Zamknij

"Miałam tylko w głowie, że to mój koniec". Pani Urszula opowiedziała o wybuchu paczki

25.01.2023 11:43

Miałam tylko w głowie, że to mój koniec, że już mnie nie będzie - mówi pani Urszula, która przed świętami została ranna w wybuchu paczki w Siecieborzycach (woj. lubuskie). Kobieta w rozmowie z "Uwagą!" TVN pierwszy raz zabrała głos po dramatycznych wydarzeniach.

Pani Urszula
fot. Szpital Uniwersytecki w Zielonej Górze/Facebook

Do tragedii doszło 19 grudnia we wsi Siecieborzyce, w pow. żagańskim. Przed domem, w którym wraz z dwójką dzieci i rodzicami mieszkała 31-letnia Urszula, ktoś zostawił pakunek, który - najprawdopodobniej został wniesiony do domu przez jednego z domowników. W momencie, kiedy 31-latka w kuchni otwierała paczkę, doszło do eksplozji. W wybuchu ciężko ranna została 31-latka oraz dwójka jej dzieci.

Śledczy zatrzymali 16 stycznia w sprawie Błażeja K., byłego partnera Urszuli. Usłyszał zarzut usiłowania zabójstwa pięciu osób z użyciem materiałów wybuchowych oraz spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu matki i dwójki dzieci. Grozi mu dożywocie. W programie "Uwaga!" TVN po raz pierwszy o tragedii opowiedziała pokrzywdzona matka dzieci.

Wybuch w Siecieborzycach. Pani Urszula zabrała głos 

- Ola ubierała buty, ja już byłam ubrana, za chwilę miałyśmy wychodzić. Zobaczyłam, że na progu leży paczka, a że też zamawiałam paczkę, pomyślałam, że ze względu na sezon przedświąteczny kurierzy jeżdżą do późna i któryś mógł zostawić paczkę na progu - relacjonowała kobieta.

Tajemniczy pakunek zaniosła do kuchni. W środku była kasetka. - To mnie nie tyle zaniepokoiło, co zdziwiło. Przekręciłam kluczyk, nie chciała się otworzyć. To mało myśląc, wzięłam nóż i podważyłam - mowiła pani Urszula.

- Najpierw był huk, potem eksplozja. Zasłoniłam Olę swoim ciałem i tyle. Potem pamiętam, jak leżałam na podłodze. Nic nie widziałam, nic nie czułam. Miałam tylko w głowie, że to mój koniec, że już mnie nie będzie. Pamiętam, że mama się nade mną nachyliła i powiedziałam: „Mamo, dobij”. To było straszne.

Kobieta walczyła o życie w szpitalu. - Kontakt z paczką miały przede wszystkim ręce kobiety. W jej prawej ręce, w obrębie przedramienia, doszło do rozerwania. Jeżeli chodzi o lewą rękę, to udało się częściowo zachować funkcję chwytną i dotykową. Został kciuk i piąty palec – mówił lek. med. Antoni Ciach, dyrektor ds. lecznictwa Szpitala Uniwersyteckiego w Zielonej Górze w rozmowie z TVN.

Pani Urszula opowiedziała również o Błażeju K., który jest biologicznym ojcem jej 3-letniego syna. - Myślałam, że będzie próbował się zemścić, bo wielokrotnie groził. Ale nie sądziłam, że to będzie najokrutniejszy sposób. Wcześniej groził, że mnie zniszczy. W SMS-ach pisał, że jeszcze nie wiem, co mnie czeka - relacjonowała.

Dodała: - Mówił, że nie doszłabym nigdy w życiu do tego, co mam u niego. Że pracując w moim zawodzie (nauczycielka wychowania przedszkolnego pracująca z dziećmi z autyzmem - red.), zarabiam marne grosze. Że to, co robię z tymi dziećmi, to jest śmieszne – przywołuje pani Urszula. I dodaje: - To wpływało na obniżenie mojej wartości. Przestałam wierzyć w siebie. Zostałam stłamszona. W pewnym momencie z tego powodu ucierpiała też moja Ola, bo zaczął ją wyzywać. Dawał jej po kryjomu klapsy. Wtedy powiedziałam, że tak nie może być. Bałam się. Urodził się Bartuś, ale zamiast iść w dobrą stronę, było coraz gorzej.

"Mężczyzna kilka tygodni przed zamachem został pozbawiony praw rodzicielskich. Już rok temu do Sądu Rejonowego w Żaganiu trafił akt oskarżenia przeciwko Błażejowi K. w związku ze znęcaniem się nad panią Urszulą i dziećmi. Sprawa jednak nie trafiła na wokandę, z powodu, jak usłyszeliśmy w sądzie, problemów kadrowych" - napisała "Uwaga!" TVN.

Pani Urszula podsumowała: - Czuję żal, bo nie zrobiłam nikomu nic złego, nie zasłużyłam sobie na to. Ciężko opisać mi, co czuję. Jestem zła za ręce. Odebrano mi coś, co na dzisiaj jest mi najbardziej potrzebne. Nie mogę sama nic zrobić. A tak naprawdę chciano odebrać mi życie, dlatego się cieszę, że żyję, bo to chyba był cud, że przeżyłam.

RadioZET.pl/Uwaga TVN