Bruksela interweniuje ws. Polski. Co oznacza słynna "opcja atomowa"? [TŁUMACZYMY]

Redakcja
20.12.2017 18:28
Timmermans
fot. PAP/EPA

Komisja Europejska zdecydowała się uruchomić wobec Polski artykuł 7. Traktatu o Unii Europejskiej. To według ekspertów najsilniejsza broń, jakiej Bruksela może użyć w stosunku do łamiącego zasady praworządności państwa członkowskiego. Ale co ten ruch tak naprawdę oznacza?

Smog truje Polskę! Sprawdź listę chorób, które może powodować

"Opcja atomowa" - tym określeniem straszyły od jakiegoś czasu polskie media, aby podkreślić powagę sytuacji, w której jako państwo się znaleźliśmy. Chodzi o osławiony artykuł 7. Traktatu z Maastricht (zwanego Traktatem o Unii Europejskiej), którego procedurę zastosowania Komisja Europejska właśnie rozpoczęła. Wszystko z powodu działań, jakie niemal od początku swoich rządów uskutecznia Prawo i Sprawiedliwość.

Rekomendacja i wniosek do TS

Bruksela wyśle też rządowi czwartą rekomendacje w zakresie praworządności, czyli listę kroków do naprawienia sytuacji. Wyśle również wniosek do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie sądów powszechnych. To oficjalne stanowisko, które zaprezentował komisarz Frans Timmermans.

Zobacz także

Komisja dała jeszcze trzy miesiące na wdrożenie przez polski rząd jej rekomendacji. To odwrócenie szeregu zmian w ustawach o Sądzie Najwyższym, Trybunale Konstytucyjnym, KRS-ie i sądach powszechnych. W sumie 13 ustaw, które wprowadzane są od prawie dwóch lat. Jest to jednak tylko polityczna oferta, procedura formalnie została już uruchomiona.

- Z ciężkim sercem aktywowaliśmy art. siódmy, ale fakty nie dają nam wyboru. Nie mamy innej możliwości niż zrobić to dzisiaj. Przy praworządności chodzi nie tylko o Polskę, ale o całą Unię - oznajmił wiceszef KE na specjalnie zwołanej konferencji prasowej.

O co w tym wszystkim chodzi?

Czym tak naprawdę jest słynny już art. 7? To zapis Traktatu o UE, który skutkuje konsekwencjami prawnymi i finansowymi dla członka Wspólnoty łamiącego zasady praworządności. W prostej linii prowadzi on do nałożenia na taki kraj sankcji ekonomicznych oraz - w ostateczności - do odebrania mu głosu podczas unijnych szczytów.

Zobacz także

Oznaczałoby to, że Polska mogłaby zostać w przyszłości pozbawiona możliwości decydowania o różnych istotnych kwestiach w ramach europejskiej struktury - te decyzje zapadałyby po prostu bez naszego udziału. 

Kryzys w sądownictwie

Pierwszym sygnałem, który Unia Europejska odebrała jako godzący w wartości europejskie, był kryzys wokół Trybunału Konstytucyjnego z przełomu 2015 i 2016 roku. Wówczas KE zdecydowała się - także po raz pierwszy w historii - wdrożyć procedurę ochrony praworządności.

Kolejne działania rządu z wiosny i lata tego roku po raz kolejny doprowadziły Unię do wydania wobec Polski ostrzeżenia. Tym razem spowodowane to było pospiesznie forsowaną przez PiS reformą sądownictwa, zakładającą nowe ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa, Sądzie Najwyższym i ustroju sądów powszechnych.

Zobacz także

Timmermans zapowiadał wtedy, że Unia jest blisko zastosowania wobec nas artykułu 7. Chodziło przede wszystkim o planowane wówczas automatyczne wygaszenie kadencji sędziów, zwiększenie kompetencji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, a także - mówiąc ogólnie - upolitycznienie i upartyjnienie wymiaru sprawiedliwości.

Duda zastopował, ale tylko na pewien czas

Unijne procedury ostrzegawcze zostały tymczasowo zastopowane w lipcu, gdy Andrzej Duda niespodziewanie zawetował dwie z trzech przepychanych przez parlament PiS-owskich ustaw - te dot. KRS i SN. Sam zadeklarował tym samym, że w ciągu dwóch miesięcy przedstawi dwa autorskie projekty ustaw - o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa.

Zobacz także

Projekty rzeczywiście powstały i zostały zaprezentowane pod koniec września. I znów zostały przepchnięte przez Sejm, Senat i komisje parlamentarne, wraz z poprawkami Prawa i Sprawiedliwości (nie uwzględniając przy tym jakichkolwiek korekt ze strony opozycji). W środowe popołudnie prezydent, podczas specjalnie zwołanego briefingu, zapowiedział, że podpisze obydwie ustawy. Tak jak wcześniej jego współpracownicy, tak i on teraz wprost przyznał, że nie widzi powodów do zawetowania własnych ustaw.

W swoim wystąpieniu ani słowem nie odniósł się jednak decyzji, która zapadała kilka godzin wcześniej na posiedzeniu Komisji Europejskiej.

Co dalej?

Teraz (najwcześniej w lutym) sprawą zajmie się Rada UE ds. ogólnych, czyli 28 ministrów ds. europejskich. Po wysłuchaniu racji kraju zainteresowanego, przeprowadzone zostanie głosowanie, w którym większością co najmniej 4/5 głosów (a więc 22 państw członkowskich), organ ten będzie mógł potencjalnie stwierdzić, że istnieje ryzyko naruszenia wartości i przepisów UE.

Powyższy mechanizm ma jednak charakter prewencyjny. Wtedy KE ma prawo wszcząć procedurę sankcyjną, ale wówczas sprawa zostaje przekazana innemu organowi - Radzie Europejskiej, czyli grupie przywódców i szefów rządów krajów członkowskich (przewodniczy jej b. premier Donald Tusk).

Zobacz także

Ostateczna decyzja ws. ew. sankcji musi być jednomyślna, co oznacza, że ani jedno państwo członkowskie nie może się takiemu rozwiązaniu otwarcie sprzeciwić (dopuszczalne jest wstrzymanie się od głosu). Ten scenariusz wydaje się jednak mało prawdopodobny z uwagi na fakt, iż ws. działań w wymiarze sprawiedliwości sojusznikiem polskiego rządu są Węgry, które również są na tej płaszczyźnie skonfliktowane z Unią.

RadioZET.pl/Gazeta.pl/LK/MP