Zamknij
Charków podczas wojny
Charków podczas wojny
fot: Miłosz Gocłowski/Radio ZET

Ruski Mir w praktyce, czyli nasz reportaż z Charkowa

Miłosz Gocłowski
Miłosz Gocłowski Redaktor Radia Zet
15.06.2022 16:24

Miały być tłumy na ulicach, mieszkańcy witający rosyjskich żołnierzy z otwartymi ramionami, kwiatami w rękach i radzieckim hymnem na ustach. Powtarzana przez lata kremlowska propaganda mówiła, że w praktycznie rosyjskojęzycznym Charkowie, mieszkańcy nie mogą się już doczekać wyzwolicieli ze wschodu. Pierwsze oddziały wojsk Wladimira Putina wjechały do miasta już pierwszego dnia wojny. Wszyscy zginęli.

Leżący na północnym wschodzie Charków jest drugim co do wielkości miastem Ukrainy. Przed wojną mieszkało w nim prawie półtora miliona osób. Większość z nich nie mówi po ukraińsku. Tu idea bratniego narodu zawsze była silna. Rosjanie w każdym weekend przyjeżdżali na zakupy, a co drugi mieszkaniec Charkowa ma rodzinę po drugiej stronie granicy. W 2014 r., tuż po Majdanie, prorosyjscy separatyści próbowali tam nawet założyć Charkowską Republikę Ludową. Nastroje zmieniały się z każdym rokiem wojny na Donbasie. 24 lutego nikt nie spodziewał się ataku. Ale nikt też nie wyszedł z kwiatami na ulicę.

Pierwszego dnia wojny do Charkowa wjechał rosyjski Specnaz i Rosgwardia, czyli policyjne siły mające tłumić ewentualne zamieszki. Ci drudzy szybko uciekli widząc, że czekają na nich nie pojedyncze grupy prokijowskich działaczy, tylko regularna i dobrze wyszkolona armia. Oddział specnazu został.

Rosjanie ukryli się w budynku szkoły na ulicy Tarasa Szewczenki. Tu zostali otoczeni, a ukraińska armia wezwała ich do poddania się.

Ukraińscy żołnierze w Charkowie
fot. Radio ZET/Miłosz Gocłowski

W 3 miesiące od wybuchu wojny pojechałem tam na miejsce. Chciałem zrobić kilka zdjęć, porozmawiać z mieszkańcami. W budynku szkoły spotkałem trzech żołnierzy. Wspominali akcję z pierwszego dnia wojny. To oni walczyli w szkole z Rosjanami.
„Chodź, pokażę ci zdjęcia” – mówi mi „Gucci”, dowódca grupy Cord, specjalnej jednostki ukraińskiej armii.

W szkole ukryło się 24 rosyjskich żołnierzy. Zabarykadowali się. Na poddaszu ukrył się snajper. Liczyli, że wkrótce nadciągną posiłki. Grupa Gucciego kilkakrotnie wzywała ich do poddania się. Ale dowódca rosyjskiego oddziału wydał rozkaz. Strzelać.

– Próbowaliśmy – opowiada Gucci. – Ale jak nie chcieli rozmawiać, to wzięliśmy się do roboty. Najpierw próbowaliśmy wejść do szkoły. Był kontakt jeden na jeden. Strzelaliśmy do nich, patrząc im w oczy. Kiedy zaczęli używać granatów, wyszliśmy z budynku, jeszcze raz wezwaliśmy do poddania się, a gdy to nie pomogło. Wtedy szkołę ostrzelał czołg, a cały budynek stanął w ogniu. Dowódca, który wydał rozkaz, żeby walczyć do końca, próbował uciec. Zginął na podwórku przed szkołą. Taka praca – podsumowuje „Gucci”.

Z 24-osobowego oddziału zostało dwóch rosyjskich żołnierzy. Trafili do niewoli.

Zbombardowany blok w Charkowie
fot. Radio ZET/Miłosz Gocłowski

Ale niestety nie tylko do charkowskiej szkoły trafili rosyjscy okupanci. Już pierwszego dnia zajęli okoliczne wsie, żeby stamtąd prowadzić ostrzał artyleryjski miasta. Do Malaya Rohan z centrum Charkowa jadę niecałe pół godziny. Kierunek wschód. Ale żeby tam pojechać, nie potrzebuję zgody ukraińskiej armii.

– Tam jest bezpiecznie – mówi mi tylko press oficer, z którym rozmawiam przed wyjazdem. Po drodze mijam dziesiątki spalonych samochodów, zmiażdżonych po tym jak przejechały po nich rosyjskie czołgi.

W samej wsi wciąż niewiele osób. Jeszcze nie wszyscy wrócili po tym, jak z okolic Charkowa, udało się odepchnąć okupantów.

– Zobacz, tu spadały bomby – pokazuje mi dach sąsiada przechodzący mężczyzna. Tam też, i tam – nie chce więcej rozmawiać, ale wskazuje mi dwie siedzące na ławce kobiety. – One były tu cały czas. Opowiedzą, jak było.

– Ostrzegali nas wiele razy, że może wybuchnąć wojna. Ale kto by tam wierzył – opowiada mi jedna z nich. – Przecież tu żyją sami spokojni ludzie. Nigdy nikomu nic nie zrobiliśmy – dodaje.

– 24 lutego, o piątej rano usłyszałam straszny huk, wyjrzałam przez okno i zobaczyłam, że płonie dom sąsiada. Wtedy zrozumiałam, że zaczęła się wojna.

Rosjanie nie zagrzali miejsca we wsi. Już po trzech dniach zostali namierzeni przez ukraińskie wojsko i zlikwidowani.

– W tym czasie dobrze się zachowywali. Zajęli jedną z chałup. To tamta – pokazuje mi zniszczony dom jedna z kobiet. – Jak weszli tu nasi chłopcy, to tam się z nimi bili.

Ale gdy rosyjskich żołnierzy już tam nie było, na wioskę zaczęły spadać rosyjskie bomby. We wschodniej części spalonych i zniszczonych domów jest więcej. W jednym z nich spotykam Jewgiena z córką. Przyjechali tu pierwszy raz od trzech miesięcy. Gdy Rosjanie zbombardowali ich dom, oni sami ukrywali się w garażu.

– Wyszliśmy dopiero po trzech dniach, bo jeden z pocisków uszkodził instalacje i do garażu zaczęła wlewać się woda – mówi. Korzystając z przerwy w ostrzale wyjechali do Charkowa.

Kiedy rozmawiamy, co chwilę słychać huk wystrzałów. Już po kilku godzinach nauczyłem się rozpoznawać, kiedy strzelają Rosjanie, a kiedy Ukraińcy.

To widać też po zachowaniu mieszkańców. Jeśli w czasie alarmu nikt nie schodzi z ulic, ani nikt się nie chowa, wiem, że przynajmniej teoretycznie jest bezpiecznie. Przez trzy miesiące wojny, nauczyli się rozpoznawać zagrożenie.

Następnego dnia jadę do Północnej Sałtiwki. To dzielnica Charkowa leżąca najbliżej rosyjskiej granicy. Liczby bomb, rakiet i pocisków, które spadły tam i spadają dalej, nie sposób zliczyć. Tak jak i zniszczonych domów. W promieniu kilku kilometrów, nie ma ani jednego całego bloku.

Ci, którzy mieli szczęście, mają do wstawienia tylko okna. Inni nie mają już do czego wracać. Choć co chwilę słychać wystrzały, do Sałtiwki wracają już mieszkańcy. Specjalne komisje mają sprawdzić, które domy nadają się do remontu, a które muszą zostać zburzone. Tych drugich będzie znacznie więcej.

Kawałek rosyjskiej rakiety służy teraz do gotowania
fot. Radio ZET/Miłosz Gocłowski

Po drodze spotykam Żenię. Przed swoim domem gotuje wodę na herbatę, bo po tym, jak jego blok został zbombardowany, nie ma w nim ani prądu ani gazu.

– Pierwszego dnia, kiedy zaczęli strzelać, powiedziałem sobie, że tu jest mój dom i nikt mnie nie zmusi, żeby uciekać. Nie wyjechałem stąd ani na jeden dzień. Tylko żonę wywiozłem do teściowej, jak w nasz dom trafiła rakieta – relacjonuje. Za kuchenkę, służy mu właśnie kawałek rakiety. Może tej, która trafiła w jego mieszkanie.

– Nie bałeś się? – pytam go na koniec. – Jasne, że bałem – odpowiada. – Ale co zrobić. Ot, ruski mir.

Miłosz Gocłowski
Miłosz Gocłowski

Z wykształcenia prawnik, z wyboru dziennikarz. Z mikrofonem w ręku od 2008 roku. 3 lata później już w Radiu ZET. Na co dzień korespondent ze Szczecina, ale w ciągu ostatnich kilkunastu lat, relacjonował między innymi wydarzenia z ukraińskiego Majdanu czy Krymu w 2014 r., zamachy terrorystyczne w Belgii, Francji, Berlinie, mistrzostwa świata w piłce nożnej czy procesy karne we Włoszech.
Główna pasja to radio, ale na koncie ma także film dokumentalny, występy w telewizji i artykuły w prasie.
Od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę, głównie nadaje stamtąd.

C