Zamknij

Zamieszki na Białorusi. Relacja z Mińska. "Mamy tutaj małą rewolucję"

11.08.2020 19:37
Zamieszki na Białorusi 2020. Relacja z Mińska
22 Zobacz galerię
fot. Piotr Drabik

Białorusini w ciągu dnia udają, że nic szczególnego się nie dzieje. Jednak po zmierzchu zbierają się i głośno krzyczą: "Swoboda!" (Wolność). Z tego powodu są bici pałkami i ranni od gumowych gul. Z każdym dniem opór społeczeństwa jest coraz większy.

- Tak nie wygląda rewolucyjny nastrój - pomyślałem sobie siedząc na ławce w Parku Janka Kupały w centrum Mińska. W niedzielę wyborczą mieszkańcy stolicy Białorusi nie wyglądali na podenerwowanych. Od poranka trwał ostatni dzień głosowania na prezydenta. Wyborcy mogli postawić krzyżyk na karcie przy jednym z pięciu nazwisk. Liczyły się tylko dwa - Alaskandr Łukaszenko (dyktator rządzący Białorusią od 1994 roku) oraz Swietlana Cichanouska (główna kandydatka opozycji, żona aresztowanego blogera).

Według oficjalnej propagandy trwało "święto demokracji" - lokale wyborcze wypełniły się głosującymi, dla których przygotowano wyprzedaże produktów, festyny i koncerty. Wśród tych, którzy ustawili się w długich kolejkach do urn wyborczych, z łatwością można było zobaczyć na nadgarstkach białe opaski. Czasami jako bandaże, odblaskowe taśmy czy gumowe obręcze. Własnie w ten sposób ludzie manifestowali poparcie dla opozycji i Cichanouskiej. 

Strach przed nieoznakowanymi busami

O godz. 20, kiedy państwowa telewizja podawała wyniki exit poll (Łukaszenka uzyskał w nich ponad 70 proc. poparcia), ulice centrum Mińska były pełne przechodniów. Jednak to nie było normalny niedzielny wieczór. Od popołudnia stopniowo zanikał dostęp do internetu - najpierw portali społecznościowych (Twitter, Facebook, Telegram), a potem w ogóle do stron w sieci. W ten sposób władze chciały utrudnić ludziom gromadzenie się w niedzielny wieczór.

Zobacz także

Już kilka dni wcześniej opozycyjni blogerzy wzywali Białorusinów, aby po zakończeniu głosowania gromadzili się przed komisjami wyborczymi oraz w centrach miast. Spacerując po ulicach Mińska zauważyłem jednak tylko kilkanaście osób przy dwóch punktach wyborczych. Wszyscy mieli na nadgarstkach białe opaski. Z godziny na godzinę w centrum przybywało służb. Za rządowymi budynkami pojawiły się więźniarki, armatki wodne, uzbrojeni po zęby funkcjonariusze z pasami i nieoznakowane busy.

Te ostatnie pojazdy wywołują największy strach na ulicach Mińska. Za każdym razem wychodząc z hotelu bałem się, że jeden z nich zatrzyma się tuż obok mnie. W tych busach jeżdżą ubrani po cywilnemu funkcjonariusze OMON - specjalnej jednostki milicyjnej do tłumienia protestów i prześladowania opozycji. Szukają potencjalnych ofiar i wciągają je do środka, wywożąc w nieznanym kierunku. Ich pojawienie się na ulicach poprzedza wejście do akcji uzbrojonych jednostek. 

Gdy zbliżała się godz. 22, kiedy miały rozpocząć się niedzielne protesty na ulicach Mińska i innych białoruskich miast, coraz częściej słyszałem klaksony. W ten sposób dawano znak do rozpoczęcia protestów i informowano resztę, gdzie zbiera się tłum. Tym miejscem nie był Prospekt Niezależności - główna ulica stolicy, wzdłuż której mieszczą się rządowe budynki. Milicja kompletnie zamknęła szeroką aleję.

Podążając za klaksonami, trafiłem na bulwary przy Świsłoczu - rzecze przepływającej przez Mińsk. Przed Pałacem Sportu nagle zebrało się kilkaset osób, które zaczęły krzyczeć: "Żywie Biełarus!". Atmosferę pokojowego protestu zakłóciła grupka osób biegnąca w naszą stronę. 

Nie czekając na powód paniki, pobiegłem razem z tłumem w boczne uliczki. Nikt nie pytał się wzajemnie, co się dzieje. Każdy wiedział, że podjechały własnie busy OMON-u. Tym razem udało mi się schować w jednej z bocznych uliczek. W kompletnej ciemności, pomiędzy nieznanymi sobie budynkami, usłyszałem głośny wybuch. Pierwsza myśl: to na pewno fajerwerki, ktoś próbuje odciągnąć uwagę służb od protestów. Dopiero potem dowiedziałem się, że to granaty hukowe i dymne, których eksplozje słuchać w całym mieście. 

Milicja przerwała karnawał opozycji

Widziałem coraz dłuższe szpalery więźniarek, które jechały w stronę Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej - to tam rozegrały się najbrutalniejsze starcia w wyborczą niedzielę. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że kolumna uzbrojonych funkcjonariuszy OMON idzie w moją stronę. Razem z tłumem znalazłem się na moście niedaleko ulicy Zybickaja - to popularne miejsce spotkań młodych. Ktoś z protestujących nagle stanął na ulicy i zatrzymał ruch samochodowy. Szybko przykład z niego wzięli inni.

Zobacz także

Przez kolejną godzinę trwał w tym miejscu karnawał opozycji - z samochodów puszczano piosenkę "Chcemy zmian" radzieckiego rockmana Wiktora Coja oraz wiwatowano z biało-czerwono-białymi flagami (symbol narodowy sprzed objęcia władzy przez Łukaszenkę). Jedynym incydentem była próba zatrzymania milicyjnego radiowozu, ale po chwili tłum puścił dalej samochód służb. - Mamy tutaj małą rewolucję - powiedziała mi stojąca w tłumie młoda dziewczyna.

Fetę na moście przerwały złowrogie stukania - to były odgłosy tarcz uzbrojonych funkcjonariuszy do tłumienia protestów. Coraz szybciej nacierali w stronę tłumu. Wcześniej pojawiły się również nieoznakowane busy. Znów udało mi się szybko zbiec z miejsca łapanki. Próbując złapać oddech, dostałem się na punkt widokowy przy cerkwi. Widziałem na własne oczy, jak milicjanci z kaskami na głowach biją pałkami protestujących. Co tak rozwścieczyło funkcjonariuszy? W ich stronę nie poleciały żadne butelki, kostki brukowe czy śmietniki, ale hasła: "Swoboda!" i "Żywie Biełarus!". 

Zapobiegawczy uciekłem w stronę centrum miasta, szukając schronienia w ciemnych alejkach. Odcięty od informacji szedłem za odgłosem klaksonów - były one coraz cichsze, bo milicja odcinała kolejne ulice. Tłum entuzjastycznie witał każdy pojazd, który "dawał głos" na widok demonstrantów. Widząc, co milicja robi z zatrzymanymi, bałem się znów podejść w stronę tłumu. W końcu jednak znalazłem się na skrzyżowaniu Prospektu Pieremożcau i Niemiha.

To, co tam zobaczyłem, odebrało mi mowę. Grupa młodych dziewczyn klęczała przed szpalerem OMON-u - kilkudziesięciu mężczyzn ubranych w specjalne czarne pancerze. Wśród nich dziewczyna, która przed sobą miała kwiaty. Z zamkniętymi oczami modliła się, żeby funkcjonariusze nie bili ludzi, nie puszczali granatów hukowych, nie używali armatek wodnych wobec bezbronnych ludzi. Reszta tłumu próbowała rozmawiać z milicjantami - bez odpowiedzi.

Próbując uwiecznić ten moment zauważyłem, jak nagle szpaler OMON-u rozstąpił się i wyjechały z niego trzy nieoznakowane busy. Tylko kątem oka zauważyłem, że siedzią w nich mężczyźni ze słuchawkami w uszach. Nawet nie zdążyłem nic powiedzieć, a moje nogi już same zaczęły rwać się do ucieczki. Nie oglądając się za siebie, co sił w nogach pobiegłem w boczną uliczkę. Nie wiem, czy wtedy kogoś złapali.

Zobacz także

Zbliżała się godz. 1 w nocy z niedzieli na poniedziałek. Postanowiłem wrócić do hotelu. Po drodze spotkałem dużą grupę manifestantów i samochody blokujące przejazd - większość z nich trąbiła, a okoliczni mieszkańcy wyszli z bloków. Znów w tłumie pojawiła się biało-czerwono-biała flaga. Przyglądając się zbiegowisku już wiedziałem, jaka będzie moja droga ucieczki. Po kilku minutach wbiegłem na oświetlone i wysokie schody - wcześniej widziałem tylko, jak milicja z tarczami napiera na tłum. 

Nerwowo chwytając za klamkę drzwi wejściowych do hotelu zdziwiła mnie reakcja portiera. Przez cały dzień czytał książkę - kompletnie niewzruszony tym, co się dzieje na mieście. - Następnym razem proszę dzwonić dzwonkiem - powiedział do mnie, w ogóle nie pytając dlaczego o godz. 2 wracam i jaka jest sytuacja w Mińsku.

Cisza przed burzą

W poniedziałkowy poranek spodziewałem się wielu rzeczy, ale nie tego, że ludzie spokojnie wrócą do codziennego życia. W moim smartfonie nadal nie było internetu. Jednak blokada informacyjna i nocne starcia z milicją nie powstrzymały większości mieszkańców Mińska do pójścia do pracy. Na ulicach w ogóle nie było milicji - jednak co jakiś czas widziałem nieoznakowane busy. 

W porównaniu do dnia poprzedniego, poniedziałek aż kipiał od społecznego napięcia. Do ludzi dochodziły strzępki informacji. Dopiero łapiąc na chwile internet dowiedziałem się, że w wyborczą noc demonstrowano w około 30 miastach Białorusi i w całym kraju zatrzymano 3 tys. osób. 

Włączam telewizje. Różne państwowe kanały, jak w orwellowskiej fikcji, podawały te same informacje w niezmienionym szyku - Łukaszenko wygrał wybory, Łukaszenko odwiedził nową inwestycję technologiczną, Łukaszenko oskarżył Zachód o wzniecanie zamieszek. Krótko pokazywano również zdjęcia z zamieszek, bez ujęć milicjantów, oraz nazwano demonstrantów "chuliganami". 

Czekam na godz. 19 - to wtedy mieli zbierać się w poniedziałek zwolennicy opozycji. Na Prospekcie Niezależności tylko pojedyncze samochody włączają klaksony. Przenoszę się w okolicę Pałacu Sportu zakładając, że na dużym placu przy rzecze zbierze się tłum.

Nie pomyliłem się. Spacerując w stronę Pałacu Sportu grupa osób przede mną stanęła bez ruchu, gdy popatrzyli w prawo. Przeraził ich widok kilkunastu samochodów opancerzonych, armatek wodnych, więźniarek i ubranych na czarno funkcjonariuszy. Niektórzy z nich po drugiej stronie ulicy już organizowali łapanki.   

Zobacz także

Zrobiłem zdjęcie z ukrycia i wróciłem się w drugą stronę. Wiedziałem, że po ulicy jeżdżą dwa szare busy. Udając przechodnia usiadłem na chwile na ławce. Nagle z tyłu podjechał nieoznakowany bus. Czuję, jak przyspiesza mi bicie serca. Bus zawrócił i był już tuż za moimi plecami.

Poczekałem kilka sekund, wstałem z ławki i szybkim krokiem poszedłem w stronę centrum. Dopiero, jak odszedłem obróciłem się i widziałem, jak młody chłopak został wciągnięty do busa. Już mniej bałem się wojskowych pojazdów, w których siedzieli żołnierze w kamizelkach kuloodpornych.  

W poniedziałek nie było już "klaksonowej orkiestry". Wraz ze zmierzchem pustoszały główne ulice. Milicja postanowiła zablokować ruch, aby ludzie nie wiedzieli w jakich miejscach się zbierać. W powietrzu było czuć gęstą atmosferę - prawdziwą ciszę przed burzą.

Stojąc na mostku nad Świsłoczem widziałem coraz większy tłum - ludzie nieśmiele klaskali i wznosili antyrządowe hasła. Wszyscy wiedzieli, że milicja ostro spacyfikowała niedzielne protesty. Nadal działały połączenia telefoniczne - pocztą pantoflową przekazywano sobie informacje. 

Granatem w tłum

O godz. 21:30 ląd zapalił bombę. Tysiące Białorusinów zajęło ulicę przed Pałacem Sportu. Utworzyli żywy łańcuch, śpiewali i czekali na reakcję milicji. Podjeżdżające więźniarki "witano" gwizdami. Część z protestujących była gotowa na starcie z milicją. Zaprawieni w boju wiedzieli, że może się to skończyć tylko na karze administracyjnej lub przesłuchaniu. Nagle ktoś z tłumu dostrzegł ukryte barierki - zaczęła się budowa prowizorycznej barykady.

Jeszcze nie skończyłem tego nagrać na smartfona, a ludzie już rzucili się do ucieczki. Za sobą słyszałem tylko granat hukowy. Gorączkowo myśląc, gdzie mogę tym razem uciec, pobiegłem w stronę ulicy Zybickaja i dalej do Prospektu Niezależności. Zbladłem, kiedy z bocznej uliczki wyszło nagle dwóch milicjantów w rynsztunku bojowym, co chwile uderzając pałkami o twardy pancerz. Udając zgubionego przechodnia poszedłem dalej. 

Przez kolejne minuty obserwowałem opustoszałą ulice Namiha kiedy jeden z przechodniów zawołał: "ludzie, na Prospekt Puszkina, tam się teraz dzieje!". Niektórzy dalej poszli za nim. Dopiero we wtorkowy poranek dowiedziałem się, że właśnie tam doszło do największych starć. Jedna osoba zginęła, a milicjanci strzelali do wypełnionych ludźmi autobusów i dziennikarzy. W ruch poszedł również gaz łzawiący.   

Zobacz także

Po tym, jak władze zamknęły główne arterie i centrum w Mińsku, protesty przeniosły się na obrzeża. Ludzie wychodzili z bloków i dołączali do spontanicznych zgromadzeń. Milicja z opóźnieniem reagowała na demonstracje. Z okna hotelowego do późnych godzin nocnych słyszałem wybuchu. Każdy z nich oznaczał, że w tłum został rzucony granat hukowy.

- Na pewno ludzie normalnie pójdą do pracy - pomyślałem sobie we wtorkowy poranek pamiętając, co działo się w poniedziałek po zamieszkach. Jednak na ulicach Mińska było dość pusto, jak na 2-milionowe miasto. Wiele lokali było zamkniętych. Ze szczepków informacji dowiedziałem się o strajkach w niektórych zakładach pracy. To ewenement w skali białoruskiego społeczeństwa. Rewolucyjny nastrój był już w pełni wyczuwalny, kiedy opuszczałem Mińsk.           

Podczas, gdy milicja brutalnie tłumiła demonstrantów, rządowa telewizja ONT na koniec nadawania we wtorek puściła kilp z hymnem Białorusi, radośnie śpiewanym przez mieszkańców:

Razem z braćmi przez wieki mężnie
Broniliśmy rodzinnego progu.
W bitwach o wolność, w bitwach o los
Zdobywaliśmy nasz zwycięstwa sztandar.

RadioZET.pl