Węgrzy znów wyjdą na ulicę. Orban ma powody do zmartwień? [RELACJA Z BUDAPESZTU]

Redakcja
18.01.2019 22:29
Węgry. Protesty przeciwko tzw. ustawie niewolniczej w Budapeszcie i mniejszych miastach
fot. FERENC ISZA/AFP/East News (protest w Budapeszcie z 5 stycznia 2019 r.)

Opozycja i związki zawodowe starają się podtrzymać gasnący gniew Węgrów przeciwko tzw. ustawie niewolniczej. W sobotę w Budapeszcie i mniejszych miastach planowane są masowe protesty przeciwko premierowi Victorowi Orbanowi. O tym, jak może skończyć się krytyka władz, w bezlitosny sposób przekonała się 18-letnia Blanka Nagy.

Chcesz wiedzieć wszystko pierwszy? Dołącz do grupy Newsy Radia ZET na Facebooku

Informacja o spodziewanych protestach – które mają połączyć przeciwko Orbanowi środowiska od lewicowych po skrajnie prawicowe – została pominięta na rozkładówkach piątkowych gazet.

Prorządowy i konserwatywny Magyar Idok w głównym tekście zapowiadał poprawę sytuacji ekonomicznej kraju. Jeszcze bardziej prawicowy Magyar Hirlap straszył przed strumieniem pieniędzy z Brukseli dla organizacji pozarządowych pomagającym uchodźcom. Natomiast tabloid Blikk donosił o prywatnym życiu legendarnego węgierskiego rabusia Attila Ambrusa.

Zobacz także

Przeciwko niewolniczym nadgodzinom 

Tymczasem w sobotę w 21 węgierskich miastach oraz poza granicami kraju (m.in. w Wiedniu, Hadze i Berlinie) zaplanowano demonstracje antyrządowe. Mają być kontynuacją wieców przeciwko tzw. ustawie niewolniczej. Chodzi o obowiązującą od nowego roku nowelizację prawa pracy, która zwiększa liczbę nadgodzin z 250 do 400 godzin. Co więcej – dano firmom aż trzy lata na rozliczenie się ze swoimi pracownikami.

Rząd Orbana argumentował, że nowe prawo dało szansę osobom, które chcą pracować więcej, a do tej pory nie mogły tego robić. Zdaniem krytyków tzw. ustawa niewolnicza wywiera presję na branie przez pracowników nadgodzin i służy tylko niemieckim koncernom motoryzacyjnym, traktujących Węgry jako wielką montownię części do swoich samochodów.

W grudniu przez Budapeszt i inne miasta przetoczyła się fala protestów, kiedy jeszcze była szansa na cofnięcie kontrowersyjnej nowelizacji. Protesty 19 grudnia pokażą czy szeroki ruch przeciwko Orbanowi słabnie na sile czy wręcz odwrotnie.

- Dla Węgrów ta ustawa była jasnym symbolem – rząd nie dba o ludzi. A postulaty z praw pracowniczy przerodziły się w te przeciwko Orbanowi i Fideszowi – podkreślił Aron Demeter z węgierskiego oddziału Amnesty International.

Przypomniał, że to nie pierwsza fala protestów od 2010 roku, kiedy Fidesz zdobył bezwzględną większość w węgierskim parlamencie. Jednak dopiero oburzenie wokół tzw. ustawy niewolniczej połączyło opozycyjne partie wokół jednego celu. Podobnie jak związki zawodowe, które od momentu powstania w latach 90. ubiegłego stulecia były podzielone i praktycznie niewidoczne w przestrzeni publicznej.

Zobacz także

Pozorna jedność

Wspólnej demonstracji antyrządowej na pewno nie będzie w Budapeszcie.

W sobotnie popołudnie różne organizacje spotykają się w innych częściach węgierskiej stolicy. Największe tłumy spodziewane są na placu Kossutha przed budynkiem Parlamentu oraz na placu Clarka Adama po stronie Budy. Nasi rozmówcy podkreślają znaczenie demonstracji poza stolicą i w mniejszych miejscowościach. To na prowincji Fidesz ma największe poparcie.

- Planowane w sobotę protesty nie różnią się specjalnie od innych demonstracji, które przez lata organizowano przeciwko Orbanowi. Jednak nie wiadomo co się wydarzy. Podzielona wcześniej opozycja teraz deklaruje współpracę. Podobnie jak inne organizacje pozarządowe – wskazuje Anita Komuves, dziennikarka śledcza z portalu Atlatszo.hu. To jedna z dwóch węgierskich redakcji (poza Direkt36), która ujawnia korupcyjne skandale i nadużywanie władzy przez rządzący Fidesz. Jak Orban i jego partia reagują na takie publikacje? Udają, że nic się nie stało.

- Wyjątkiem był artykuł o wykorzystaniu przez Orbana prywatnego samolotu należącego do jednego z węgierskich oligarchów. W odpowiedzi nasz portal został nazwany „agentami Sorosa” (George – amerykański przedsiębiorca i filantrop węgierskiego pochodzenia – przyp. red.) przez telewizję państwową i prorządowe media – przypomniała Komuves.

Zobacz także

Propaganda kontra 18-latka

Według różnych szacunków do rządu oraz sympatyzujących z Orbanem oligarchów należało 80-90 proc. węgierskich mediów. W grudniu ubiegłego roku ci biznesmeni oddali swoje redakcje do scentralizowanej Środkowoeuropejskiej Fundacji Prasy i Mediów. Tworzy go blisko 500 tytułów prasowych, stacji telewizyjnych, radiowych i portali.

O tym, jak bezwzględna jest prorządowa propaganda w ostatnich tygodniach przekonała się 18-letnia Blanka Nagy. Uczennica szkoły średniej podczas grudniowej demonstracji antyrządowej w mieście Kecskemet na południu Węgier w dosadnych słowach skrytykowała Orbana. Fidesz nazwała „obrzydliwą, postępującą, ohydną i zaraźliwą epidemią”, używając przy tym wulgaryzmów.

W odpowiedzi Blanka w publicznej telewizji oraz innych prorządowych mediach została pokazana jako zła uczennica, otrzymująca niskie stopnie w szkole. Sugerowano, że 18-latka może nadal się uczyć tylko dzięki życzliwości dyrekcji liceum. Natomiast w anonimowym tekście w portalu Ripost.hu pojawiły się sugestie, że nastolatka ogląda pornografię, a gdy mówi o polityce ma „tajemniczy i erotyczny” uśmiech na twarzy.

Krytyczna wobec Orbana opinia publiczna jest zszokowana. - Poziom agresywnej propagandy w tym przypadku to coś zupełnie nowego, niepokojącego – alarmuje Aron Demeter. Natomiast zdaniem Komuves nagonka na 18-latkę może być sygnałem, że Orban boi się protestów.

Zobacz także

Wyborczy maraton

Według opublikowanego w czwartek sondażu ośrodka Szazadveg (think-tank wspierający partię rządzącą) premier Węgier nie powinien mieć powodów do zmartwień. Na Fidesz swój głos zamierza oddać 53 proc. ankietowanych. Daleko w tyle jest skrajnie prawicowy Jobbik z 13 proc., socjaliści z MSZP z 12 proc., Koalicja Demokratyczna z 8 proc. i zieloni z LMP z 5 proc. poparcia.

Ponadto na dzień przed sobotnimi protestami ta sama pracownia opublikowała badania, według którego aż 60 procent Węgrów dostrzega wykorzystanie protestów przez partie opozycyjne do odzyskania władzy. Natomiast 55 proc. ma nie popierać inicjatywy strajku generalnego, które związki zawodowe zapowiadają na połowę marca.

- Protesty nie mają jednego lidera i nikt nie ma specjalnie pomysłu, co zrobić z tym potencjałem społecznym – wskazuje Gergely Nagy, dziennikarz tygodnika Magyar Narancs.

Jego zdaniem szczyt antyrządowych protestów mamy już za sobą. Podkreśla, że prawdziwym testem dla opozycji oraz Fideszu będą majowe głosowanie do Parlamentu Europejskiego oraz październikowe wybory samorządowe.

Zobacz także

RadioZET.pl/Piotr Drabik