Zamknij

Protesty w Mińsku. Jest pierwsza ofiara śmiertelna starć z milicją

10.08.2020 23:32
Mińsk
fot. AP/Associated Press/East News

Jest pierwsza ofiara śmiertelna protestów, które od niedzielnego wieczora trwają na Białorusi po wyborach prezydenckich. Zginął mężczyzna, uczestnik antyrządowej demonstracji -  w dłoni wybuchł mu granat, który ten próbował odrzucić w kierunku milicjantów. 

O pierwszej ofierze śmiertelnej trwających od niedzieli protestów informują na Twitterze polski dziennikarz Andrzej Poczubut, a także ekspert ds. Europy Wschodniej i wykładowca akademicki Tadeusz Giczan.

Mężczyzna miał zginąć na ulicy Prytyckiego w Mińsku. Miał trzymać w dłoni ładunek wybuchowy, który próbował odrzucić w stronę milicjantów. Niestety, granat miał mu eksplodować w dłoni. 

Giczan udostępnił z kolei komunikat białoruskiego MSW (o którym wspomniał także Poczobut)"

"Podczas konfrontacji ze służbami specjalnymi, które przybyły, aby odblokować plac, jeden z protestujących próbował rzucić niezidentyfikowany ładunek wybuchowy w bok funkcjonariuszy organów ścigania. Wybuchł w jego dłoni, mężczyzna odniósł obrażenia nie dające się pogodzić z życiem" - cytuje to oświadczenie portal Tut.by:

Zamieszki trwają też w innych częściach miasta. Na północy Mińska przy galerii handlowej Ryga (ulica Surhanawa) protestujący zbudowali barykady, za którymi schronili się przed naporem funkcjonariuszy służb specjalnych i policji. Niezależny dziennik "Nasza Niwa" podał, że ulicą Wołgogradzką ku siedzibie telewizji państwowej podąża tłum demonstrantów, podczas gdy w tym samym kierunku zmierza kolumna wozów wojskowych i żołnierzy.

Zobacz także

O tym, co dzieje się w Mińsku, mówił też podczas rozmowy telefonicznej ze swoją redakcją dziennikarz OKO.Press Maciej Piasecki, który przebywa  w stolicy Białorusi. Jestem przy barykadzie obok metra Puszkinskaja, wybuchają granaty hukowe, oddycham rozrzedzonym gazem łzawiącym. OMON atakuje, ludzi uciekają. Też biegnę":

W Mińsku przebywa także m.in. redaktor naczelny "Krytyki Politycznej" Sławomir Sierakowski. On z kolei musiał przerwać połączenie z TVN24, gdyż w stronę grupy, w której się znajdował, biegli uzbrojeni funkcjonariusze.  Granaty hukowe, pojedyncze strzały, były też serie z karabinów gumowych.

To nie jest jakaś masakra, że wali się do ludzi, jak do kaczek. Raczej się wybiera takie miejsca, poszczególnych demonstrantów, którzy są troszkę oddzieleni. Ostrzeliwany był na pewno przystanek, być może dlatego, że te siły uznały, że tam są jacyś szczególnie prowokujący ludzie albo po prostu, że to będzie głośne, bo to są szyby. Chcą przestraszyć ludzi.

- zdążył jeszcze powiedzieć Sierakowski w rozmowie z TVN24 (cytat za: Gazeta.pl). 

Białoruś. Protesty w Mińsku i innych miastach po wyborach

Demonstracje wybuchły w niedzielę wieczorem po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich. Według danych Centralnej Komisji Wyborczej urzędujący prezydent Aleksandr Łukaszenka zdobył 80,23 proc. głosów. Jego główna rywalka Swiatłana Cichanouska otrzymała 10,09 proc. Niezależni obserwatorzy twierdzą, że w czasie wyborów dochodziło do licznych nieprawidłowości, a frekwencja w lokalach wyborczych była zawyżana.

W niedzielę wieczorem na ulicach Mińska doszło do protestów, które zostały stłumione przez siły bezpieczeństwa. Według centrum obrony praw człowieka Wiasna w wyniku tych starć już wtedy zginąć miała co najmniej jedna osoba, a trzy zostały poważnie ranne. MSW Białorusi zdementowało informację o śmierci jednego z uczestników protestów.

Zobacz także

W poniedziałek demonstracje są kontynuowane. Milicja zaczęła zatrzymywać ludzi w rejonie hotelu Jubilejnaja. Doszło tam do starcia pomiędzy demonstrującymi i milicją - podało niezależne radio Swaboda. Rosyjska agencja TASS szacuje liczbę zatrzymanych na około 30. W centrum Mińska widać wiele oddziałów sił specjalnych milicji - OMON-u i pojazdów milicyjnych.

Zobacz także

Z kolei, jak podają niezależne media białoruskie, milicja użyła gumowych kul i granatów hukowych. Na ulicy Kalwaryjskiej w centrum Mińska doszło do starć uczestników protestu z żołnierzami wojsk wewnętrznych z formacji Ałmaz. Milicja otworzyła ogień do dziennikarzy, relacjonujących wydarzenia w stolicy Białorus. Jedna z reporterek, Natalia Lubniewskaja z gazety "Nasza Niwa", została ranna w nogę. 

Z uwagi na zakłócanie przez białoruskie władze sygnałów łącza internetowego, kontakt z naszym reporterem jest utrudniony. Piotr Drabik zdążył nam jednak przekazać, że wokół Pałacu Sportu w Mińsku zebrało się kilka tysięcy ludzi, a policja z tarczami zaczęła napierać i rozganiać tłum. Ludzie próbowali budować prowizoryczne barykady, ale nic z tego nie wyszło.

To był najciemniejszy dzień we współczesnej historii Białorusi. Rząd prowadził wojnę przeciwko swojemu ludowi, sprowadził armię do miast i celował w nieuzbrojonych ludzi gazem pieprzowym, armatkami wodnymi, pistoletami i granatami ogłuszającymi

- napisał na Twitterze białoruski dziennikarz i aktywistka Franak Viacorka. On także podał informację, że protestujący, że "po tym, jak milicjanci zaatakowali grupę ludzi w pobliżu metra Puszkinskaja, protestujący rzucili pod ich stopy cztery koktajle Mołotowa". 

RadioZET.pl/PAP/Twitter