Zamknij
Aleksander Padałka
Aleksander Padałka
fot: Archiwum prywatne

Pił brudną wodę i jadł zgniłe jedzenie. „Byłem gotowy na śmierć”

Beata Czuma-Hyk
Beata Czuma-Hyk Redaktor Radia Zet
02.12.2022 12:11
02.12.2022 12:11

Patrząc na tego uśmiechniętego i pełnego optymizmu człowieka trudno uwierzyć, że jeszcze kilka miesięcy temu mieszkał w piwnicy, obok niego wybuchały bomby, a nad głową przelatywały mu rosyjskie rakiety. - Byłem gotowy na śmierć, bo nie wiedziałem, czy przeżyję bombardowanie i nie było szans na ucieczkę - zwierzył się 34-letni Aleksander Padałka swojemu przyjacielowi.

Aleksander Padałka jest z wykształcenia prawnikiem i zajmował się obroną praw człowieka w Ukrainie. Jest niewidomy i na co dzień mieszka w Doniecku. Przeżył tam już osiem lat okupacji rosyjskiej, bo miasto zostało opanowane przez wojska rosyjskie wiosną 2014 r. i od tej pory stanowi stolicę nieuznawanej przez zachodni świat tak zwanej Donieckiej Republiki Ludowej.

- Region, w którym mieszkałem, był tuż przy linii frontu. To małe miasto Marjinka na obrzeżach Doniecka, które od kwietnia było pod kontrolą ukraińską – opowiada Aleksander. Wcześniej miasteczko było wiele razy zajmowane najpierw przez prorosyjskich separatystów, a potem przez wojska rosyjskie i przechodziło z rąk do rąk.

- Praktycznie od lutego do czerwca przesiedziałem cały czas w piwnicy. Strach było wychodzić na ulicę, bo rosyjskie patrole łapały każdego mężczyznę, który się nawinął. Nie patrzyły, czy ktoś jest niewidomy, ma grupę inwalidzką. Brały do wojska, jak leci. Cały czas trwały też bombardowania i ostrzał miasta, było niebezpiecznie – mówi 34-latek.

Mieszkańcy obwodu donieckiego
Mieszkańcy obwodu donieckiego w schronie
fot. ANATOLII STEPANOV/AFP/East News

Aleksander jeszcze przed inwazją rosyjską, do której doszło 24 lutego, zrobił zapasy jedzenia. - Byłem pewien, że dojdzie do wojny – wyznaje. - Znajomi dostarczyli mi też raz czy drugi jedzenie z pobliskich sklepów. Gorzej było z wodą. Uratował mnie postsowiecki podziemny zbiornik, z którego czerpałem wodę – relacjonuje. Aleks nie lubi się skarżyć, ale od jego przyjaciół wiemy, że w ostatnich tygodniach, kiedy zapasy się wyczerpały, pił brudną wodę i jadł przegniłe jedzenie. - Bardzo często nie miałem prądu, gazu, nie działał Internet i komórka. Najgorzej było w lutym, kiedy nie było ogrzewania – przyznaje 34-latek.

Mimo wybuchających pocisków i ciągłego ostrzału Aleksander starał się żyć „w miarę normalnie”. - Kiedy miałem dostęp do internetu, to pracowałem, pisałem książkę. Trochę przerażenia wywołała mina, która wybuchła niedaleko mnie i nieustanne ostrzeliwanie, ale nie panikowałem. Tylko raz, po wybuchu pocisku, kawałki cegły skaleczyły mnie w czoło – opowiada prawnik.

Niebezpieczna operacja

Zaraz po wybuchu wojny z Aleksem skontaktował się jego znajomy z Kanady. Chciał jakoś pomóc Ukraińcom i przypomniał sobie, że kilka lat temu rozmawiał z prawnikiem z Doniecka. - Aleks powiedział mi, że jest gotowy na śmierć, bo nie wie, czy przeżyje bombardowania, a nie ma szans wydostać się z miasta, które jest pod ciągłym ostrzałem – mówi jego przyjaciel. Kanadyjczyk widząc, jak bardzo wychudł jego znajomy i w jakich warunkach żyje, uruchomił akcję ratunkową. Operacja była niebezpieczna i do dzisiaj nie można ujawniać jej szczegółów.

- Cud się wydarzył. Bóg i przyjaciele pomogli mi uciec spod Doniecka. Ucieczka trwała pięć dni, ale przygotowania do niej dużo dłużej. Przyjechałem do Warszawy 10 czerwca, a drogę odbyłem wieloma różnymi transportami, zależnie od miejsca, w którym byliśmy. Już w Polsce dowiedziałem się, że było sześć prób wyciągnięcia mnie spod ostrzałów – opowiada Padałka.

Nie bałem się. Może trochę obawiałem się min, bo mogą ci urwać nogi i to jest przerażające

Czy bał się o życie? - Nie, nie bałem się. Byłem psychicznie przygotowany na każdą ewentualność. Może trochę obawiałem się min, bo mogą ci urwać nogi i to jest przerażające. Dla nas, mieszkających w Doniecku, wojna zaczęła się w 2014 r. i od tego czasu przeżyłem wiele ataków z powietrza i bombardowań. Można się było przyzwyczaić – śmieje się mężczyzna. Aleksander przyznaje, że bardzo pomogło mu szkolenie wojskowe, które przeszedł na Donieckim Narodowym Uniwersytecie Technicznym. - Skończyłem tam specjalny kurs wojskowy dla rezerwistów armii ukraińskiej. Wiem, jak się ukryć i zachowywać w czasie bombardowania czy ostrzału - mówi.

Aleks czyta ukraińskie statystyki i stąd wie, że wielu rosyjskich żołnierzy ginie od odłamków. - Po eksplozji pocisku z ciężkich dział kalibru 150 mm, do otoczenia wyrzucane są odłamki, które lecą pod kątem 30 stopni, więc jak człowiek położy się na ziemi, najlepiej w pozycji embrionalnej, ma dużą szansę przeżycia. Rosyjscy żołnierze są tak fatalnie wyszkoleni, że nawet tego nie wiedzą – dziwi się mężczyzna. Niewidomy prawnik przyznaje, że w czasie wojny wiele razy miał kontakt z żołnierzami rosyjskimi, ale nie były to przyjemne spotkania. - Ci, których spotkałem, zachowywali się jak zombie, ślepo wierzyli w Putina i posłusznie wykonywali rozkazy swoich dowódców. Nie przyjmowali do wiadomości niczego, co nie zgadzało się z agresywną rosyjską propagandą – opowiada mężczyzna.

Cel: Warszawa

Kiedy Aleks dotarł do Polski, zaopiekowało się nim małżeństwo z Warszawy, Ania i Robert. - Jeden z moich kolegów z San Francisco, były pracownik Interpolu, zadzwonił do mnie i powiedział, że pomógł w ewakuacji niewidomego prawnika, który przez kilka miesięcy siedział w piwnicy z Donbasie. Zapytał, czy moglibyśmy przyjąć go do schroniska, które charytatywnie założyła firma, w której pracuję i druga, zaprzyjaźniona. Powiedziałem, że przyjmujemy tam tylko kobiety i dzieci, ale postaram się pomóc – opowiada Robert.

- Na początku marca zaczęłam pracować dla amerykańskiej organizacji World Central Kitchen (pozarządowa organizacja zajmująca się dostarczaniem posiłków osobom poszkodowanym w wyniku wojen i klęsk żywiołowych - red.), która finansowała w Polsce posiłki dla uchodźców z Ukrainy. Byłam koordynatorem tej akcji w Warszawie i zajmowałam się zapewnianiem kateringu w miejscach, gdzie pojawiali się uchodźcy – relacjonuje Anna.

Małżeństwo nie chciało, żeby niewidomy człowiek trafił do ośrodka dla uchodźców na Modlińskiej czy do Ptaka w Nadarzynie, bo w ogromnych halach i tłumie ludzi mógłby sobie nie poradzić.

- Zadzwoniłam do Katolickiego Centrum Kultury „Dobre miejsce” na Bielanach. Ksiądz, który prowadzi ten dom, nie zadawał żadnych pytań. Powiedział, żeby przywieźć Aleksandra. Mieszka tam do dzisiaj. Ma swój skromny pokój z łazienką. Na początku miał zapewnione trzy posiłki w stołówce, które finansował World Central Kitchen, ale kiedy organizacja wycofała się z Polski pod koniec sierpnia, w centrum powiedziano, że nie mogą karmić Aleksa. Zwróciłam się do innej firmy kateringowej i dowoziły mu pudełka. Dostawał posiłki, które sam sobie odgrzewał. Od 1 grudnia "Nasza Fundacja" opłaca mu jedzenie w stołówce – podkreśla Ania.

Aleksander Padałka
Uchodźca z Ukrainy Aleksander Padałka
fot. RadioZET.pl/Beata Czuma

Aleksander nie miał nic, jak przyjechał do Warszawy. Przyjaciele musieli mu kupić letnie ubrania. Płacą też za wizyty u lekarza i zakupy w aptece, bo mężczyzna musi stale przyjmować specjalne krople do oczu. Teraz Aleksowi trzeba będzie kupić zimowe rzeczy, bo jest już coraz chłodniej.

- On niechętnie prosi o cokolwiek, trzeba go zmuszać, żeby powiedział, co mu przywieźć, czego potrzebuje – mówi Ania. Robert dodaje, że Aleks po przyjeździe poprosił, tylko żeby go zaprowadzić do fryzjera. - Jak siedziałem w piwnicy, to musiałem sobie sam włosy obcinać, a wiesz, że jestem niewidomy – śmiał się z siebie Aleksander.

Walka o wzrok

Aleksander ma genetyczną wadę wzroku, która powoduje, że widzi tylko peryferyjnie i dostrzega jedynie kolory oraz kształty. Podczas wojny jego wzrok znacznie się pogorszył. Do tego stopnia, że mężczyzna stracił nawet peryferyjne widzenie. - Nie wiem do końca dlaczego, ale mój wzrok pogorszył się w czasie wojny. Wcześniej mogłem poruszać się bez żadnej pomocy, teraz jest to niemożliwe – mówi Aleksander. Na pewno stres i siedzenie w ciemnej piwnicy nie pozostało bez wpływu na jego zdrowie.

Ania i Robert wożą uchodźcę do znanego okulisty prof. Jerzego Szaflika, który przeprowadził już u Aleksa dwa zabiegi sieciowania włókien rogówki za pomocą promieniowania UV. Chodzi o to, aby choroba nie postępowała. Aleksander miał też badania DNA, które mają dać odpowiedź, czy może odzyskać chociaż część widzenia. Wyniki będą znane w styczniu. W leczeniu Aleksa pomaga Centrum Pomocy Humanitarnej Modlińska.

Przyjaciele Aleksa założyli też zbiórkę na jego leczenie. Potrzebne jest 11 tys. euro na operację i leczenie wzroku, ale dotąd udało się zebrać nieco ponad 3,5 tys. - Mam nadzieję, że operacja będzie możliwa, ma kosztować 10 tys. euro i dlatego taki jest limit zbiórki – wyjaśnia Aleksander.

Chce być biznesmenem, nie uchodźcą

Aleks nie siedzi bezczynnie w swoim pokoju na Bielanach. Ma bardzo ambitne plany. Jako pasjonat informatyki stworzył i rozwija platformę e-commerce we współpracy z Amazonem. - Buduję niszową platformę sprzedażową Ex Human Store, która oferuje drukarki 3D, drony, a także nowoczesny sprzęt dla osób z niepełnosprawnościami. W planach jest sprzedaż egzoszkieletów, które wzmacniają mięśnie człowieka i pomagają osobom z niepełnosprawnościami, np. sztuczne ramię. Używane są też w przemyśle do dźwigania ciężkich rzeczy. Także armia amerykańska je stosuje, bo poprawiają zdolność bojową żołnierzy na polu walki – opowiada Aleksander.

Aleksander Padałka
Aleksander Padałka w goglach
fot. Archiwum prywatne

Aleksander miał propozycję wyjazdu do Szkocji czy Danii, ale wybrał Polskę. - Chcę zostać w Warszawie, bo to idealne miejsce do rozwijania biznesu. Czuje się fantastycznie w Polsce. Planuję też założyć organizację sportową dla ludzi z niepełnosprawnościami.

Jak mówią Ania i Robert, Aleks jest wiecznym optymistą. - Ma silne przekonanie, że wszystko mu się uda. Nie chce mieć w Polsce statusu uchodźcy, ale przedsiębiorcy – podkreślają.

"Mam proste marzenia"

Aleks z najbliższej rodziny ma tylko tatę, który pozostał w Doniecku. - Mam z nim kontakt, czeka na wyzwolenie. Jestem dumny z niego i cieszę się, że jest w dobrej kondycji psychicznej – mówi Aleks. Mężczyzna utrzymuje też kontakt z przyjaciółmi, którzy mieszkają na linii frontu i terenach okupowanych przez Rosjan, więc wie, co tam się dzieje.

Tata został w Doniecku, czeka na wyzwolenie. Jestem dumny z niego

Kiedy zakończy się wojna? - Na podstawie informacji z dostępnych źródeł mogę przewidywać, że niedługo zostaną uwolnione miasta Kreminna i Swatowo w obwodzie ługańskim, a Melitopol na południu zostanie wyzwolony do końca tego roku. To drastycznie zmieni sytuację na froncie. Uważam, że wojna zakończy się pod koniec wiosny lub na początku lata przyszłego roku - prognozuje Ukrainiec. - Po tym, jak przewidział odbicie Chersonia na miesiąc przed tym, jak to się stało, już nie śmieję się z jego prognoz – przyznaje Robert.

Aleksander Padałka
Aleksander Padałka
fot. RadioZET.pl/Beata Czuma

Jakie ma marzenia? - Są bardzo proste. Chciałbym odzyskać wzrok i żeby zdrowie mi się poprawiło. Marzę też o rozkręceniu swojej firmy i federacji sportowej dla ludzi z niepełnosprawnościami – wyznaje Aleksander.

Beata Czuma-Hyk
Beata Czuma-Hyk

Pracę w mediach zaczęła w Polskiej Agencji Informacyjnej. Potem pracowała w portalu TVN24, Wprost24.pl, Wirtualnej Polsce i dzienniku „Fakt”. Żyje polityką i interesuje się niewyjaśnionymi sprawami kryminalnymi. Prywatnie jest mamą zdolnego programisty i czterech charakternych kotów. Pomaga też bezdomnym zwierzętom.