Zamknij

Reżim Birmy krwawo tłumi protesty. Media: Co najmniej 64 osoby zginęły

27.03.2021 13:59
Birma. Służby reżimu zabiły 64 osoby
fot. PAP/EPA/STRINGER

Z godziny na godzinę rośnie bilans ofiar starć sił bezpieczeństwa Birmy z demonstrantami. Portal Myanmar Now poinformował po południu o śmierci co najmniej 64 osób w różnych częściach państwa po protestach, do których doszło w sobotę. Fotoreporter Robert Bociąga, który wydostał się z tamtejszego piekła, przyznał, że sytuacja stale się pogarsza.

Birma. Po zamachu stanu w wykonaniu wojskowych i sił bezpieczeństwa kraj pogrąża się w chaosie. Służby coraz brutalniej pacyfikują przejawy nieposłuszeństwa obywateli.

Birmański portal Myanmar Now podał, że tylko wskutek sobotnich pacyfikacji zginęły w kraju co najmniej 64 osoby. Ofiarami są prodemokratyczni demonstranci, do zabójstw dochodziło w różnych częściach państwa. Zbrodnie wojska potępiły ambasady UE i W. Brytanii w Birmie. Poranny bilans mówił o ok. 50 ofiarach

Birma. Doniesienia o 64 ofiarach. Wojsko pacyfikuje demonstrantów

W piątek demonstranci wezwali do wystąpienia przeciw wojskowym, którzy 1 lutego dokonali zamachu stanu, pozbawiając władzy wybranych jesienią 2020 roku polityków prodemokratycznych. Agencja Reutera pisze, że trudno potwierdzić doniesienia Myanmar Now w niezależnych źródłach.

Jeśli informacje potwierdziłyby się, oznaczałoby to najkrwawszy dzień po zamachu stanu. Z kolei agencja AFP podała, że w sobotę zginęło co najmniej 19 osób. "Zabójstwa nieuzbrojonych cywilów, w tym dzieci, to czyny nie do obrony" - ogłosiła na Twitterze i na Facebooku ambasada Unii Europejskiej w Birmie

"Możemy potwierdzić, że 27 marca padły strzały w Centrum Amerykańskim w Rangunie. Nie było rannych. Prowadzimy dochodzenie w sprawie tego incydentu" - powiedziała rzeczniczka ambasady Aryani Manring, nie ujawniając więcej szczegółów. Nie wiadomo, czy miało to jakikolwiek związek z sobotnimi demonstracjami. 

Polak wydostał się z więzienia birmańskiego reżimu. "Boją się spać we własnych domach"

Robert Bociąga, polski fotoreporter, który wydostał się z birmańskiego piekła, powiedział w rozmowie z PAP, że wojsko stosuje do tłumienia protestów wszystkie możliwe środki. "Sytuacja w Birmie stale się pogarsza, a organizatorzy demonstracji boją się spać we własnych domach" – powiedział PAP Robert Bociąga, podróżnik i dziennikarz (CNN, niemiecka agencja DPA), którego z aresztu w Birmie wyciągnęła interwencja ambasady Niemiec. W piątek wylądował na lotnisku Chopina w Warszawie po niemal dwóch tygodniach spędzonych w areszcie.

"Od początku podejrzewano, że jestem dziennikarzem, ale konsekwentnie zaprzeczałem, bo wiedziałem, że jeśli się przyznam, moja sytuacja może się bardzo pogorszyć. Byłem jednak traktowany znacznie lepiej, niż inni zatrzymani. Miejscowych zmuszano do składania zeznań na klęczkach, z rękami na głowie. Ja zawsze siedziałem na krześle. Warunki zatrzymania były akceptowalne, cela wieloosobowa, ale duża, z dostępem do wody i łazienki" – wspomina w rozmowie z PAP Bociąga.

mid-epa09100674
fot. PAP/EPA/STRINGER
mid-epa09100685
fot. PAP/EPA/STRINGER
mid-epa09100781
fot. PAP/EPA/STRINGER
mid-epa09100692
fot. PAP/EPA/STRINGER

RadioZET.pl/PAP