Słuchaj
Mateusz Ptaszyński, Marcin Sońta
Michał Korościel
Damian Michałowski, Ewelina Pacyna
Redakcja Radia ZET
Sprawdź co graliśmy

Teraz gramy

Wywiad Elisabeth Revol: miałam halucynacje, Tomek nie mógł oddychać

01.02.2018 08:56
xxx wiadomosci

— Niezwykła przygoda, która zamieniła się w dramat — tak określiła wydarzenia na Nanga Parbat Elisabeth Revol. Uratowana przez polskich himalaistów Francuzka, która wróciła już do kraju i przebywa w klinice w Sallanches, opowiedziała agencji AFP przebieg zdarzeń.

Wywiad Elisabeth Revol: miałam halucynacje, Tomek nie mógł oddychać fot. Twitter

Revol w bardzo oszczędny, skoncentrowany na szczegółach technicznych sposób wróciła do tego, co wydarzyło się przed zdobyciem i po zdobyciu przez nią oraz Tomasza Mackiewicza Nanga Parbat (8126 m).

Jak przypomniała, była to już jej czwarta, Mackiewicza — siódma, a ich wspólna trzecia próba zimowego wejścia na „zabójczą górę”. O Polaku mówiła wciąż w czasie teraźniejszym, określiła go jako himalaistę-pasjonata doskonale zaznajomionego z tą górą.

Spotkali się 20 stycznia, a kilka dni później dotarli na wysokość ponad 7000 m. — Byliśmy wtedy w dobrej kondycji — zaznaczyła.

U stóp Nanga Parbat znaleźli się o godz. 17:15. Mimo wahań nie potrafili opanować ogromnej chęci, by zdobyć szczyt jeszcze tego samego dnia i zdecydowali się kontynuować podejście. Po 45 minutach byli już na nim — relacjonowała.

Wtedy zaczęły się problemy. — Tomek powiedział mi: „nic nie widzę”. Nie zostaliśmy na szczycie nawet sekundy. To była ucieczka w dół — wyznała agencji AFP. Mackiewicz trzymał się jej ramienia i w ten sposób rozpoczęli — jak podkreśliła — „bardzo długie schodzenie na terenie więcej niż trudnym, do tego w warunkach nocnych”.

— W pewnym momencie nie mógł już oddychać, zdjął osłonę, którą miał na ustach i prawie natychmiast zaczął zamarzać. Jego nos stał się niemal natychmiast biały, podobnie ręce i stopy — mówiła — jak wspomniano w treści depeszy — „z rozpaczą w głosie”.

Zatrzymali się na dnie zagłębienia, w którym próbowali znaleźć osłonę od morderczego wiatru. Mackiewicz nie miał już sił, by wydostać się z tej szczeliny i zejść do obozu. O świcie sytuacja stała się tragiczna.

 — Krew nie przestawała wyciekać z jego ust. Symptomy ogólnej opuchlizny będącej ostatnią fazą choroby wysokościowej, hipoksji hipobarycznej, która jest konsekwencją przebywania na dużej wysokości i niedotlenienia, wskazywały, że szanse na przeżycie Tomasza są niewielkie — wspomniała.

— Zawiadomiłam, kogo tylko mogłam, że Tomek nie ma sił zejść samodzielnie niżej — dodała. Zaczęła się wymiana wiadomości, które miały pomóc w zaaranżowaniu pomocy. — Niektóre z nich nigdy nie dotarły, co jeszcze bardziej komplikowało sprawy — wskazała „Eli” w rozmowie z AFP.

— Powiedziano mi: „jeśli zejdziesz do 6000 m, będzie można zgarnąć ciebie, a Tomka z wysokości 7200 m przy użyciu śmigłowca”. Tak to było — wyznała.

Mackiewiczowi miała tylko powiedzieć: „Słuchaj, helikoptery przybędą tu późnym popołudniem, a ja muszę zejść; one tu dotrą, by Ciebie zebrać”.

Z jej słów wynika, że wysłała jeszcze dokładną lokalizację Tomka z użyciem GPS, a następnie postarała się go „opatulić, jak tylko mogła”.

— Schodziłam z myślą, że wszystko się dobrze skończy. Niczego nie zabrałam — ani śpiwora, ani namiotu. Niczego. Śmigłowce miały dotrzeć po południu — wyznała. Ale śmigłowce nie przybyły — napisała w komentarzu AFP.

Kolejną noc spędziła w skalnej szczelinie, podobnie jak Mackiewicz, na dodatek bez żadnego wyposażenia. — Kryłam się w tej jamie i cała się trzęsłam z zimna, ale moja sytuacja nie była beznadziejna. Bardziej obawiałam się o Tomka, który był o wiele bardziej osłabiony niż ja — powiedziała.

Revol zdradziła AFP, że po raz pierwszy w życiu miała halucynacje, których do tej pory udawało się jej w górach uniknąć. Wydawało się jej, że ktoś jej przyniósł ciepłą herbatę, a „w ramach podziękowania będzie musiała zdjąć i oddać swoje buty”.

Postanowiła pozostać na wysokości 6800 m, by nie tracić sił i chronić resztki ciepła. — Słyszałam z daleka lot śmigłowca poniżej lodowca, ale był zbyt daleko, a poza tym zaczął wiać silny wiatr — nadmieniła.

Gdy dotarła do niej wiadomość, że helikopter nie przybędzie wcześniej niż nazajutrz i że będzie musiała spędzić trzecią noc pod gołym niebem, postanowiła rozpocząć schodzenie. — To stało się kwestią przeżycia — powiedziała.

AFP podkreśliła, że wiadomość o tym, że Denis Urubko i Adam Bielecki wyruszyli z akcją ratunkową, nigdy do Revol nie dotarła.

Swoje zejście opisała jako „ostrożne, spokojne” i to „mimo kompletnie przemoczonych rękawic i przenikliwego zimna”. Około godz. 3 nad ranem zobaczyła światło w ciemnościach i zaczęła krzyczeć. — To było niesamowite uczucie — przyznała.

Zapytana, czy powróci w góry, odpowiedziała, że tak. — Bo jest to mi potrzebne do życia — podsumowała z kliniki w Sallanches w Alpach francuskich, gdzie przechodzi leczenie w związku z poważnymi odmrożeniami obu rąk i lewej stopy.

Do Francuzki znajdującej się na wysokości 6000-6100 m w nocy z soboty na niedzielę czasu miejscowego dotarli Bielecki i Urubko. W akcji ratunkowej brali też udział dwaj inni uczestnicy wyprawy na K2 — Jarosław Botor i Piotr Tomala. Na wysokości około 7200 m pozostał Mackiewicz. Ze względu na pogarszające się warunki atmosferyczne nie było możliwości, by kontynuować akcję.

RadioZET.pl/PAP/KM

Oceń