Zamknij
Donald Trump
Komisja chce doprowadzić do postawienia zarzutów Donaldowi Trumpowi przez Departament Sprawiedliwości
fot: Houston Chronicle/Associated Press/East News

“Odklejony Trump”. Były prezydent usłyszy zarzuty ws. ataku na Kapitol?

Mateusz Kapera
Mateusz Kapera Redaktor Radia Zet
08.07.2022 15:23

Dzień 6 stycznia 2021 roku na stałe zapisze się w historii Stanów Zjednoczonych. To wtedy doszło do bezprecedensowego ataku na Kapitol, w którym podliczano głosy w wyborach prezydenckich. To, czy za doprowadzenie do zamieszek na Kapitolu jest odpowiedzialny Donald Trump, próbuje ustalić specjalna komisja śledcza. - Nigdzie nie jest powiedziane, że to, co wydarzyło się 6 stycznia na Kapitolu, i poprzedziło tę sytuację, nie może się powtórzyć - przestrzega Andrzej Kohut, amerykanista, autor książki “Ameryka. Dom podzielony".

Mateusz Kapera: Prawie wszystkie amerykańskie telewizje transmitowały czerwcowe publiczne przesłuchania przed komisją Izby Reprezentantów ws. ataku na Kapitol. Skąd tak duże zainteresowanie mediów tą sprawą?

Andrzej Kohut: 6 stycznia i wszystko, co się wtedy wydarzyło na Kapitolu, pozostaje jednym z najważniejszych wydarzeń w najnowszej historii Stanów Zjednoczonych. Z jednej strony ze względu na bezprecedensowość wydarzeń. Pierwszy raz mieliśmy do czynienia ze wtargnięciem tłumu na Kapitol w tak bulwersujących okolicznościach. Ale z drugiej strony ze względu na to, że to może być jedynie pierwszy z przejawów nadchodzących kłopotów. To znaczy, nigdzie nie jest powiedziane, że to, co wydarzyło się 6 stycznia na Kapitolu, i poprzedziło tę sytuację, nie może się powtórzyć. Wręcz przeciwnie. Widzimy sygnały tego, obserwując rozmaite wybory: uzupełniające, prawybory, a nawet te, które odbywają się teraz w Partii Republikańskiej.

Druga sprawa to oczywiście polaryzacja amerykańskiej sceny politycznej. Opinie na temat tego, co tam się zdarzyło, zostały już rozdzielone po liniach partyjnych. Mamy Demokratów, którzy starają się wszelkimi siłami udowodnić, że to Donald Trump osobiście ponosi odpowiedzialność za to, co się wtedy wydarzyło. Mamy też Republikanów i ich sympatyków, którzy widzą w tej komisji po prostu kolejną odsłonę polowania na Donalda Trumpa. Polowania na czarownice, jakby to sam Trump powiedział. Bardzo charakterystyczne jest to, że to co się dzieje na komisji, nie jest transmitowane przez sympatyzującą z Republikanami stację telewizyjną Fox News.

Nigdzie nie jest powiedziane, że to, co wydarzyło się 6 stycznia na Kapitolu, i poprzedziło tę sytuację, nie może się powtórzyć. Wręcz przeciwnie

Zanim przejdziemy do samej komisji. To przypomnijmy, co się wydarzyło 6 stycznia 2021 roku. Podczas przesłuchań jedna z policjantek, która ochraniała wtedy Kapitol powiedziała: “To była masakra, sceny jak z wojny”. Co właściwie działo się tego dramatycznego dnia?

Przypominając, co się wtedy wydarzyło na Kapitolu, musimy wspomnieć, co poprzedziło ten atak. Prezydent Donald Trump nie zamierzał pogodzić się z wynikiem wyborów, mimo że w ciągu tak naprawdę kilku dni po ich zakończeniu stało się jasne, że wybory przegrał. Przypomnijmy, 6 stycznia to był dzień kiedy przed amerykański Senat trafiały wyniki wyborów z poszczególnych stanów. Senat miał te wyniki policzyć i ogłosić ostatecznie, ile głosów elektorskich przypadło kandydatom. Krótko mówiąc: zamknąć proces liczenia głosów, który w Stanach Zjednoczonych trwa blisko półtora miesiąca. I tego właśnie dnia zwolennicy Donalda Trumpa zorganizowali w Waszyngtonie manifestację sprzeciwiającą się, jak twierdzili, kradzieży wyborów. 

Manifestacja szybko przerodziła się w atak na Kapitol.

Na tej manifestacji pojawił się oczywiście Donald Trump, który przekonywał do swoich tez. W następnym akcie tego dramatu manifestujący, którzy spotkali się z Donaldem Trumpem, ruszyli w kierunku Kapitolu, gdzie właśnie odbywało się liczenie głosów. Udało im się sforsować ogrodzenie. Części z nich udało się przedostać do samego budynku, co oczywiście stworzyło bezpośrednie zagrożenie dla obradującego tam Kongresu. Na szczęście nie stało się nic złego senatorom. Udało się ich ewakuować. Natomiast doszło do starć pomiędzy manifestującymi a policją, plądrowania, niszczenia biur senatorów. Były także ofiary śmiertelne tych zajść. Nie zakłócono procesu podliczania głosów, ale niewątpliwie doszło do dramatycznych i gorszących scen z rannymi i ofiarami śmiertelnymi. 

Agresywny tłum przedarł się przez barierki i wtargnął do Kapitolu
fot. AP/Associated Press/East News

Kim były osoby, które wtargnęły na Kapitol? 

Były tam skrajnie prawicowe, radykalne grupy zmilitaryzowane, takie jak Proud Boys, które można powiedzieć, spiskowały, aby przedostać się do budynku i uniemożliwić liczenie głosów elektorskich. Natomiast znaleźli się tam również przypadkowi manifestanci, zdeterminowani wyborcy Donalda Trumpa. To było dosyć jasne po pierwszych zdjęciach z 6 stycznia, gdzie oprócz ludzi zamaskowanych i uzbrojonych, widzieliśmy zupełnie zwyczajnych wyborców wyglądających nawet na lekko zaskoczonych tym, że w ogóle udało im się dostać do Kapitolu. Było nawet zdjęcie grupy, która zachowywała się, jakby przybyła na wycieczkę i miała rzadką okazję zwiedzenia Kapitolu od środka. Byli ludzie, którzy robili sobie selfie w biurach senatorów. Całość tego tłumu na pewno składała się zarówno ze zwykłych zwolenników Donalda Trumpa, jak i z przedstawicieli uzbrojonej milicji. 

Jaka w tym wszystkim była rola Donalda Trumpa?

Po pierwsze, starał się zablokować certyfikację wyników wyborów na różnych szczeblach, wykorzystując skomplikowaną strukturę, jakim jest amerykański system wyborów prezydenckich. Starał się naciskać na urzędników od szczebla lokalnego po wiceprezydenta, który zgodnie z procedurą przewodzi podliczeniu głosów elektorskich przez Senat, by wynik wyborów zakwestionować. Po drugie, jego zespół prawników kwestionował wyniki wyborów w poszczególnych stanach za pomocą licznych pozwów do sądów. I po trzecie, Donald Trump starał się wpłynąć na swoich wyborców poprzez np. Twittera, czy wystąpienia publiczne by uwierzyli, że doszło do sfałszowania wyborów. I o ile na tych pierwszych dwóch poziomach poniósł porażkę, o tyle wydaje się, że wygrał walkę o świadomość swoich wyborców. To pokazywały sondaże, że przekonanie o istnieniu szeroko zakrojonych nieprawidłowości, które wypaczyły ostateczny wynik wyborów, jest dosyć powszechne w elektoracie republikańskim. Te działania prezydenta Trumpa niewątpliwie spowodowały ogromne niepokoje po stronie republikańskiej, czy rzeczywiście te wybory zostały rozegrane uczciwie. Te niepokoje ostatecznie znalazły swoje odzwierciedlenie w wydarzeniach z 6 stycznia. 

Jeszcze przed powstaniem komisji w Izbie Reprezentantów próbowano dwukrotnie doprowadzić Donalda Trumpa do odpowiedzialności karnej za wydarzenia z 6 stycznia. Dlaczego to się nie udało?

Była próba skazania Donalda Trumpa przez Senat już bezpośrednio po wydarzeniach 6 stycznia, kiedy jeszcze urzędował jako prezydent, ale było jasne, że niedługo nastąpi inauguracja Joe Bidena. Oczywiście impeachment zasadniczo jest procesem usuwania urzędującego prezydenta. W przypadku Donalda Trumpa sens był inny. Gdyby udało go się skazać wedle tej procedury, to nie mógłby w przyszłości kandydować na urząd prezydencki. To się jednak nie udało, bo Demokraci nie dysponowali odpowiednią większością w amerykańskim Senacie. Potem mieliśmy próbę stworzenia ponadpartyjnej kongresowej komisji, która miała zająć się wydarzeniami 6 stycznia. Nie udało się z tego samego powodu, co wcześniej, to znaczy ze względu na słabość Demokratów w Senacie. Do wygrania głosowania potrzeba było 60 głosów, a więc 10 głosów republikańskich, których Demokratom brakowało. I kiedy ta druga próba utworzenia komisji kongresowej upadła pojawiła się trzecia opcja, czyli stworzenie komisji w samej Izbie Reprezentantów. 

Były tam skrajnie prawicowe, radykalne grupy zmilitaryzowane, takie jak Proud Boys, które można powiedzieć, spiskowały, aby przedostać się do budynku i uniemożliwić liczenie głosów elektorskich

Co ta komisja w Izbie Reprezentantów chce dowieść?

Przedmiotem dochodzenia komisji jest to, czy Donald Trump ponosi odpowiedzialność za zbudowanie atmosfery, która doprowadziła do wydarzeń z 6 stycznia, czy też jego odpowiedzialność sięga jeszcze dalej. Czy świadomie skierował tłum na Kapitol, wiedząc, że znajdują się w nim ludzie uzbrojeni mogący mieć złe zamiary wobec obradujących tam polityków? O ile wydaje się mało kontrowersyjna teza, że Donald Trump w szerokim sensie odpowiadał za to, co się wydarzyło 6 stycznia, o tyle jego bezpośrednia odpowiedzialność za wydarzenia podlega teraz próbie wyjaśnienia. 

Jakie uprawnienia ma komisja?

Największym ograniczeniem pracy tej komisji jest to, że Donaldowi Trumpowi nie może postawić zarzutów. Komisja gromadzi materiał dowodowy, który w przyszłości może stać się podstawą procesu karnego, który mógłby rzeczywiście zakończyć polityczną karierę Donalda Trumpa. Komisja może prowadzić publiczne przesłuchania, których jesteśmy świadkami od kilku tygodni, w sposób bardziej spektakularny niż to ma miejsce w przypadku zwykłej sprawy sądowej. To pozwala docierać z tym przekazem szerzej. Co powoduje, że być może Demokraci wykorzystają ustalenia komisji, jako element walki o wyborców niezdecydowanych, centrowych, nawet jeżeli ten twardy elektorat republikański raczej się od Donalda Trumpa nie odwróci. I przede wszystkim komisja może przesłuchiwać pod przysięgą, a później dochodzić krzywoprzysięstwa, jeżeli któryś ze świadków świadczyłby nieprawdę. Może się domagać stawiennictwa przed komisją. I tutaj również może wkroczyć wymiar sprawiedliwości, jeżeli ktoś unikałby zeznań przed komisją. Natomiast ewentualne pociągnięcie do odpowiedzialności karnej Donalda Trumpa jest już w gestii Departamentu Sprawiedliwości. Wszystko zależy od tego, czy materiał, który komisji uda się zgromadzić będzie wystarczający, aby zainicjować sprawę karną. 

Trwają publiczne przesłuchania komisji ws. ataku na Kapitol.
fot. AP/Associated Press/East News

Kto wchodzi w skład komisji w Izbie Reprezentantów?

Komisja została powołana głosami przede wszystkim Demokratów, ale starano się stworzyć ponadpartyjne przedsięwzięcie. Zaproszono do niej oczywiście Republikanów. Na początku wydawało się, że być może uda się stworzyć ponadpartyjną komisję. Lider mniejszości republikańskiej w Izbie Reprezentantów Kevin McCarthy nawet zaproponował konkretne nazwiska. Te były jednak nieakceptowalne dla Demokratów. 

Dlaczego?

Z tego względu, że część z nich była uwikłana we wcześniejsze głosowania dotyczące odpowiedzialności Trumpa przed Kongresem, chociażby w przypadku impeachmentu. Byli to też ludzie zaangażowani w cały proces, który doprowadził do wydarzeń z 6 stycznia. Trudno, żeby zostali sędziami we własnej sprawie. W odpowiedzi na ten sprzeciw McCarthy uznał, że ta komisja ma na celu zaszkodzenia Republikanom, a cel jest stricte polityczny. Ostatecznie w 9-osobowym składzie komisji znalazło się dwóch Republikanów, ale powołanych przez Nancy Pelosi, czyli stronę demokratyczną. Jest to Adam Kinzinger, który tak naprawdę jest już jedną nogą poza Izbą Reprezentantów. Ogłosił, że nie wystartuje w wyborach w 2022 roku, więc nie musi się obawiać politycznych konsekwencji takiego kroku. Jest także Liz Cheney, czyli córka byłego wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych z czasów George'a Busha juniora. Jeszcze do niedawna odgrywała bardzo znaczącą rolę w Izbie Reprezentantów, bo była trzecią osobą w hierarchii Republikanów. Gorąca krytyka Donalda Trumpa i wydarzeń z 6 stycznia oraz udział w komisji spowodowało, że utraciła swoje stanowisko w Izbie Reprezentantów. Nie może już też liczyć na poparcie Republikanów w Wyoming, gdzie wygrywała wybory, a ostatecznie całej partii Republikańskiej. To pokazuje, czemu inni Republikanie nie będą się chętnie angażować w tego rodzaju przedsięwzięcia. 

Czyli trudno jednak mówić o ponadpartyjnym przedsięwzięciu.

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że to nie jest ponadpartyjne przedsięwzięcie. Demokratom udało się doczepić do składu komisji dwóch republikańskich outsiderów, ale i tak jest to akcja partii Demokratycznej. To oczywiście ma z punktu widzenia Demokratów swoje zalety, bo pozwala im kierować pracami tej komisji w takim kierunku, jaki im najbardziej odpowiada i bez prób obstrukcji ze strony opozycji. Natomiast to też odbiera w jakimś stopniu legitymizację dokonań tej komisji. Republikanom bardzo łatwo jest przekonać swój elektorat do tego, że jest to część polowania na Donalda Trumpa, które zaczęło się wraz z dochodzeniem Millera w sprawie rosyjskich powiązań jego kampanii z 2016 roku. Później mieliśmy jedną próbę impeachmentu, drugą i wreszcie obrady tej komisji. To z perspektywy wyborcy republikańskiego układa się w logiczny ciąg, który pozwala mu odrzucać doniesienia tej komisji. 

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że to nie jest ponadpartyjne przedsięwzięcie

Tego logicznego ciągu nie zaburzają zeznania na niekorzyść Trumpa wygłaszane przez jego współpracowników?

Rzeczywiście pojawiają się często niekorzystne dla Trumpa zeznania. Natomiast mam wrażenie, że przy tak dużej polaryzacji, jaka w Stanach Zjednoczonych występuje, odkrycia tej komisji nie przekonają republikańskich wyborców. Pozostaje oczywiście pytanie, czy to, co uda się komisji odkryć, będzie dostatecznym materiałem, by zajął się tym dalej Departament Sprawiedliwości.

Śledzisz przesłuchania komisji. Jest coś, co cię najbardziej zaskoczyło?

O ile uda się potwierdzić, to takim najbardziej bulwersującym zeznaniem było to wygłoszone przez Cassidy Hutchinson, byłą doradczynię szefa personelu Białego Domu. Jest ono bardzo spektakularne, ale część tych zeznań dotyczyła sytuacji, które tylko zna ze słyszenia. Pytanie, czy te osoby, które cytowała, potwierdzą to. Mimo wszystko, to co ona mówi, wskazuje, że poziom tego "odklejenia" Donalda Trumpa jest olbrzymi. Mowa tu o narracji o sfałszowanych wyborach i tym, jak wierzył w szanse na odwrócenie rezultatu. Natomiast to, co wiemy dzięki zeznaniom Cassidy Hutchinson, czyli Trump rzucający talerzami w ścianę, próbujący przejąć kierownicę, czy zaatakować kierowcę by ten zawiózł go na Kapitol w momencie, kiedy tłum próbuje się tam wdzierać, Trump bagatelizujący, że w tłumie mogą znaleźć się uzbrojeni ludzie, bo o nie przyszli tutaj po niego, więc zrezygnujmy z wykrywaczy metalu, czy wreszcie Trump mówiący, że Mike Pence być może zasłużył na to, co skandował tłum o powieszeniu wiceprezydenta, to wszystko to jest jednak poziom "odklejenia", którego nie mogliśmy się spodziewać wcześniej, nie znając tych zeznań. Drugim odkryciem komisji dotyczącym tego, co działo się wewnątrz Białego Domu, jest pewien rodzaj chaosu formalnego. Mamy zeznania i dowody w kwestii niszczenia przez Trumpa rozmaitych notatek, co nie powinno mieć miejsca, czy wykorzystywania przez Trumpa niezarejestrowanego telefonu w czasie protestów na Kapitolu. To powoduje, że dzisiaj nie mamy jasności, z kim Donald Trump rozmawiał w tych kluczowych godzinach.

Najwięcej emocji przyniosły zeznania Cassidy Hutchinson, najbliższej asystentki szefa personelu Białego Domu za prezydentury Trumpa
fot. AP/Associated Press/East News

Jaki dowód musiałaby zebrać komisja, aby mogło dojść do postawienia zarzutów Trumpowi przez Departament Sprawiedliwości?

Komisja musiałaby potwierdzić zarzut dotyczący świadomego skierowania uzbrojonego tłumu na Kapitol. Podstawą do zarzutów dla Trumpa mogłoby być również niszczenie przez niego notatek i używanie niezarejestrowanego telefonu. Mogłoby być to uznane za próbę utrudniania późniejszych prac śledczych. Rysuje się kilka możliwości. Ważne jest na ile komisji uda się potwierdzić te najbardziej spektakularne zeznania Cassidy Hutchinson, bo jak na razie mamy słowo przeciwko słowu i w dodatku mamy doniesienia, że część agentów Secret Service kwestionuje tę historię o próbie przejęcia kierownicy przez Trumpa, żeby pojechać na Kapitol. Materiał dowodowy, który zostanie zebrany przez komisję, będzie musiał potem zostać skrupulatnie zweryfikowany przez wymiar sprawiedliwości. Wtedy się okaże, czy dojdzie do spektakularnego zakończenia tej sprawy. Pamiętajmy, że komisja Millera w sprawie powiązań z Rosjanami w czasie kampanii Trumpa mimo obiecującego raportu nie zakończyła się konsekwencjami prawnymi dla byłego prezydenta USA. 

Demokraci muszą też pospieszyć się z finalizacją prac komisji.

Gdyby się prace komisji przedłużyły do jesieni, to może się okazać, że Republikanie przejmą władzę w Kongresie i po prostu zamkną prace tej komisji. Demokraci mają tego świadomość i dlatego chcą zamknąć dochodzenie komisji jeszcze przed początkiem przyszłego roku, kiedy nowo wybrani reprezentanci Izby Reprezentantów przejmą władzę. Takie ryzyko istnieje, ale myślę, że ludzie, którzy są zaangażowani w prace tej komisji, mają tego pełną świadomość. Niewątpliwie, celem politycznym tej komisji są nadchodzące w listopadzie wybory, które nie będą dla Demokratów łaskawe. Bardzo potrzebują ustaleń tej komisji, żeby przypomnieć wyborcom o tym, że gdzieś w tle za partią Republikańską wciąż znajduje się Donald Trump. W 2022 roku Demokraci po raz pierwszy muszą się zmierzyć z tym, że Donalda Trumpa nie ma na karcie do głosowania. Nie ma go w Białym Domu. Nie można jednoznacznie powiedzieć, że opowiedzenie się przeciwko Demokratom, albo pozostanie w domu i nie głosowanie, to jest głos na rzecz Donalda Trumpa.

Andrzej Kohut - absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego, ekspert i publicysta Klubu Jagiellońskiego, amerykanista, autor podcastu “Po amerykańsku” i książki “Ameryka. Dom podzielony”.

Mateusz Kapera
Mateusz Kapera

Dziennikarz RadioZET.pl. Śledzi tajemnicze powiązania w sferze polityki i biznesu. W weekendowym magazynie Radia ZET publikuje materiały dla czytelników ciekawych świata. Wcześniej dziennikarz programu Uwaga! TVN i krakowskich redakcji Polska Press. Były członek Stowarzyszenia MediaTory. Masz temat? Napisz: mateusz.kapera@radiozet.pl

Twitter: https://twitter.com/MateuszKapera

C