Zamknij
Dawod Zai
Dawod Zai
fot: arch. prywatne

Rok temu uciekł przed talibami. Zamiast strachu, wybrał nadzieję

Piotr Drabik
Piotr Drabik Redaktor Radia Zet
12.08.2022 14:09

Od roku Polska jest jego domem. Kiedy schronienia szukało tutaj setki tysięcy Ukraińców i on przyszedł im z pomocą. Sam wie, jak to jest uciekać przed wojną. Dawod Zai z Afganistanu nie chce, żeby widziano w nim tylko uchodźcę.

Współautor tekstu: Jakub Mirowski

Dworzec Zachodni od końca lutego był wypełniony uchodźcami. Po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę Warszawa stała się miejscem schronienia dla setek tysięcy osób. Wolontariusze z organizacji pozarządowych i mieszkańcy na własną rękę przekazywali żywność, szukali noclegów, przytulali. W gronie pomagających pojawił się mężczyzna z ciemnymi włosami, sygnetem na palcu i szczerym uśmiechem. Codziennie przyjeżdżał na dworzec z zebranymi darami. Pytał różnych grup, czy może się do nich przyłączyć. Wszędzie słyszał odmowy.

Zaczął działać samodzielnie i aktywizować osoby ze swojego otoczenia. Organizował zbiórki odzieży wśród znajomych, a następnie przekazywał je organizacjom charytatywnym stacjonującym na stołecznych dworcach. Szczególnie wspomógł tych uciekinierów z Ukrainy, którzy pochodzili z innych krajów. - Podałem wolontariuszom swój numer i powiedziałem: znam angielski, urdu, perski, hindu i paszto. Jeśli przyjedzie ktoś, z kim nie będziecie się potrafili porozumieć, zadzwońcie do mnie - wspomina.

W ten sposób Dawod stał się osobą kontaktową dla osób z Afganistanu, Pakistanu, Indii czy krajów Azji Środkowej. Prosił w ich imieniu o wsparcie na grupach w mediach społecznościowych, pomagał w zakupie biletu kolejowego czy odnalezieniu się w nowym mieście. Szczególnie wspomina rodzinę, która do Ukrainy trafiła z jego ojczyzny, by z kolei po rozpoczęciu rosyjskiej agresji zbiec do Polski. Rodzice z dziećmi siedzieli przez kilkanaście godzin na dworcu, oczekując na pociąg do Niemiec, bez pieniędzy i jedzenia. - Gdy się o tym dowiedziałem, przygotowałem im tradycyjny afgański posiłek, na kolację oraz na drogę - opowiada. 

Dawod Zai (z lewej) i Barbara Deryłło-Radecka (z prawej)
fot. arch. prywane

- Dawod się do nas zgłosił po tym, jak inne organizacje charytatywne i pomocowe nie chciały go przyjąć do siebie. Zapytał, czy może z nami pomagać Ukraińcom. Przyjęliśmy go od razu, aż był tym zaskoczony - wspomina Dorota Graniszewska z grupy ratowników A3B. Dodaje, że jest ciepłym i pogodnym człowiekiem, pali się do pracy. Inna członkini organizacji, Barbara Deryłło-Radecka, dodaje: - Nie mieliśmy żadnego problemu z tym, że jest z Afganistanu. Udało mu się zdobyć nawet cały karton past do zębów dla uchodźców.

Afganistan. Żyliśmy w wojnie

Pomagał uchodźcom, bo sam jest jednym z nich. Dlatego płakał z Ukraińcami i rozumiał ich jak mało kto.. - Urodziliśmy się podczas wojny, dorastaliśmy podczas wojny i żyliśmy w wojnie - mówi wprost Sabur Shah Dawod Zai. W 1994 roku, kiedy się urodził, ,Afganistan był pochłonięty krwawym wewnętrznym konfliktem o władzę po zakończeniu sowieckiej interwencji. Dawod pochodzi z prowincji Nangarhar przy granicy z Pakistanem. Ojciec był przedsiębiorcą, matka (jak w tradycyjnej tamtejszej rodzinie) zajmowała się wychowaniem licznego potomstwa.

Dawod od dziecka interesował się komputerami. Nieraz zawstydzał nauczycieli wnikliwymi pytaniami o informatykę, którą mało kto zgłębiał w rejonie pochłoniętym wojną. Dorastając, szybko zorientował się, że w Afganistanie nie ma dziedziny, na którą nie wpływałaby polityka. Życiem publicznym zainteresował się na dobre w 2017 r., kiedy skończył studia informatyczne. W tym czasie talibowie kontrolowali tylko 13 na prawie 400 afgańskich dystryktów, a większe i mniejsze miasta były wstrząsane atakami terrorystycznymi. Wojska koalicji pod dowództwem USA powoli szykowały się do opuszczenia kraju.

- Kiedy talibowie i członkowie ISIS zastraszali społeczność własnymi walkami, ludzie nie wychodzili na zewnątrz po zmroku ze strachu. Z tego powodu nawet podczas ramadanu (muzułmański post - red.) ciężko było zainicjować jakieś wydarzenie - wspomina Dawod. Młody Afgańczyk miał już pierwsze doświadczenia z organizacjami młodzieżowymi i aktywistami. Wraz z grupą przyjaciół postanowił pokazać, że można normalnie żyć. W rodzinnej prowincji podczas ramadanu zorganizował po zmroku otwarte wydarzenie, w tym mecz krykieta. 20 maja 2018 r. zapamięta do końca życia. - Podczas inauguracji, kiedy zakończyliśmy mecz, zaatakowano nas. Tej nocy straciłem 8 swoich przyjaciół. Byłem jedyną osobą, która przeżyła ten atak - tłumaczy. Na smartfonie pokazuje moment wybuchu. Widać na nim, jak grupa mężczyzn stoi w półkolu, niektórzy jeszcze w strojach po meczu. Wspólną modlitwę przerywa nagle huk, błysk światła i smuga dymu.

- Nie wiem, kto ten zamach przeprowadził, ale miał on utwierdzić ludzi w przekonaniu, że Afganistan nie jest bezpiecznym miejscem. Każdy, kto chce to zmienić, jest zagrożony. Przez 10 kolejnych dni nikt nie wychodził po ósmej wieczorem - wspomina Dawod. Ta noc trwała znacznie dłużej niż przypuszczał. - Na ulicy niedaleko boiska był tuktuk wypełniony ładunkami wybuchowymi. Kiedy doszło do eksplozji, pojawili się również atakujący z granatami. Ranny uciekłem w stronę rzeki, choć nie umiałem pływać. Nie miałem innego wyjścia. Musiałem udawać martwego, żeby atakujący nie strzelali do mnie.

Dawod Zai (drugi od lewej) i ostatni demokratyczny prezydent Afganistanu Aszraf Ghani (w środku)
fot. arch. prywatne

W sumie Dawod miał 15 różnych operacji, zanim wrócił do pełni zdrowia. Ojciec kazał mu wybierać - albo działalność publiczna, która w takich warunkach politycznych może przynieść śmierć, albo ustatkowanie się. Po wielu rozterkach wybrał drugą opcję. Z czasem jednak znalazł pracę w jednej z organizacji pozarządowych, a jego talent i wiedzę o komputerach w końcu dostrzegł Dżamhuriat - tak mieszkańcy Afganistanu nazywają rządy republikańskie (w odróżnieniu od Emiratu, oznaczającego władzę islamską). Dawod skorzystał z propozycji pracy przy centralnej komisji wyborczej, skąd trafił dalej do biura jednej z wiceminister spraw wewnętrznych. Jednocześnie rozkręcał działalność własnej fundacji, której celem była bezpośrednia pomoc najbardziej potrzebującym - kobietom z dziećmi czy represjonowanym dziennikarzom.

Afganistan. Torba i kilka herbatników

Podobnie jak wielu urzędników wiedział, że sprawy kraju zmierzają w złym kierunku. Od początku 2021 r. talibowie zuchwale przejmowali kolejne dystrykty i prowincje, czekając tylko na całkowite wycofanie się wojsk koalicji z Afganistanu. USA, a wraz z nimi reszta sojuszników, zakładała, że władze z prezydentem Aszrfem Ghanim podejmą walkę z talibami i nie oddadzą Kabulu. W obliczu tych niepokojów Dawod postanowił znaleźć uczelnię na studia magisterskie. Wybór padł na Indie. - Tamtejsza uczelnia ciągle chciała ode mnie pieniądze, mimo że ze względu na restrykcje pandemiczne w ogóle nie rozpoczęła zajęć. W końcu straciłem nadzieję, że coś z tego będzie - wspomina.

Dawod, głównie z pomocą mediów społecznościowych, na bieżąco informował o sytuacji w ojczyźnie. Nawiązał kontakt z Polakami, którzy interesowali się losem Afgańczyków, w tym z dziennikarką Jagodą Grondecką i posłanką KO Joanną Kluzik-Rostkowską. Jeden z wpisów Dawoda na Twitterze został nawet wykorzystany w prezentacji w polskim parlamencie. Egzotyczna i daleka Polska okazała się dla niego kolejnym kierunkiem. Na początku sierpnia 2021 r. złożył wniosek o przyjęcie na jedną z uczelni w Warszawie. - 14 sierpnia przekazałem mój paszport do ambasady Indii w Kabulu, ponieważ Polska nie miała swojej ambasady w Afganistanie i za ten kraj odpowiedzialna była placówka w New Delhi. Dzień później talibowie przejęli Kabul - wyjaśnia. 

Polityczne tsunami stało się faktem. Świat obiegły obrazki wiwatujących bojowników z białą flagą z czarną szahadą (islamskie wyznanie wiary - red.), tysięcy ludzi szturmujących lotniska i wypełnionych po brzegi samolotów z ewakuowanymi. Dla Dawoda i jego rodaków zaangażowanych w Dżamhuriat to był koniec świata. Pozostanie w kraju oznaczało pewną śmierć. - W państwie talibów nikt nie jest anonimowy. Są w stanie zidentyfikować wszystkie osoby, które uważają za wrogów. Są w stanie również zabić bez zostawiania śladów - mówi Dawod.

- 16 sierpnia ubiegłego roku zapytał mnie, czy mogę mu pomóc w ewakuacji. Polski resort nie miał żadnych wcześniej przygotowanych list. Wszystko było odtwarzane na podstawie zgłoszeń dyplomatów, wojskowych i innych. Ponieważ Dawod współpracował z wiceszefową MSW i pomagał kobietom, zaapelowałam, aby on również znalazł się na tej liście - wspomina Joanna Kluzik-Rostkowska.

Lotnisko w Kabulu dzień po przejęciu stolicy przez talibów
fot. WAKIL KOHSAR/AFP/East News

Polska była jednym z kilku krajów, które w drugiej połowie sierpnia ubiegłego roku wysłały swoich żołnierzy i samoloty, aby ewakuować współpracujących z nimi Afgańczyków i obywateli innych państw. Tymczasem Dawod, korzystając ze swoich kontaktów, wszelkimi sposobami próbował wydostać się z Afganistanu. Politycy i ambasadorowie odmawiali lub w ogóle mu nie odpowiadali na pytania. Polska była jedynym krajem, który zgodził się mu pomóc. - Wziąłem ze sobą jedną torbę, kilka herbatników i butelek wody. W tłumie na lotnisku byliśmy nawet przez 3, 4 dni. Miałem też 200 dolarów w gotówce, dwa zestawy afgańskiego ubrania i dużo dokumentów. Zostawiłem wszystko w Afganistanie - wspomina.

Najpierw weryfikacja na lotnisku w Kabulu, lot przez Uzbekistan i w końcu lądowanie w Polsce. - Wiele osób mówiło, że Polska jest biedniejszym krajem niż Dania czy Niemcy. Ale moi przyjaciele w Niemczech mi nie pomogli. Polska była jedynym krajem, który wyciągnął do mnie rękę, kiedy moje życie było w niebezpieczeństwie - podkreśla. Dawod znalazł się w gronie prawie 1300 osób (niecały 1000 z nich było Afgańczykami), które w sierpniu ubiegłego roku z Kabulu ewakuowały polskie samoloty. W nowym miejscu mogli zatrzymać się w ośrodkach dla cudzoziemców lub liczyć na pomoc prywatną. - Po przyjeździe do Polski poprosiłam Klaudię Jachirę (posłanka KO - red.), aby pomogła mi znaleźć dla Dawoda tymczasowe lokum. Przez kilka dni pozostał w jej biurze. W końcu przez łańcuszek dobrych ludzi znalazł mieszkanie na stałe - od znajomych Kamili Gasiuk-Pihowicz (również posłanka KO - red.) - wyjaśnia Kluzik-Rostkowska.

Polska. Dwa marzenia

Według danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców (UdSC) w ubiegłym roku międzynarodową ochronę przyznano 750 Afgańczykom. - Była to zdecydowanie większa liczba w porównaniu do poprzednich lat ze względu na wnioski złożone przez grupę ewakuowanych współpracowników polskiego wojska i dyplomacji. W latach 2018–2020 warunki przyznania ochrony międzynarodowej spełniało kilkunastu Afgańczyków rocznie - dodaje Jakub Dudziak, rzecznik UdSC. Obecnie z ewakuowanej grupy tylko 3 osoby pozostają w ośrodkach. Ochrona międzynarodowa obejmuje przyznanie karty pobytu (pozwalająca na poruszanie się w granicach strefy Schengen), pomoc socjalną, opiekę medyczną oraz możliwość nauki języka polskiego.

Tyle w teorii. - Życie w Polsce dla Afgańczyków jest trudne. Oczywiście bardzo dziękuję za ewakuację tylu osób, w tym mnie, bo inaczej czekałaby nas śmierć. Niektórym udało się znaleźć lokal na wynajem po kilku miesiącach, ale po wybuchu wojny w Ukrainie ceny na rynku nieruchomości poszybowały w górę. Niektórzy pracowali w kebabach, dostawali pokój za 1000 zł i pracowali po 16 godzin dziennie - tłumaczy Dawod. Według niego lekcji polskiego jest za mało (zazwyczaj raz w tygodniu), a bez znajomości języka można zapomnieć o stałej pracy nawet w dużym mieście. Wojna w Ukrainie i gwałtowny wzrost uchodźców z tego kraju jeszcze bardziej skomplikował sytuację i utrudnił pomoc m.in. dla Afgańczyków. Mimo to Dawod zapewnia, że uwielbia Polaków za ich gościnność.

Nawet kilka tysięcy kilometrów od ojczyzny nie może czuć się bezpiecznie. Przekonał się o tym na własnej skórze, kiedy kilka tygodni po przyjeździe do Polski udzielił wywiadu wideo Wirtualnej Polsce. - Talibowie przyszli do moich rodziców, pokazali to nagranie i powiedzieli, że jestem ważną personą, która daje wywiady w Polsce. Mój ojciec mówił, że jestem tylko studentem i robiłem wcześniej tylko małe aktywności. Że w tłumie ewakuowanych z Kabulu byłem zwykłym gościem itp. Talibowie byli wściekli i powiedzieli, że się policzą. Rodzice musieli zmieniać lokalizację ze względów bezpieczeństwa. Do tego próbowano porwać mojego starszego brata w ramach zemsty, ale im się nie udało - wspomina.

Sam potrzebował pomocy i nie zapomina o potrzebujących. Dlatego kontynuuje działalność własnej Fundacji Bin Dawod. - Pomagaliśmy wszystkim, którzy tego potrzebowali: kobietom szukającym pracy, dzieciom z biednych regionów. Po wyborach w 2019 r. wzmogły się ataki na dziennikarzy i wtedy zdecydowałem się, by rozszerzyć naszą działalność także o wsparcie dla nich - tłumaczy. Rządy talibów nie wstrzymały pomocy Dawoda dla rodaków cierpiących przez głód, klęski żywiołowe oraz kryzys ekonomiczny. - Przez 9 miesięcy udało nam się przekazać pomoc dla 300-400 rodzin. Szukam wsparcia u zagranicznych, indywidualnych i grupowych donatorów. Niektórzy wspierają wybrane grupy, jak tylko dziennikarzy. Każdy wybiera jedną osobą i pieniądze, i jedzenie bezpośrednio trafiają do niej. Wielu z nich pomaga anonimowo - tłumaczy. Według amerykańskiej agencji SIGAR (Special Inspector General for Afghanistan Reconstruction) ponad 24 miliony obywateli kraju (ponad połowa populacji) potrzebuje wsparcia humanitarnego.

Przyszłość Afganistanu to zadanie trudniejsze niż wróżenie z fusów. - To, co zdarzyło się pod koniec lipca, czyli zabójstwo w Kabulu lidera Al-Kaidy Ajmana Al-Zawahiriego, odłożyło na później wszelkie próby znalezienia porozumienia Zachodu z talibami. Powrót do rozmów będzie możliwy, jeśli talibowie pokażą, że są gotowi do ustępstw i nie chronią terrorystów - komentuje Piotr Łukasiewicz, były ambasador RP w Kabulu. Podkreśla, że przez ostatni rok wysiłki talibów na rzecz międzynarodowego wsparcia spełzły na niczym. Do tej pory żadne państwo oficjalnie nie uznało ich rządu. - Jednocześnie nie doszło również do zapowiadanego przez ekspertów wielkiego kryzysu humanitarnego i klęski głodu spowodowanego zerwaniem pomocy przez organizacje humanitarne - podkreśla. W jego ocenie dotychczasowy ruch oporu, głównie z udziałem Tadżyków, jest obecnie zbyt słaby, żeby nawiązać walkę z talibami. - Znacznie większym konkurentem dla nich jest ISIS, które walczy zarówno z talibami, jak i Al Kaidą - wyjaśnia.

Dawod Zai w programie "Dzień Dobry TVN"
fot. Pawel Wodzynski/Dzien Dobry TVN/East News

Dawod najbardziej tęskni za rodziną. - Martwię się przede wszystkim o babcię, zawsze się nią opiekowałem. To najbliższa dla mnie osoba. “Czy to możliwe, że zobaczę cię przed śmiercią?”. Pytała, kiedy trafiła do szpitala poza Afganistanem - wspomina. Pomimo obaw przyjechał do niej, wyściskał i spotkał się z resztą rodziny. Wszyscy czekają na poprawę sytuacji w Afganistanie. Dawod opowiada: - Mam dwa marzenia: chcę żyć z moją rodziną w bezpiecznym miejscu i rozbudować moją fundację, żeby pomagać ludziom.

Artykuł powstał we współpracy z Centrum Edukacji Obywatelskiej w ramach projektu “I Am European: Migration Stories & Facts for the 21st Century” ufundowanego przez Unię Europejską. Treść nie musi odzwierciedlać poglądów fundatorów.

Piotr Drabik
Piotr Drabik

Dziennikarz bez specjalizacji, ale z otwartą głową. Wcześniej związany m.in. z redakcją "Dziennika Polskiego", TVN24 i "Press". Obecnie redaktor działu Wiadomości w serwisie RadioZET.pl. Interesuje się polityką krajową, jak i międzynarodową. Najlepiej realizuje się w reportażach i dłuższych artykułach. Po pracy miłośnik astronautyki i fotografii analogowej. Twitter: @piotrdrabik. E-mail: piotr.drabik@eurozet.pl

C