Wybory parlamentarne w Wielkiej Brytanii. Brexit, walka z terroryzmem i cięcia w budżecie. Co trzeba wiedzieć?

Mikołaj Pietraszewski
08.06.2017 05:21
Corbyn May
fot. East News

Dziś Brytyjczycy idą do urn. Odbywające się w cieniu dwóch majowych zamachów i z perspektywą Brexitu, przyspieszone wybory parlamentarne wydają się najciekawszymi i najbardziej emocjonującymi od lat. Zwłaszcza, że w ostatnich tygodniach sytuacja w sondażach uległa zmianie i niełatwo jednoznacznie wytypować zwycięzcę.

Zagłosuj

Kto Twoim zdaniem wygra wybory parlamentarne w Wielkiej Brytanii?

Liczba głosów:

18 kwietnia na specjalnie zwołanym briefingu przed Downing Street, premier Theresa May ogłosiła decyzję o przeprowadzeniu przedterminowych wyborów. Decyzję niespodziewaną, bo sprzeczną z jej wcześniejszymi wypowiedziami. Tym razem jednak liderka torysów argumentowała, że w czasach kryzysu społecznego i wobec perspektywy Brexitu (negocjacje rozpoczęły się w marcu i potrwają do 2019r), kraj potrzebuje silnego i stabilnego przywództwa.

Odniosła się tym samym do kwestii mandatu społecznego, jakiego jej zdaniem potrzebuje konserwatywny rząd. Przypomnijmy bowiem, że May stanęła na jego czele nie w wyniku wyborów, ale dzięki dymisji Davida Camerona, który wziął na siebie odpowiedzialność za referendum ws. wyjścia z Unii (za jej opuszczeniem zagłosowało prawie 52 proc. obywateli).

Silniejszy mandat

Dwa miesiące temu May rzeczywiście mogła myśleć o silnym przywództwie i umocnieniu swojej władzy - Partia Konserwatywna zdecydowanie prowadziła w sondażach, wyprzedzając swoich największych rywali, Partię Pracy nawet o 20 pkt procentowych. Wedle ówczesnych przewidywań tylko torysi mieli szansę na uzyskanie większości w Izbie Gmin.

Dzięki większości, May zagwarantowałaby sobie również względny spokój w zarządzaniu partią i mogłaby spacyfikować część najbardziej radykalnych posłów (przede wszystkim tych, którzy
faktycznie za Brexitem lobbowali - partyjna wierchuszka była temu przeciwna).

Kim jest główny rywal pani premier?

Sporo się jednak przez te kilka tygodni zmieniło, a przewaga nad PP w każdym kolejnym sondażu topnieje. Dziś waha się od 3 do 5 proc, a niektóre badania wskazują nawet różnicę na granicy
błędu statystycznego. Laburzyści nadrabiają w zadziwiającym tempie i spora w tym zasługa ich charyzmatycznego lidera Jeremy'ego Corbyna - wieloletniego posła do Izby Gmin, jednego z
najbardziej ideowych brytyjskich polityków. A przy tym partyjnego outsidera i niesubordynowanego parlamentarzysty - w swojej karierze ponad 500 razy głosował niezgodnie z oficjalną linią partii.

68-letni Corbyn to zadeklarowany socjalista, pacyfista i antynuklearysta. Dwa lata temu wystartował w wyborach na przewodniczącego i choć miał przeciwko sobie całe kierownictwo, gremialnie poparły go partyjne doły (zanotowano wówczas masowy przypływ nowych członków). Rok później, z jeszcze większą przewagą nad resztą stawki, wygrał powtórzoną elekcję.

Swoimi płomiennymi przemowami i bezkompromisowością zyskał ogromną popularność, zwłaszcza wśród młodych wyborców - w przedziale 18-24 lat poparcie dla laburzystów sięga nawet 70 proc i m.in. od mobilizacji tego elektoratu zależeć będzie ostateczny rezultat dzisiejszego głosowania. Z drugiej jednak strony, Corbyn zdążył przez lata wzbudzić kilka kontrowersji, m.in. swoim
wrogim stosunkiem do NATO (dziś uważa, że Sojusz powinien jak najbardziej ograniczyć swoją aktywność) czy związkami z przedstawicielami Irlandzkiej Armii Republikańskiej.

Przypomnijmy więc w kilku akapitach, jakie najistotniejsze problemy podnoszono podczas kampanii i które z nich w największym stopniu zdecydują o wyniku dzisiejszego głosowania (exit polls
dostępne będą o godz. 23 czasu polskiego).

Brexit znaczy Brexit

Na poziomie fundamentalnym, a więc akceptacji Brexitu jako konieczności, zarówno Partia Konserwatywna, jak i Partia Pracy mówią jednym głosem. Trudno bowiem polemizować z wolą ponad 50% głosujących za secesją - nawet, jeśli frekwencja była niższa niż przewidywano, a kampania przedreferendalna wręcz kipiała od dezinformacji i kłamstw (czy, jak kto woli, "post-prawdy").

Konserwatyści opowiadają się za tzw. mocnym Brexitem, zakładającym całkowite pozbycie się balastu unijnej jurysdykcji (chodzi m.in. o podległość względem Trybunału Sprawiedliwości) oraz
twardą pozycję w negocjacjach. - Brak umowy z UE będzie lepszy niż zła umowa - podkreślała May, zaznaczając jednocześnie chęć negocjowania warunków dokumentów, które określą nowe warunki relacji między Zjednoczonym Królestwem a Wspólnotą Europejską. 

Laburzyści są w tej kwestii łagodniejsi - jak mówił Corbyn podczas swojego kwietniowego przemówienia w centrum Londynu, zależy im przede wszystkim na korzystnych umowach handlu oraz zachowaniu bezcłowego kształtu rynku między Wlk. Brytanią a Europą. Zdecydowanie dementują również pogłoski, jakoby popierali przeprowadzenie ponownego referendum ws. Brexitu (to postulat Liberalnych Demokratów).

Co z imigrantami?

– Zbyt szybka i zbyt wysoka imigracja utrudnia tworzenie solidarnego społeczeństwa – ogłosiła May podczas jednego z kampanijnych wystąpień. I zapowiedziała zmniejszenie salda imigracji do poziomu poniżej 100 tysięcy rocznie. Przyznała przy tym, że to właśnie dzięki opuszczeniu struktur UE, możliwa będzie skuteczniejsza kontrola granic i napływu osób, co z kolei miałoby skutkować większym bezpieczeństwem. Obecnie, na mocy unijnych przepisów, możliwy jest swobodny przepływ obywateli między państwami wspólnoty. 

Część najbliższych współpracowników May (w tym szef MSZ Boris Johnson) opowiada się tzw. punktowym systemem imigracyjnym. To rozwiązanie obowiązuje m.in. w Australii i polega na regulowaniu liczby osób chętnych do zamieszkania w tym kraju poprzez m.in. selekcję z klucza zawodowego - priorytet mają wykwalifikowani pracownicy (najlepiej z listy "zawodów poszukiwanych") oraz w ogóle osoby, które mają już załatwione wszelkie formalności związane z pracą na obcym terytorium. Brytyjska premier nie jest jednak zwolenniczką tego pomysłu.

Z drugiej strony szefowa rządu momentami próbowała łagodzić retorykę, deklarując, że podczas negocjacji Brexitowych będzie reprezentować wszystkich obywateli swojego kraju, także tych, którzy, pochodząc z państw unijnych, zdążyli już sobie ułożyć stabilnej życie na Wyspach. Zapewniała, że mają oni kolosalny wkład w brytyjskie społeczeństwo i że bez nich nie byłby możliwy wzrost gospodarczy.

To kwestia ważna również dla naszych rodaków. Polacy są bowiem tym momencie najliczniejszą mniejszością narodową na Wyspach. I choć ani May ani Corbyn podczas kampanii nie wspominali o nich bezpośrednio, to i tak z uwagą powinni oni śledzić to, co wydarzy się w ciągu najbliższych 24 godzin.

Niekorzystne statystyki policyjne

Tragedie w Manchesterze i Londynie pozostają świeżo w pamięci. I choć policja zadziałała błyskawicznie i bez zarzutu, to w jej przypadku mogą być potrzebne nowe rozwiązania systemowe.

Eksperci zwracają uwagę na dający się od kilku lat zaobserwować fakt znacznej, wywołanej polityką cięć budżetowych, redukcji etatów w policji - od 2010 roku odeszło ze służby ponad 20 tys. policjantów. Dodatkowo, o ponad 1000 zmniejszyła się liczba funkcjonariuszy uprawnionych do posiadania broni palnej. Te dane bez wątpienia idą na konto May - zanim bowiem została premierem, przez 6 lat była ministrem spraw wewnętrznych, a więc bezpośrednio nadzorowała sytuację w służbach mundurowych.

I choć fundusze na działalność służb specjalnych (takich, jak kontrwywiad MI5) rosły, to ostatnie zamachy na London Bridge czy kwietniowy na Moście Westminsterskim, gdzie kierowca samochodu rozjeżdżał nim przypadkowych przechodniów, udowodniły, że terroryzm to nie tylko bomby, broń maszynowa i zorganizowane grupowe operacje, ale też działalność "samotnych wilków", który mogą zaatakować w każdym miejscu i każdej porze. Przy tym jednak warto pamiętać, że brytyjskie służby udaremniły w ostatnim czasie kilkanaście potencjalnych zamachów.

W przeszłości zdarzało się, że zamachy terrorystyczne w przededniu wyborów wpływały na ich wynik. Tak było w marcu 2004 roku, gdy eksplozja w madryckim metrze zabiła 190 osób, a raniła  ponad 1800. Hiszpański prawicowy rząd oskarżył wówczas o przeprowadzenie zamachów baskijskich separatystów z ETA. W ich obronie stanęli socjaliści, którzy dodatkowo obiecali natychmiastowe wycofanie wojsk z Iraku i wskazywali na nieudolność władz w zapobieżeniu ataku. I tym sposobem 3 dni później zwyciężyli.

"Podatek od demencji" vs. podatek dla bogatych

Część komentatorów uważa, że to właśnie na polu społeczno-ekonomicznym rozegra się najpoważniejsza bitwa między obydwoma ugrupowaniami.

Na May spadła fala krytyki za cięcia wydatków budżetowych w sektorze publicznym - oprócz wspomnianych zmian w policji, także w służbie zdrowia. Brytyjczyków zbulwersowała szczególnie propozycja zwana pogardliwie "podatkiem od demencji", wedle którego państwo domagać się będzie zwrotu kosztów opieki medycznej. W przypadku śmierci danego pacjenta, stosowna kwota odliczana będzie od jego majątku, jeżeli przekroczy on 100 tys. funtów, ale na poczet tej transakcji mają być również wliczane nieruchomości (wcześniej takiego zapisu nie było). Po fali krytyki tego pomysłu, May zapowiedziała wprowadzenie górnego limitu odliczenia kwoty należnej państwu.  

Diametralnie inne rozwiązania proponuje Corbyn. Postuluje on przede wszystkim podwyższenie podatków dla osób najbogatszych - ci zarabiający powyżej 80 tys. funtów rocznie mieliby płacić 40% stawkę, a ci z dochodami powyżej 125 tys. - 50%

Lider laburzystów chce także znacjonalizować niektóre gałęzie przemysłu - mówi się o poczcie oraz sprywatyzowanej jeszcze za rządów Margaret Thatcher kolei. Proponuje też zniesienie opłat za studia (to jeden z powodów, dla których może wywoływać tak wielki entuzjazm wśród młodych). Pytany o to, skąd jego rząd zdobędzie na te cele środki, odpowiadał, że właśnie dzięki wyższym podatkom, które - w jego opinii - zniwelowałyby rozwarstwienie społeczne.

RadioZET.pl/MP