Zamknij

Kaczyński nie wyklucza przyśpieszonych wyborów. Priorytetem druga kadencja Glapińskiego w NBP

30.12.2021 06:42

Ofensywa wewnętrznych "antysanitarystów", Omikron - czyli widmo kolejnej fali COVID-19, spór o zmiany w sądownictwie, antyunijne wyskoki Solidarnej Polski i spór Ziobry z Morawieckim, ale przede wszystkim trudności z utrzymaniem sejmowej większości – to powody, dla których w PiS znów wraca temat przyspieszonych wyborów późną wiosną. Jarosław Kaczyński na dobrą sprawę potrzebuje zwartej koalicji jeszcze tylko dla jednej sprawy - drugiej kadencji w NBP dla Adama Glapińskiego.

Jarosław Kaczyński
fot. East News/ANDRZEJ IWANCZUK

Plotki o tym, że PiS szykuje się na wybory w czerwcu, pojawiły się tuż przed świętami. Mimo że budżet został przyjęty przez Sejm, czyli wygasła jedna z przesłanek, która mogłaby oznaczać wybory w pierwszej połowie 2022 roku. Usłyszeliśmy o nich najpierw od polityków partii rządzącej, których rozpytywali o to posłowie Solidarnej Polski. - Koledzy od Ziobry obawiają się, że nie będzie dla nich miejsc na listach. Kiedy doszło do nich, że ludzie PiS rezerwują billboardy na maj, zaczęli się martwić, z jakiej listy startować – mówi nam jedna z posłanek PiS.

O możliwym skróceniu kadencji mówili nam tuż przed świętami byli politycy partii Gowina, Polski 2050 i jedna z parlamentarzystek Lewicy. W końcu plotki rozeszły się też wśród oficerów służb i ludzi biznesu. Czy to jednak realny scenariusz? Większość naszych rozmówców przekonuje, że to sprawdzony sposób na wymuszanie dyscypliny w partii, ale też sygnał dla Zbigniewa Ziobry, by przestał atakować rząd.

- Pogłoski o wyborach słyszałem nawet w środę w Sejmie – potwierdza Tomasz Siemoniak, były wicepremier z Koalicji Obywatelskiej. - Z tego co słyszymy, hasło szybkich przyśpieszonych wyborów wraca jako narzędzie dyscyplinujące. To zawsze wpływa na posłów z tylnych ław, którzy pozwalają sobie na odstępstwa od partyjnej linii – dodaje i podkreśla, że nie wyobraża sobie, żeby opozycja miała nie poprzeć wniosku o skrócenie kadencji parlamentu.

To nie pierwszy raz, gdy Kaczyński stosuje ten straszak. Wyborami straszono w czasie rekonstrukcji rządu przed rokiem, gdy Solidarna Polska sprzeciwiała się przyjęciu warunków, na których premier Mateusz Morawiecki zaakceptował unijny Fundusz Odbudowy czy ostatnio przy lex TVN i budżecie.

Antysanitaryści wyborów się nie boją

Politycy koalicji odbierają straszenie wyborami jako presję na grupę polityków sprzeciwiającą się obostrzeniom pandemicznym i nazywającym je wprowadzaniem „segregacji sanitarnej”. - Kaczyński straszy swoich posłów. Musiał to zrobić teraz, bo idealnym pretekstem do zorganizowania wyborów byłyby problemy z uchwaleniem budżetu, a niektórzy posłowie mogą uznać, że skoro budżet przeszedł, to nie ma mowy już o groźbie wcześniejszych wyborów i można fikać – tłumaczy nam jeden z polityków PiS.

Przypomnijmy, że budżet przegłosowano na ostatnim posiedzeniu Sejmu przed świętami. Do końca trwały wówczas negocjacje z posłami, którzy sprzeciwiają się ustawie Czesława Hoca wprowadzającej dla pracodawców prawo do sprawdzania certyfikatów COVID-19 i umożliwiającej przymusowe testowanie pracowników. Wtedy grupa kojarzona z posłanką Anną Siarkowską groziła nawet wstrzymaniem się przy głosowaniu nad budżetem, co opisaliśmy na RadioZET.pl. Ostatecznie parlamentarzyści groźby nie spełnili, bo uznali, że przesunięcie prac nad ustawą (5 stycznia zaplanowano w jej sprawie wysłuchanie publiczne) to sukces ich grupy. Jednak ich żądania wciąż są aktualne. Do kierownictwa PiS - jak opisała Interia - trafił list w tej sprawie podpisany przez 8 parlamentarzystów, w tym 3 z Solidarnej Polski. List to dowód na to, że ostatnie wypowiedzi wicemarszałka Ryszarda Terleckiego o tym, że tak naprawdę nowym obostrzeniom sprzeciwiają się trzy osoby, to zaklinanie rzeczywistości.

loader

Skłonnych do sprzeciwu może być nawet kilkunastu. Zdaniem tej grupy posłów, jeśli kierownictwo nie będzie chciało się wycofać z poparcia dla ustawy zgłoszonej przez posła lekarza Czesława Hoca, wybory będą jedynym wyjściem z patowej sytuacji. Przypomnijmy, że ustawa miała pierwotnie być zgłoszona przez rząd już jesienią, by umożliwić pracodawcom weryfikowanie tego, czy pracownicy są zaszczepieni. W końcu i z tego się wycofano, zostawiając pracodawcom możliwość żądania, by ich pracownicy mieli negatywne testy na COVID wykonane nie wcześniej niż 48 godzin przed jego okazaniem. Posłanka Siarkowska przekazała Polsat News, że i to rozwiązanie jest dla niej nie do przyjęcia. Ilu posłów może wytrwać przy jej stanowisku?

- Nawet 5 głosów wstrzymujących się przy kolejnych głosowaniach, przy mobilizacji opozycji będzie oznaczać, że pomysły PiS upadną – mówi nam jeden z antysanitarystów. Przypominają, że PiS po Nowym Roku nie może też być pewny głosowań posłów od Pawła Kukiza.

- Jeśli sondaże PiS-u się załamią, choć na razie nic na to nie wskazuje, nikt do wyborów nie będzie się śpieszył. Będziemy rządzić tym chaosem z posiedzenia na posiedzenie – mówi nam jeden z polityków Republikanów, partii, która zastąpiła Porozumienie Jarosława Gowina. Podkreśla, że najważniejsze reformy Polskiego Ładu już są przegłosowane, a opozycja wciąż bije się między sobą, więc nawet minimalna większość wystarczy do rządzenia. Jedynym kto może popsuć plan spokojnego dryfowania do końca kadencji, jest Zbigniew Ziobro, który wciąż nie ma nadziei na to, że razem ze swoimi ludźmi pójdzie na wybory w ramach Zjednoczonej Prawicy, czy może będzie zmuszony radzić sobie samemu.

Nie wpuszczą Ziobry na listy?

To właśnie politycy Solidarnej Polski są drugą grupą, która poza „antysanitarystami” jest największym problemem Kaczyńskiego. Różnice między nimi a PiS najbardziej widać w tematach związanych z Unią Europejską. Ostatnio Kaczyńskiego znów irytuje działalność posła Janusza Kowalskiego. Krnąbrny polityk za swoje ostre wypowiedzi stracił już stanowisko wiceministra aktywów państwowych, ale nie spuścił z tonu. Teraz dał ultimatum ministrowi Konradowi Szymańskiemu i żąda jego dymisji. Obarcza go m.in. winą za brak wypłaty zaliczki dla Polski z Krajowego Funduszu Odbudowy. Teoretycznie ludzi Ziobry w koalicji może zastąpić PSL. Ludowcy konsekwentnie najostrzej atakują właśnie Solidarną Polskę.

Próbują nawet na nich zrzucić winę za zatrzymanie obostrzeń, choć w partii ministra sprawiedliwości, nie ma w tej sprawie zgody. Marek Sawicki, jeden z liderów Stronnictwa mówił już publicznie, że współpraca z PiS nie jest wykluczona, ale pod warunkiem pozbycia się Ziobry. - Takie rozmowy będziemy jednak prowadzić po wyborach – zastrzega jeden z ludowców.

Członkowie Solidarnej Polski według naszych rozmówców systematycznie próbują skłonić do ewentualnej współpracy Konfederację, ale ta jak na razie jest nieugięta i wierzy, że samodzielnie może zdobyć nawet kilkanaście procent poparcia i Ziobry do niczego nie potrzebuje.

Jeden cel: wybrać prezesa NBP

Według naszych ustaleń PiS nie wyklucza przyspieszonych wyborów, ale musi załatwić jeszcze jedną sprawę. Chodzi o wybór na drugą kadencję prezesa NBP Adama Glapińskiego. W ostatnim wywiadzie Kaczyński wysłał sygnał, że jest skłonny przedłużyć misję swojego wieloletniego pracownika. Kandydata na prezesa NBP formalnie wskazuje prezydent, ale i on w rozmowie z Polsat News bronił obecnego szefa banku centralnego.

Stwierdził, że „prezes Glapiński dobrze się sprawdził na tym stanowisku przez swoją pierwszą kadencję” i „dobrze działał”. - Dla PiS brak swojego prezesa NBP to wielkie niebezpieczeństwo. Ewentualny audyt następcy mógłby wywołać trzęsienie ziemi, odczuwalne nie tylko w Polsce – mówi nam Paweł Zalewski, poseł Polski 2050 Szymona Hołowni.

RadioZET.pl