klasa informatyczna, 35 chłopaków, zupełnie niezainteresowanych polskim. Jednak wyszłam z założenia, że idę tam, żeby się dobrze bawić i pokazać im, że nauka może być fajna – mówi. Wspierała młodzież w walkach z uzależnieniami, samookaleczaniem się, depresją, procesem tranzycji.

Do tego dochodziła cała dydaktyka: przygotowanie na lekcje, szczegółowe recenzje prac, wypracowań, matur, obsługa biblioteki, nauczanie polskiego jako obcego, zajęcia rewalidacyjne. To był jej żywioł, ale dochodziły znienawidzone, bo niespodziewane rady pedagogiczne, na których nie padały konkretne rozwiązania. A zamiast dialogu była nieustanna wielogodzinna dyskusja. - I weź tu człowieku miej rodzinę, nawet psów nie możesz mieć, bo nie masz ich kiedy wyprowadzić – wspomina z irytacją.

Mimo to jeśli miałaby jedną rzecz w szkole zmienić, to nie byłyby obowiązki, zarobki, ale hierarchia. - Od początku trwałam w permanentnym buncie, np. czasem dwa razy trzeba było wypełniać niemal takie same sprawozdania. Takich absurdów było mnóstwo. Nie mogłam ich znieść – mówi. Z drugiej strony miała dokładne wyobrażenie, jak powinno być: - Uczenie powinno być dwustronne, wzajemne, a szkoła powinna być przestrzenią, w której każdy może się rozwijać, i nauczyciele, i uczniowie. Po co wciąż uczyć o Fryczu Modrzewskim, skoro młodzież powinna wiedzieć coś o fake newsach? Powinno się sprawdzać umiejętności nauczycieli, bo to jest jak u lekarzy. Jeden zawsze będzie przepisywał Apap, a inny zrobi wszystkie badania.

Po co wciąż uczyć o Fryczu Modrzewskim, skoro młodzież powinna wiedzieć coś o fake newsach?

Nieraz miała ochotę urządzić strajk głodowy z rozpaczy przeciwko takiemu systemowi. Zamiast tego jadąc tramwajem do szkoły, założyła fanpage „Baba od polskiego”. Wrzucała tam na początku śmieszne cytaty z lekcji. Żeby mieć odskocznię. - I żeby mama lajkowała – śmieje się i do dziś się dziwi, że nie tylko mama wchodziła na stronę. - Kto wchodzi na Facebooka jakiejś polonistki? - nieraz się zastanawiała.

Po dwóch latach działalności w sieci (czyli pięć lat temu) założyła firmę o tej samej nazwie. Żeby mieć wpływ na to, czego nie mogła zmienić w szkole. Fanpage i firma rozkręciły się na dobre. - W końcu stwierdziłam, że nie muszę pracować w miejscu, w którym ważne są pozory, gdzie nie szanuje się pracowników, gdzie cofamy się w rozwoju, zamiast rozwijać – wylicza jednym tchem.

Gorsze ministerstwo, ja mam lepiej

W maju złożyła wypowiedzenie – To była trudna decyzja, przeżyłam żałobę, ale odeszłam dla siebie. Chociaż ten zawód kocham i polecam wszystkim, których roznosi energia. Ja żywię się energią młodych ludzi, jestem jak wampir energetyczny. Mam nadzieję, że też im wiele daję. Nie wyobrażam sobie robić czegoś innego niż nauczanie.

Zresztą już w liceum na zajęciach z doradztwa zawodowego wyszło jej, że powinna być nauczycielką albo psycholożką. - Odpowiedziałam wtedy wychowawczyni polonistce, że ja tak sobie życia nie zmarnuję. Obraziła się na mnie – wspomina ze śmiechem Aneta. - Już wtedy wychodził mój brak pokory. Nauczyciele powinni być wprawdzie według mnie niepokorni, ale niestety funkcjonują w systemie hierarchicznym – stwierdza z przykrością.

Obecnie zatrudnia już 11 osób. Ma asystenta, osoby odpowiadające za sklep z e-bookami i nauczycieli, również z pełnymi kalendarzami. Wkrótce zespół powiększy się o kolejną babę od polskiego – tym razem z Polskiej Akademii Nauk. - Żeby wszystko zgrać, mamy zebrania online. Śmiejemy się, że spotykamy się na Babiej Górze, a mój asystent to Babinicz – opowiada.

Chciałabym uczyć i pomagać tym, których na to nie stać. Uważam, że edukacja powinna być państwowa

Stworzyła mini szkołę i zbliżyła się o kolejny krok do marzeń – o założeniu swojej szkoły, ale publicznej. - Moich rodziców nie było stać na korepetycje dla mnie. Jak czegoś nie rozumiałam, to musiałam sobie jakoś radzić. Chciałabym uczyć i pomagać tym, których na to nie stać. Uważam, że edukacja powinna być państwowa. Na razie im gorzej działa ministerstwo, tym ja mam lepiej. To patologia, ale tak jest – stwierdza.

Zresztą edukacyjne i ministerialne newsy śledzi teraz jeszcze pilniej. - Teraz już nie muszę się pilnować tego, co powiem, jak je skomentuję – tłumaczy. – Ale nie wszystko jest zepsute przez obecnego ministra. Aż boli, jak tak mówię, ale jest wiele miejsc, które wymagają naprawy od dawna – dodaje.

Pracuje więcej niż w szkole. Zdarza się, że 12-14 godzin dziennie. Z taką różnicą, że odpowiada sama przed sobą. Nawet czytanie książek zalicza się teraz do pracy. – Tylko oddech już mam płytszy. Doszło mi 16 kg brzucha – mówi do mnie, a sobie powtarza: trzeba trochę przystopować. Szczególnie nie musi tego tłumaczyć. Wyraźnie widać, że niedługo urodzi córeczkę. Nie wie tylko, jak dalece będzie mogła sobie pozwolić na macierzyński. – Nie chcę, żeby wszystko padło, co budowałam. Nie wiem też, co mnie czeka, bo to moje pierwsze dziecko – mówi mi.

Na razie powoli ogranicza spotkania w szkołach i uczy się dzielić swoje obowiązki. Tworzy nieustannie teksty, które sprzedaje w formie e-booków, żeby mieć stały dochód na czas macierzyńskiego. Szuka nowych pracowników. - Jako człowiek z ADHD robię na kilka albo nawet kilkanaście etatów. Zwyczajnie lubię to robić, ale przez to moje zadania muszę rozdzielić na kilka osób – tłumaczy. Uczniów już uprzedziła, że mogą wybrać inną babę z firmy. - Plusem jest to, że pracuję z domu, więc ewentualnością będą zajęcia bez kamerki – bo mogę mieć dziecko przy piersi - albo zajęcia będę prowadziła z łóżka – planuje już w głowie.

- Czego mi brakuje? – Aneta zawiesza na chwilę głos i zastanawia się. – Niczego – odpowiada zdecydowanie. – Jestem szczęśliwa, to był dobry ruch – uśmiecha się.

Aleksandra Pucułek
Aleksandra Pucułek

Dziennikarka, teatrolożka. Pisze głównie o edukacji - od żłobków do uczelni. Pracowała w "Gazecie Wyborczej", pisała dla "Dużego Formatu", "Wysokich Obcasów" i "Wolnej Soboty". Współpracowała z tygodnikiem "Polityka". Laureatka Nagrody im. prof. Romana Czerneckiego w kategorii najlepszy artykuł publicystyczny oraz stypendium im. Leopolda Ungera. Nominowana do Grand Press w kategorii wywiad. Nie może żyć bez teatru i czekolady.

Kontakt: aleksandra.puculek@radiozet.pl