Zamknij

"Władza zabrała im wolność, nie dając już nic w zamian". Dokąd zmierza Kuba?

14.07.2021 17:14
Protesty na Kubie
fot. PAP/ EPA

Kubańczycy umierają, bo nie ma miejsc w szpitalach, nie otrzymują podstawowych leków z uwagi na problemy z dostawami, godzinami czekają w kolejkach do sklepów po artykuły pierwszej potrzeby, a ich dzieci często mają ograniczone możliwości uczestniczenia w zdalnych zajęciach. Coraz dobitniej czują zatem, że władza zabrała im wolność i swobody, nie dając w obecnej chwili już nic w zamian - mówi w rozmowie z RadioZET.pl dr Alicja Fijałkowska-Myszyńska z Ośrodka Studiów Amerykańskich UW.

Po blisko 27 latach Kubańczycy znowu wyszli na ulice, aby zademonstrować swoje niezadowolenie z polityki rządu i obecnego prezydenta Miguela Diaza-Canela. To wydarzenie, obok którego trudno przejść obojętnie, bo protesty na Kubie są zjawiskiem niezwykle rzadkim i na ogół nie mają one charakteru masowego. Ostatnie podobne demonstracje miały miejsce w 1994 roku, czyli w czasach, gdy wyspą rządził Fidel Castro. Wówczas protesty spowodowane były działaniami związanymi z próbą przezwyciężenia kryzysu gospodarczego, jaki dotknął Kubę po rozpadzie ZSRR.

Dlaczego zatem Kubańczycy zdecydowali się właśnie teraz rozpocząć protesty? W ocenie dr Alicji Fijałkowskiej-Myszyńskiej z Ośrodka Studiów Amerykańskich UW "ostatnie protesty na Kubie to wynik zmęczenia obywateli nieskuteczną i autorytarną władzą, która w obliczu pandemii nie potrafi zapanować nad pogłębiającym się na wielu płaszczyznach kryzysem".

Kubańczycy masowo wyszli na ulice. Sytuacja na wyspie jest dramatyczna

- Jak każdy system, także ten kubański ma swoje plusy i minusy. Jako obserwatorzy zewnętrzni często skupiamy się na tych ostatnich, podnosząc kwestię dyktatury, prześladowań, państwa policyjnego, ograniczenia swobód czy wolności obywatelskich i oczywiście trudno odmówić takiemu podejściu zasadności. Żeby jednak zrozumieć dlaczego część Kubańczyków mimo wszystko akceptuje taki stan rzeczy, trzeba wspomnieć także o pozytywnych stronach systemu, do których należą choćby unikatowe na skalę zachodniej półkuli bezpłatna służba zdrowia czy edukacja na wszystkich szczeblach, a także fakt, że na tle regionu wyspa jest relatywnie bezpiecznym miejscem. Ostatnie tygodnie, w czasie których pandemia wymknęła się spod kontroli, doprowadzając do znaczącego wzrostu liczby zakażeń i niewydolności systemu opieki zdrowotnej, wzmocnione jeszcze przez zdalną edukację i lockdown zaburzyły niejako ten stan rzeczy - przekonuje dr Fijałkowska-Myszyńska.

Jeszcze we wtorek w Hawanie na ulicach panowała policja, a funkcjonariusze szczególnie pilnowali kluczowych punktów, takich jak nadmorska promenada Malecon i Kapitol. Usługi transmisji danych w Internecie i telefonii komórkowej nadal były zakłócone. Protestowano jednak w wielu miastach. Prezydent Kuby i szef Partii Komunistycznej Miguel Diaz-Canel wezwał w niedzielnym wystąpieniu telewizyjnym zwolenników rządu, aby również wyszli na ulice i "dali odpór" przeciwnikom rewolucji.

mid-epa09339357
fot. PAP/ EPA

Obserwatorzy, a w tym także i politycy USA, dokładnie przyglądają się sytuacji na Kubie i możliwemu rozwojowi wydarzeń. Czy jednak obecne protesty mogą wzniecić iskrę, która zmusi komunistyczne władze do radykalnej zmiany polityki? Według dr Fijałkowskiej-Myszyńskiej trudno jest w ogóle porównywać obecne protesty z tymi z 1994 roku. - Po pierwsze, w 1994 roku nie było mediów społecznościowych, które umożliwiają szybką wymianę informacji i sprawną koordynację protestów w różnych częściach kraju. Po drugie, wówczas na czele rządu stał Fidel Castro, którego oceniać można różnie, ale któremu trudno odmówić statusu legendy i bohatera narodowego, jakim cieszył się przez dekady wśród zwolenników rewolucji, szczególnie tych pamiętających dyktaturę Fulgencio Batisty. Z kolei obecny szef rządu, choć jest zaufanym człowiekiem reżimu, nie posiada autorytetu na miarę braci Castro, przez co znacznie ciężej jest mu zapanować nad protestami i tym chętniej sięga po argument siły jako w zasadzie jedyny, który ma w ręku. Po trzecie, o ile w przypadku Fidela Castro straszenie Kubańczyków USA miało pokrycie we wsparciu jakiego Waszyngton udzielał wcześniej reżimowi Batisty, a także w licznych próbach zamachów na życie Castro, podejmowanych przez CIA, o tyle Miguel Diaz-Canel rządzi krajem w zupełnie innych warunkach i zrzucanie winy za całe zło na USA jest dziś już mniej wiarygodne niż kilka dekad temu - wyjaśnia rozmówczyni RadioZET.pl.

Władza zabrała ludziom wolność, nie dając dzisiaj już nic w zamian

Jak zauważa agencja Reuters, pierwszą, położoną niedaleko Hawany miejscowością, z której nadeszły relacje z demonstracji, było położone o 33 km od Hawany osiedle San Antonio de los Banos. Słychać tam było okrzyki kilkuset uczestników: "Nie boimy się!" i zbiorowy śpiew pieśni ułożonej przez opozycyjnego barda kubańskiego "Patria y Vida" – "Ojczyzna i życie" , która jest dziś odpowiedzią kubańskiej opozycji na słynne zawołanie "Patria o Muerte", "Ojczyna albo śmierć" rewolucjonistów Fidela Castro. Uczestnicy kolejnych demonstracji wznosili m.in. okrzyki "Wolność" i "Precz z dyktaturą".

Zdaniem dr Fijałkowskiej-Myszyńskiej, obecnych protestów na Kubie z całą pewnością nie można bagatelizować, ale istnieje poważne ryzyko, że bierność rządzących przyczyni się do ich szybkiego "wygaszenia".

ZOBACZ TAKŻE: Antyrządowe protesty na Kubie. "Wolność", "Precz z dyktaturą"

- Obecnie do głosu doszło nowe pokolenie, które Batistę zna jedynie z książek i opowieści, a z drugiej strony, dzięki Internetowi zdaje sobie sprawę z tego jak wygląda poziom życia za granicą. Z tego względu, o ile w 1994 roku punktem referencyjnym była sytuacja Kuby sprzed 1959 roku, o tyle obecnie są to wolne i demokratyczne państwa z wysokim standardem życia. To sprawia, że frustracja i determinacja protestujących są być może nawet silniejsze, a tłumaczenia rządu na pewno mniej przekonujące. Niestety, jednocześnie w ostatnim czasie obserwujemy tendencję nawet teoretycznie demokratycznych rządów do braku reakcji na protesty obywateli i niejako czekania aż się one wypalą. Taka próba sił daje przewagę rządowi, bo wymaga od niego w zasadzie tylko cierpliwości - tłumaczy nasza rozmówczyni.

Kubańczycy umierają, bo nie ma miejsc w szpitalach, nie otrzymują podstawowych leków

Władze kubańskie potwierdziły, że podczas poniedziałkowej demonstracji w starciu z policją w gminie Arroyo Naranjo zginął 36-letni Diubis Laurencio Tejeda. W oświadczeniu zarzucono demonstrantom niszczenie domów, podpalanie i uszkadzanie linii energetycznych. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych twierdzi również, że protestujący zaatakowali policję i cywilów nożami, kamieniami i innymi przedmiotami. Jak informuje Reuters, na Florydzie, która jest domem dla największej populacji kubańskich Amerykanów, odbyły się we wtorek manifestacje solidarności z protestującymi Kubańczykami.

mid-epa09339363
fot. PAP/ EPA

W rozmowie z RadioZET.pl dr Alicja Fijałkowska-Myszyńska przekonuje, że sytuacji na Kubie nie akceptują już nawet te osoby, której do tej pory mniej lub bardziej identyfikowały się z rewolucją i popierały komunistyczne rządy.  - Kubańczycy umierają, bo nie ma miejsc w szpitalach, nie otrzymują podstawowych leków z uwagi na problemy z dostawami, godzinami czekają w kolejkach do sklepów po artykuły pierwszej potrzeby, a ich dzieci często mają ograniczone możliwości uczestniczenia w zdalnych zajęciach. Coraz dobitniej czują zatem, że władza zabrała im wolność i swobody, nie dając w obecnej chwili już nic w zamian. I to rodzi olbrzymią frustrację, bo trudno jest zrozumieć, dlaczego kraj, który ma najwyższą liczbę lekarzy na obywatela i który od lat chętnie wręcz wysyła pomoc medyczną do różnych miejsc na świecie, jednocześnie nie jest w stanie zapewnić jej własnemu społeczeństwu - wyjaśnia.

- To samo dotyczy szczepionek, jako że Kuba pozostaje w tyle pod względem odsetka zaszczepionych za chociażby sąsiednią Republiką Dominikany. Oczywiście na to wszystko nakłada się jeszcze rosnąca frustracja spowodowana drastycznym spadkiem wpływów z turystyki, co pogarsza już istniejące spowolnienie gospodarcze, wynikające z równie złej sytuacji w Wenezueli, będącej głównym partnerem i sponsorem Kuby w XXI wieku. W efekcie nawet ci Kubańczycy, którzy dotychczas milcząco akceptowali dyktaturę, przestają wierzyć, że obecny rząd jest w stanie zapanować nad sytuacją i zapewnić im realizację podstawowych potrzeb - dodaje dr Fijałkowska-Myszyńska.

RadioZET.pl