Zamknij

Czym będzie żył świat w 2020 roku?

01.01.2020 15:45
Czym będzie żył świat w 2020 roku? Wybory w USA, brexit, katastrofa klimatyczna
fot. chrisdorney/Shutterstock, Pakkin Leung@Rice Post/CC BY 4.0, Streetsblog Denver/Flickr/CC BY 2.0, Ink Drop/Shutterstock

Wybory prezydenckie w USA, brexit, protesty antyrządowe w Hongkongu czy katastrofa klimatyczna - to tylko niektóre tematy, którymi będzie żył świat w 2020 roku.

Chcesz wiedzieć wszystko pierwszy? Dołącz do grupy Newsy Radia ZET na Facebooku

Walka o Biały Dom

Jeśli dotychczasowe kampanie prezydenckie w USA były brutalne, to najbliższe wybory za oceanem okażą się prawdziwą jazdą bez trzymanki. Główny sprawca zamieszania się nie zmienia. To Donald Trump, który z poparciem Republikanów w listopadzie 2016 roku znokautował byłą pierwszą damę Hillary Clinton z ramienia Demokratów. Po prawie czterech latach swoich rządów, Trump zostawia Amerykę bardziej podzieloną i spolaryzowaną, niż w dniu jego zaprzysiężenia.

Trwająca już za oceanem kampania wyborcza jest wyjątkowa z kilku względów. Po raz pierwszy w historii bezpośrednia walka o Biały Dom rozegra się w cieniu procedury impeachmentu prezydenta USA. Izba Reprezentantów, w której większość mają Demokraci, 18 grudnia 2019 roku postawiła w stan oskarżenia Donalda Trumpa.

Zobacz także

Powody? Wykorzystanie urzędu do osiągania prywatnych celów – czym zdaniem oponentów prezydenta były próby wpływania na władze Ukrainy, aby wszczęły śledztwo przeciwko Hunterowi Bidenowi. To syn Joe Bidena - głównego pretendenta do prezydenckiej nominacji z ramienia Demokratów.

Kongresmeni zarzucili również Trumpowi utrudnianie prowadzonego przez nich śledztwa, poprzez zakazywanie urzędnikom Białego Domu stawiennictwa na przesłuchaniach, zorganizowanych przez komisje kongresowe. Teraz sprawa trafi do amerykańskiego Senatu. Będzie on pełnił rolę sądu, który ostatecznie zdecyduje o winie lub oczyszczeniu z zarzutów prezydenta.

Donald Trump zostanie odwołany?
fot. chrisdorney/Shutterstock (ilustracyjne)

Do odwołania Trumpa potrzebna jest większość dwóch trzecich – czyli 67 na 100 senatorów. Republikanie w izbie wyższej Kongresu mają 53 deputowanych, więc teoretycznie prezydent powinien być spokojny o wynik głosowania. Mimo to tak poważna procedura (Trump jest dopiero trzecim prezydentem USA, którego postawiono w oskarżenie w ramach impeachmentu), to ogromna rysa w obrazie jego kadencji.

Wszystko wskazuje na to, że Trump otrzyma nominację Republikanów podczas krajowej konwencji zaplanowanej w Charlotte (Karolina Północna, 24-27 sierpnia). Natomiast, kto zostanie wskazany na kandydata Demokratów podczas zjazdu w Milwaukee (Wisconsin, 13-16 lipca), wciąż jest zagadką.

Zobacz także

Pretendentów do bezpośredniego starcia z Trumpem jest kilku. Poza wspomnianym wcześniej Bidenem, jest to senator z Vermont Bernie Sanders, senator z Massachusetts Elizabeth Warren, samorządowiec Pete Buttigieg oraz były burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg.

Liderem sondaży jest Biden, utrzymujący dotychczas około 10 punktów procentowych przewagi nad resztą stawki. Jednak sprawa impeachmentu Trumpa również na nim ciąży, co może zaważyć o jego dalszej kampanii.

Joe Biden
fot. Gage Skidmore/Flickr/CC BY-SA 2.0

Analitycy oczekują, że o wyborze nowego (lub utrzymaniu dotychczasowego) prezydenta USA zdecyduje bardziej zróżnicowany elektorat, niż cztery lata temu. Szacuje się, że ponad jedna trzecia głosujących będą stanowić nie-biali wyborcy (Azjaci, Afroamerykanie, Latynosi itp.). Spaść ma również liczba głosujących białych bez dyplomu wyższej uczelni, co powinno być na korzyść Demokratów. Teoretycznie.

Po doświadczeniach z ostatniej kampanii, wyborcy powinni być bardziej wyczuleni na fake newsy. Twitter i Google zapowiedziały zakazy umieszczania reklam politycznych, zwłaszcza podczas walki o Biały Dom. Na podobny ruch nie zdecydował się Facebook, co zapewne wykorzystają wszyscy kandydaci. Wybory prezydenckie za oceanem odbędą się 3 listopada 2020 roku.

Brexit, quo vadis?

Z brexitem jest tak, jak z potworem z jeziora Loch Ness. Wszyscy o nim słyszeli, ale nikt go nie widział. Według zapewnień brytyjskiego premiera Borisa Johnsona, ma się to zmienić 31 stycznia 2020 roku. To już czwarty wyznaczony termin opuszczenia struktur unijnych przez Zjednoczone Królestwo.

Partia Konserwatywna, która wygrała grudniowe przedterminowe wybory na Wyspach, jest zdeterminowania do przypieczętowania brexitu. Na niecały miesiąc przed tą datą, wciąż nie wiele wiadomo. Zapewne na początku stycznia Izba Gmin przegłosuje decyzję o wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii, co zakończy jej 47-letnie członkostwo w strukturach europejskiej Wspólnoty.

Zobacz także

Co oznacza brak porozumienia tzw. twardy brexit? Analitycy nie są zbieżni w dokładnych prognozach. Jednak przewidują np. powrót kontroli celnych na granicy z Wielką Brytanią, znaczny spadek wartości funta, ograniczenie dostaw oraz niepewność w sprawie statusu obywateli krajów unijnych na Wyspach i Brytyjczykach na kontynencie.

Brexit Wielka Brytania UE 2020
fot. Ink Drop/Shutterstock (ilustracyjne)

Dla przypomnienia – Polacy stanowią jedną z największych mniejszości w Wielkiej Brytanii i w dużej mierze są beneficjentami unijnej polityki otwartych drzwi na miejscowy rynek pracy. W najczarniejszym scenariuszu, Zjednoczone Królestwo czeka kilkumiesięczna recesja i próba normalizacji relacji z Unią.

Nie wykluczone, że nagłe przecięcie relacji Wielkiej Brytanii ze Wspólnotą, doprowadzi do kolejnego referendum niepodległościowego w Szkocji. Większość jej mieszkańców w 2016 roku opowiedziała się za pozostaniem w Unii.

Premier Szkocji i liderka Szkockiej Partii Narodowej Nicola Sturgeon zapowiedziała dążenia do głosowania o niezależności regionu od władz w Londynie. Przed sześcioma laty 55 proc. Szkotów opowiedziało się za pozostaniem w unii ze Zjednoczonym Królestwem. Po brexicie szala może przechylić się na stronę separatystów.

Zobacz także

Niepewność związana z brexitem zapewne odciśnie piętno na całej UE. Prezydent Francji Emmanuel Macron jest zwolennikiem jeszcze silniejszego zaciśnięcia współpracy wewnątrz Wspólnoty. Zdecydowanie się temu sprzeciwiają władze np. Polski i Węgier. Brak porozumienia w tej sprawie może oznaczać, że w 2020 roku slogan o „Unii dwóch prędkości”, nabierze realnych kształtów.

Katastrofa klimatyczna rozgrzeje świat

Presja społeczna na politykach w sprawie walki ze skutkami zmian klimatycznych w kolejnych miesiącach będzie jeszcze większa. Oczekuje się, że na zaplanowanym na listopad 2020 roku szczyt COP26 w szkockim Glasgow, uda się osiągnąć globalne porozumienie w sprawie katastrofy klimatycznej. Ostatnie takie spotkanie w grudniu 2019 roku w Madrycie zakończyło się fiaskiem i tylko deklaracją przedstawicieli 200 państw o „pilnej potrzebie działań na rzecz klimatu”.

Na te ustalenia nie zamierza czekać Komisja Europejska pod kierownictwem Niemki Ursuli von der Leyen. W kolejnych miesiącach zostaną przedstawione szczegóły tzw. Nowego Zielonego Ładu (z ang. New Green Deal), czyli plany transformacji europejskich gospodarek z tradycyjnego przemysłu na niskoemisijny.

Zobacz także

Taki scenariusz oznacza stopniowe odejście np. Polski od przemysłu węglowego, na co w krótkiej perspektywie nie zgadza się polski rząd. Bruksela twardo broni również planów osiągnięcia neutralności klimatycznej do roku 2050. Za trzy dekady państwa unijne mają produkować tyle emisji, ile uda się ich poddać recyklingowi.

Greta Thunberg
fot. Streetsblog Denver/Flickr/CC BY 2.0

Rok 2020 zapewne upłynie również pod znakiem jeszcze większych protestów, których uczestnicy wzywają polityków do jeszcze bardziej zdecydowanych działań w obronie klimatu. Twarzą ruchu pozostaje 17-letnia Szwedka Greta Thunberg, która stała się światową postacią młodzieżowych strajków klimatycznych.

Aktywistom prędzej udaje się przekonać konsumentów niż polityków. W kolejnych miesiącach zapewne wzrośnie wartość rynku produktów biodegradowalnych i spadnie popyt na „plastikowe” zakupy. Ponadto w niektórych europejskich krajach rośnie liczba pasażerów kolei, która w przeciwieństwie do samolotów i transportu drogowego, jest bardziej ekologiczna.

Zobacz także

Ulica kontra władza

Chile, Francja, Iran, Czechy – to tylko niektóre państwa, w których od miesięcy trwają masowe antyrządowe protesty. Nic nie wskazuje na to, aby w 2020 roku straciły na sile. Komentatorzy podsumowując miniony rok mówili o „światowej fali demonstracji”. W jej wyniku pięciu przywódców podało się do dymisji (Abdelaziz Bouteflika – prezydent Algierii, Adil Abdul-Mahdi – premier Iraku, Evo Morales – prezydent Boliwii, Saad Hariri – premier Libanu oraz Joseph Muscat – premier Malty), a los kolejnych zawisł na włosku.

Już w pierwszym dniu nowego 2020 roku, zapowiedziano masowy marsz w Hongkongu. Specjalny region administracyjny komunistycznych Chin w ciągu ostatnich dziesięciu miesięcy stał się areną walki lojalistów wobec władz w Pekinie z mieszkańcami, którzy sprzeciwiają się dalszej integracji Hongkongu z Chinami. Do tej pory tłumieniem protestów zajmowały się miejscowe siły porządkowe. Jednak komunistyczne władze w Pekinie nie wykluczają ostrzejszej reakcji.

Protesty w Hongkongu
fot. Pakkin Leung@Rice Post/CC BY 4.0

Zobacz także

Z kolei od początku grudnia Francuzi strajkują przeciwko proponowanych przez prezydenta Macrona reform systemu emerytalnego. Centrale związkowe zapowiadają kolejne protesty, które mogą tylko pogorszyć notowania gospodarza Pałacu Elizejskiego (według ostatnich sondaży popiera go około 40 proc. Francuzów).

Ponadto „czerwone kartki” rządzącym na ulicach w najbliższych miesiącach mogą pokazać Czesi domagający się dymisji premiera Andrieja Babisa i Włosi sprzeciwiający się polityce Matteo Salviniego - lidera rządzącej Ligii. Nadal nierozwiązana pozostaje kwestia Katalonii, w której w październiku doszło do gwałtownych zamieszek.

Nic nie wskazuje na stabilizację po protestach na Bliskim Wschodzie. Irańczycy masowo wyszli na ulicę po tym, jak rząd zdecydował się podnieść ceny benzyny. W starciach według różnych źródeł zginęło od 300 do nawet 1500 osób. Ajatollahowie nie zamierzają jednak ustępować. Z kolei w sąsiednim Iraku nawet ustąpienie premiera nie zakończyło niepokojów. Irakijczycy domagają się demokratyzacji władzy, walki z korupcją i całkowitego opuszczenia kraju przez amerykańskich żołnierzy.

Putin zagra va banque?

Brexit czy wybory w USA odwracają uwagę opinii publicznej od Europy Wschodniej, gdzie w najbliższych miesiącach znów może być gorąco. Władze Rosji i Białorusi nadal nie osiągnęły porozumienia w sprawie pogłębienia integracji, którą na władzach w Mińsku wymusza Kreml.

Grudniowe spotkania przywódców obu państw – Władimira Putina i Aleksandra Łukaszenki – nie przyniosły konkretów w postaci m.in. wspólnego rynku energetycznego czy kodeksu cywilnego. Prezydent Białorusi odmawia układu z Rosją, bo stara się obniżyć ceny dostaw surowców energetycznych.

Zobacz także

Dla rodaków Łukaszenki cała sprawa jest jasna – to wstęp do wchłonięcia Białorusi przez mocarstwowego sąsiada. Dotychczasowe protesty przeciwko takiemu scenariuszowi nie były masowe. To jednak może być punkt zwrotny dla miejscowej opozycji, która podzielona i z niskim poparciem przez ostatnie lata była w cieniu niedemokratycznego reżimu.

Łukaszenko i Putin
fot. Alexei Danichev/SPUTNIK Russia/East News

To może się zmienić w kampanii wyborczej, ponieważ 30 sierpnia 2020 roku Łukaszenka będzie walczył o utrzymanie władzy. Autorytarny przywódca od 26 lat niepodzielnie rządzi Białorusią, co z każdym rokiem może okazać się coraz trudniejsze. W przypadku braku porozumienia z Rosją, Kreml może uruchomić przeciwko niemu propagandową machinę. Jednocześnie Unia Europejska, zajęta wewnętrznymi problemami, niechętnie wyciągnie euro na ratowanie białoruskiej gospodarki.

Rok 2020 może przynieść także przełom w rosyjsko-ukraińkim konflikcie. W marcu w Berlinie planowany jest kolejny szczyt tzw. normandzkiej czwórki. Grudniowe rozmowy w Paryżu przywódców Rosji, Ukrainy, Niemiec i Francji nie przyniosły konkretów, ale otwarły drogę do dalszych negocjacji.

Władze w Kijowie są skłonne zgodzić się na tzw. formułę Steinmeiera – czyli nadanie regionowi donieckiemu i ługańskiemu specjalnego statusu administracyjnego i zorganizowanie wyborów lokalnych na tych obszarach. Przez lata stanowczo się temu sprzeciwiał poprzedni prezydent Ukrainy Petro Poroszenko, który w ubiegłym roku przegrał wybory z telewizyjnym komikiem Wołodymyrem Zełeńskim.

Zobacz także

Trwająca od sześciu lat wojna w Donbasie kosztowała już życie 14 tys. ofiar. Praktycznie od 2015 roku jest konfliktem pozycyjnym – żadna ze stron (ukraińska armia i separatyści, wspierani przez Rosjan) nie decyduje się na ofensywy. Widmo ewentualnego porozumienia z Kremlem jest nie do zaakceptowania dla części Ukraińskiego społeczeństwa.

Już w ubiegłym roku skrajna prawica organizowała protesty przeciwko negocjacjom z Rosją. Mogą one przybrać na sile, jeśli władze Ukrainy ustąpią z większości postulatów – jak oddanie okupowanych terenów w Donbasie.

Tymczasem Kreml szykuje się do 75. rocznicy zakończenia II wojny światowej. 9 maja na Placu Czerwonym odbędzie się defilada wojskowa, która ma być pokazem siły Federacji. Obchody związane z wielką wojną ojczyźnianą, jak w Rosji nazywany jest największy konflikt zbrojny w dziejach świata, będzie również miernikiem pozycji Putina. Należy się spodziewać, że zaproszenie gospodarza Kremla przyjmą przywódcy wielu państw, również zachodnich.

Piotr Drabik

RadioZET.pl