Relacja Polaka, który stracił w greckich pożarach żonę i dziecko

Redakcja
24.07.2018 22:32
Grecja. Relacja Polaka, którego najbliżsi zginęli w pożarze lasów
fot. AFP/ANGELOS TZORTZINIS/East News

- Myślałem, że jak żona z synkiem wsiądą do łódki, to ocaleją - relacjonował Jarosław Korzeniowski, którego najbliższa rodzina zginęła uciekając przed falą pożarów w greckim kurorcie Mati. Żona i dziecko mężczyzny bezskutecznie próbowali uciec łodzią od szalejącego ognia.

Chcesz wiedzieć wszystko pierwszy? Dołącz do grupy Newsy Radia ZET na Facebooku

Cała trójka pochodziła ze wsi Wysoka w powiecie wadowickim, województwo małopolskie. Pan Jarosław, jego żona Beata i 9-letni syn Kacper byli na wakacjach w hotelu Ramada w miejscowości Mati w pobliżu Aten.

Jak wspomina mężczyzna w rozmowie z "Gazetą Krakowską", z hotelowych okien turyści zauważyli ogień w poniedziałek około godz. 18:50. Wśród gości znajdowali się w większości Duńczycy, który z resztą osób dopytywali co mają robić. Początkowo obsługa obiektu ich uspokajała, ale potem kolejni członkowie personelu wpadali w panikę.

Zobacz także

Polak polecił żonie, aby razem z synkiem biegła w stronę plaży. Hotel znajdował się około 15 metrów od brzegów morza. Sam pan Jarosław wrócił do pokoju hotelowego po telefon i dokumenty. Gdy sam znalazł się na plaży zauważył, jak jego najbliżsi razem z trzema Duńczykami są już w niewielkiej łódce.

- Pomyślałem, że choć oni będą bezpieczni bo myślałem, że to nie turyści tylko ludzi od obsługi łódki ale takich tam nie było, jak się potem okazało. Turyści musieli radzić sobie sami - mówi pan Jarosław.

Dodał, że na około 400 gości hotelowych do ewakuacji gotowe były tylko dwie małe łodzie. Pan Jarosław widział, jak łódź z żoną i synkiem oddala się od brzegu.

- Żona zadzwoniła tuż przed tą tragedią do mojego brata Adriana, że nie wie co ma robić, że nie wie co ze mną. Rozmawiała z nim chyba około godziny, zanim to się stało. Powiedział jej, żeby zdała się na innych ludzi, że będą na tej łódce bezpieczni - dodał mężczyzna.W rozmowie z "Gazetą Krakowską" turysta z Polski relacjonował o panice wśród gości.

Zobacz także

Część z nich wybiegła na pola w panice, choć lepszym miejscem do ratunku przy szalejących pożarach był brzeg morza.Pan Jarosław zachował zimną krew i stojąc w wodzie czekał, aż nadejdzie ratunek. Kilka godzin później dowiedział się o tragicznej śmierci jego najbliższych.

We wtorek mężczyzna musiał zidentyfikować zwłoki żony i synka.Turystom próbował pomóc personel hotelu, ale jego członkowie również nie ukrywali paniki. - Na rezydenta z biura podróży nie mogliśmy liczyć - dodaje.

Do Grecji przyjechał Adrian, brat pana Jarosława. - Nikt się z nami nie kontaktował, przysłano nam tylko panią psycholog, siedzimy we trójkę w pokoju. Brat jest twardy, ale wszyscy bardzo to przeżywamy - mówił pan Adrian w rozmowie z "Gazetą Krakowską".

Co najmniej 74 osoby poniosły śmierć w pożarach, które od poniedziałku trawią regiony na wschód od Aten - poinformowały we wtorek greckie służby ratunkowe. Rannych jest co najmniej 187 osób, w tym 23 dzieci.

Większość ofiar to ludzie, którzy z powodu pożarów zostali uwięzieni w swoich domach lub samochodach. Pozostali utonęli w morzu, uciekając przed płomieniami.

Ponad 700 osób, które chroniąc się przed żywiołem, utknęły na plażach i skalistych odcinkach wybrzeża, zostało uratowanych przez rybaków, grecką straż przybrzeżną i zwykłych urlopowiczów na pontonach. Jak podkreślają greckie służby ratunkowe, nie wiadomo jednak ile osób wciąż jest zaginionych.

Zobacz także

RadioZET.pl/Gazeta Krakowska/PAP/PTD