"Król jest nagi". Węgrzy pokazali Orbanowi kolejną żółtą kartkę [RELACJA Z BUDAPESZTU]

Redakcja
19.01.2019 22:25
Węgry. Protesty przeciwko Orbanowi i tzw. ustawie niewolniczej w całym kraju
fot. Szabolcs Vörös/Valaszonline.hu

Wbrew zapowiedziom opozycji i związków zawodowych, sobotnie protesty nie zatrzymały Węgier. Antyrządowe wiece odbyły się w wielu miastach poza Budapesztem, ale w stolicy protesty nie były zbyt liczne jak jeszcze kilka tygodni temu.

Chcesz wiedzieć wszystko pierwszy? Dołącz do grupy Newsy Radia ZET na Facebooku

"Jesteśmy z robotnikami" - głosił baner zwieszony nad tunelem przy placu Clarka Adama po lewobrzeżnej stronie Budapesztu. To tutaj w sobotę zebrali się przeciwnicy premiera Victora Orbana i jego partii Fidesz.

Paliwem dla trwających od miesiąca protestów jest tzw. ustawa niewolnicza. Obowiązująca od nowego roku nowelizację prawa pracy zwiększa liczbę nadgodzin z 250 do 400 godzin. Ponadto firmy mogą zwlekać z wypłatą pieniędzy za dodatkowy czas pracy aż trzy lata.

Zobacz także

Wszystkie kolory polityki

- Rodzina mojego ojca, który pochodził z Transylwanii, bardzo mnie krytykuje za udział w protestach – podkreśliła Katelin, nauczycielka z Budapesztu. 50-latka połowę swojego życia przepracowała jako nauczycielka i dopiero w ostatnich miesiącach otrzymała pierwszą podwyżkę. Mimo to uważa politykę rządu Orbana za potwarz dla obywateli.

Podobnego zdania było 2-3 tysięcy osób, które demonstrowały w sobotę po stronie Budy. To znacznie mniej niż kilka tygodni temu, kiedy w Budapeszcie przeciwko tzw. ustawie niewolniczej protestowało nawet 50 tys. Węgrów. "Król jest nagi", "NER (Narodowy System Współdziałania – przyp. red.) to rzeźnik narodu", "Victor, kradniesz pieniądze moich wnuków" - można było przeczytać w sobotę na transparentach.

Podczas antyrządowych protestów w Budapeszcie
fot. Szabolcs Vörös/Valaszonline.hu

Według organizatorów przeciwnicy Orbana spotkali się w 35 węgierskich miastach oraz 11 poza granicami kraju m.in. Londynie, Berlinie i Bernie. W większości miejsc zebrało się po kilkaset demonstrantów. Nie tylko na placach, ale również podczas ulicznych blokach. "Tak niewiele osób było w tak wielu miejscach" - relacjonował niezależny portal Index.hu.

Na placu Clarka Adama można było odnieść wrażanie, że w jednym miejscu odbywa się kilka wieców. Swoje namioty rozstawili socjaliści, skrajna prawica, zieloni i liberałowie. Obok siebie znalazły się tęczowe flagi i chorągwie biało-zielono-czerwone, używane przez nacjonalistyczny Jobbik. Organizująca sobotni protest Węgierska Federacja Związków Zawodowych (MASZSZ) nie zaprosiła na scenę polityków.

Zobacz także

Młodzi mają głos

Zamiast nich głos zabrała m.in. 18-letnia Blanka Nagy. Licealistka z miasta Kiskunfélegyháza na południu Węgier stała się bohaterką opozycji. Podczas grudniowych protestów nazwała Fidesz "obrzydliwą, postępującą, ohydną i zaraźliwą epidemią". W odpowiedzi prorządowe media przedstawiły dziewczynę jako złą uczennicę, powątpiewano w jej dalszą karierę w szkole oraz sugerowano jej pornograficzne skłonności.

- Byłam zaskoczona skalą nagonki na mnie. Pewnego dnia się obudziłem i moje nazwisko było obecne we wszystkich mediach – mówiła do dziennikarzy Blanka. Niska, rudowłosa nastolatka została przyjęta przez protestujących z wielkim aplauzem.

Skierowała apel do młodych Węgrów, aby starali się zmienić system zbudowany w ciągu ostatecznie dziewięć lat przez Orbana. - Mam nadzieję na lepszą przyszłość. Dlatego biorę udział w tych protestach – wskazywała 18-latka. Siebie nie widzi jednak w roli liderki antyrządowych demonstracji.

Blanka Nagy podczas protestu w Budapeszcie
fot. Szabolcs Vörös/Valaszonline.hu

Brak charyzmatycznego przywódcy to jedna ze słabości ruchu niezadowolenia, który narodził się w ostatnich tygodniach na Węgrzech. Nie wiadomo, jak długo opozycyjne partie – od lewicowych po skrajnie prawicowe – będą nadal razem maszerować w sprawie tzw. ustawy niewolniczej.

Komentując sobotnie protesty rzecznik rząd Istvan Hollik powiedział, opozycja wykorzystuje wiece jako element kampanii przed majowymi wyborami do Parlamentu Europejskiego. Nie zabrakło również tradycyjnej sugestii, że za protestami antyrządowymi stoi George Soros – amerykański miliarder i filantrop węgierskiego pochodzenia, wykreowany przez propagandę Fideszu na głównego wroga rządzącej większości.

- Chcę zobaczyć lepszą przyszłość w tym kraju – podkreśliła Fruzsi, studentka politologii z Budapesztu. Na sobotnią demonstrację przyniosła transparent z plemnikami i hasłem "Pewne rzeczy się nie zmieniają". To nawiązanie do wypowiedzi miliardera Lajosa Simicski, niegdyś blisko współpracującego z Orbanem.

W wywiadzie dla portalu Index.hu w 2015 roku nazwał on premiera „spermą”, co w języku węgierskim jest szczególnie obraźliwym wulgaryzmem. Zdanie „Orbán egy geci” (Orban jest spermą) w wersji skrótu O1G było chętnie używane przez uczestników sobotniego protestu.

Zobacz także

Starcia z policją

Najpoważniejszym incydentem podczas sobotniego wiecu była próba przemarszu na plac Kosutha, gdzie znajduje się węgierski parlament. Na Moście Łańcuchowym grupa kilkuset manifestujących została zatrzymana przez policję.

Funkcjonariusze wzywali do rozejścia się, ale na ten apel nie reagowała część demonstrantów. Sześć osób zostało siłą wyciągnięte z jezdni mostu, a trzech z nich zatrzymano.

Policja postępowała maksymalnie ostrożnie, aby nie podgrzewać dalszych emocji w tłumie. Służby porządkowe dmuchały na zimne. Kiedy w końcu kilkunastu protestujących z flagami dotarli pod parlament, znacznie liczniejsza grupa funkcjonariuszy szczelnie wypełniła wejście do budynku.

Po sobotnich protestach Orban nie może odetchnąć z ulgą. Na marzec planowany jest pierwszy od upadku komunizmu strajk generalny. Co więcej, opozycja i związki zawodowe nie zakończyły protestów przeciwko tzw. ustawie niewolniczej. Ich kontynuacja – szczególnie na prowincji – w dłuższej perspektywie może stopniowo zmniejszać poparcie dla Fideszu.

Zobacz także

RadioZET.pl/Piotr Drabik