Szumlewicz o pensjach w budżetówce
Piotr Szumlewicz
fot: Pawel Wodzynski/East News

6 tys. zł średniej pensji? Szumlewicz: budżetówka puka się w czoło

03.06.2022 11:09

Ile powinna wynosić płaca minimalna, by zadowolić pracowników i pracodawców? Inflacja sięgnęła rekordowych 13,9 proc. Rząd tymczasem proponuje, by pensje tych, których w największym stopniu dotyka drożyzna, wzrosły o niecałe 500 złotych. O pensjach Polaków w podcaście „Biznes. Między Wierszami” rozmawialiśmy z Piotrem Szumlewiczem ze Związkowej Alternatywy.

Rząd ma niewiele czasu na ustalenie wysokości płacy minimalnej w 2023 roku. Decyzję ogłosi w momencie, w którym inflacja bije kolejne rekordy, a pracownicy budżetówki zapowiadają ogólnokrajowy protest. – Nastały trudne czasy dla najmniej zarabiających, czyli m.in. dla pracowników budżetówki – mówił związkowiec.

Ile naprawdę zarabiamy?

Na początek kilka danych, które obrazują stan majętności Polaków. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że co najmniej 1,6 mln pracujących otrzymuje wynagrodzenie brutto nieprzekraczające obowiązującego minimalnego wynagrodzenia, czyli kwoty 3010 zł brutto.

Dwie trzecie wszystkich pracowników nie zarabia więcej niż średnia krajowa, która w kwietniu wyniosła rekordowe 6,6 tys. zł. - wynika z danych przedstawionych szefa Rządowego Centrum Analiz Norberta Maliszewskiego. Nieco więcej o zarobkach Polaków mówi aktualizowana przez GUS co dwa lata mediana płac, która w 2020 roku wyniosła 4702 zł brutto. Co to oznacza? Mediana to tzw. wartość środkowa. Mówi nam tyle, że połowa zatrudnionych w Polsce zarabia mniej niż 4,7 tys. zł brutto, a połowa więcej. „Na rękę” to nieco ponad 3,4 tys. zł.

Opublikowane w maju dane Głównego Urzędu Statystycznego dotyczące średniej pensji mogą w świetle powyższych danych wydawać się zaskakujące. W szczególności dla około 66 proc. pracowników. Średnia płaca równa 6 tys. złotych? – Przedstawiciele budżetówki pukają się w czoło. Pracownicy widzą te statystyki i w ogóle się w nich nie odnajdują. Pensje w budżetówce rosną dużo wolniej. Tu wielu nie zarabia więcej niż kwota minimalna plus 50 lub 100 złotych. Wtedy można się chwalić, że „w naszym urzędzie jest niewiele osób z minimalną pensją” – mówił Piotr Szumlewicz.

Przedstawiciel Związkowej Alternatywy przypomniał, że zgodnie z tegoroczną ustawą budżetową, pensje w budżetówce miały wzrosnąć o 4,4 proc. – To tak zwany fundusz płac, czyli zwiększona o dany procent pula pieniędzy przeznaczana na pensje. Chodzi o to, by w konkretnej placówce zwiększyć kwotę wynagrodzeń o konkretny wskaźnik. Jedni mogą więc dostać 15 proc. podwyżki, a inni nic. Placówka może też w ramach tej puli zatrudnić nowych pracowników, co także zmniejsza szanse na podwyżki obecnych pracowników – wyjaśnił Szumlewicz.

Pracownicy są wściekli, narasta chęć protestu. Płace w gospodarce rosną, ale o budżetówce nie można tego powiedzieć. Ta sfera jest dyskryminowana

Szumlewicz dodał, że zdarzało się w historii, że płace w budżetówce rosły szybciej niż średnia krajowa. - Cała magia polegała jednak na tym, że wcześniej na długo te płace zamrożono, więc pula funduszu płac zwiększyła się. W efekcie jednak na hojne podwyżki często liczyć mogli tylko przyjaciele kierowników danej firmy lub sam zarząd. Pracownicy na dole nieraz od dekady nie widzieli podwyżek – podsumował nasz rozmówca.

Pytany o propozycję Donalda Tuska, by każdy pracownik sektora publicznego zarabiał o 20 proc. więcej, odparł, że to realna propozycja. – Pamiętajmy jednak, że za czasów Platformy Obywatelskiej płace w budżetówce były co do zasady zamrożone. Obawiałbym się, że nawet jeśli Tusk doszedłby ponownie do władzy i podniósł budżetówce pensje, to byłaby to jednorazowa akcja. My chcielibyśmy mechanizmu podwyżki płac, by mieć pewność, że pensje nie utkną w miejscu na kolejne lata – mówił Szumlewicz.

Ile warte są nasze pieniądze?

Wartość nominalna pieniądza w dobie prawie 14 proc. inflacji nie jest najlepszym wskaźnikiem naszej zamożności. Wzrost cen najszybciej i w największym stopniu „zjada” pieniądze tych, którzy zarabiają najmniej. To właśnie w przypadku najuboższych tzw. krańcowa skłonność do konsumpcji jest największa. Innymi słowy, osoby z pensją minimalną największą część swoich dochodów przeznaczają na konsumpcję: opłatę rosnących rachunków, zatankowanie auta czy codzienne zakupy. W dobie rosnącej inflacji minimalna pensja w kwocie 3010 zł wystarczać będzie na coraz mniej dóbr i usług.

Posłuchaj podcastu

Statystyka jest najlepszym obrazem spadku wartości pensji. W styczniu bieżącego roku płaca minimalna wzrosła o 7,5 proc. Dla wielu pracowników taka „wymuszona” przez rząd podwyżka jest jedyną premią, gdyż na dobrą wolę pracodawcy liczyć nie mogą. Tymczasem wzrost cen rok do roku sięga już prawie 14 proc., a prognozowany przez ekonomistów wskaźnik inflacji na koniec roku ma przekroczyć 9 proc. Prosta kalkulacja wskazuje, że budżetówka, w tym pracownicy z najniższą pensją, przy tak nakreślonej podwyżce płac, i tak odczują spadek wartości nabywczej pieniądza.

- Pracownicy radzą sobie słabo, ich realne pensje maleją. Jestem gorącym zwolennikiem szybkiego podnoszenia płacy minimalnej, ale budżetówka już w to nie wierzy i się śmieje. Często pracownicy budżetówki słyszą od pracodawców, że „dostali w ostatnich latach 800 zł podwyżki”. Oni mówią, że pensje wzrosły, bo wzrosła płaca minimalna. To jedyna podwyżka w firmach. To żenujące, że ludziom, którzy budują to państwo, rosną pensje tylko dlatego, że rośnie płaca minimalna – mówił Szumlewicz.

500 plus do minimalnej

Rząd zaproponował, by płaca minimalna w 2023 roku była dwukrotnie zwaloryzowana. Nie jest to jednak gest władzy, lecz wymóg ustawowy. W świetle ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę, w przypadku, gdy inflacja przekracza 5 proc., wówczas „ustala się dwa terminy zmiany wysokości minimalnego wynagrodzenia oraz wysokości minimalnej stawki godzinowej: od dnia 1 stycznia i od dnia 1 lipca”. Tym samym płaca minimalna w przyszłym roku 1 stycznia z obecnych 3010 zł ma wzrosnąć do 3350 zł. Kolejna waloryzacja miałaby zwiększyć pensje o dodatkowe 150 zł. Zatem w połowie roku najniższa płaca mogłaby wynieść 3500 zł brutto. Pracodawcy są zdania, że taka podwyżka jest zbyt hojna, zaś ustawowe wskaźniki odbiegają od sytuacji makroekonomicznej.

„Wzrost dochodów w tempie wynikającym z ustaw nie przystaje do realiów gospodarczych, grozi niekontrolowanym wzrostem inflacji” – czytamy w opinii BCC, Związku Rzemiosła Polskiego i Pracodawców RP. Zdaniem związkowców jednak argument sugerujący wzrost inflacji na skutek podwyżki pensji minimalnej, jest chybiony.

- To nie żadna łaska. To minimalne stawki wynikające z ustawy. W tym roku rząd prowadzi radykalnie antypracowniczą politykę. Płace statystycznie i tak rosną. Dlaczego pracownicy budżetówki mieliby być pokrzywdzeni? Politycy w czasie pandemii podnieśli sobie pensje nawet o 60 proc. My chcemy, by podwyżka w budżetówce sięgnęła tych 20 proc. I to nie tylko dlatego, że pensje na długo były zamrożone. Prestiż szkół, skarbówki i innych urzędów spada, brakuje rąk do pracy, bo nikt nie chce pracować za najniższe stawki – wyjaśniał Szumlewicz.

Pracownicy budżetówki żądają godnych płac
fot. Piotr Molecki/East News
Fot. Piotr Molecki/East News
Pracownicy budżetówki żądają godnych płac

Związkowiec pytany o to, czy gdyby sam zatrudniał pracowników, regularnie zwiększałby im pensję odparł wprost: - Jeśli kogoś nie stać na zapewnienie godnych płac, nie powinien prowadzić biznesu. Nasz rozmówca zwrócił przy okazji uwagę na strategiczny „unik” rządu. W tegorocznej ustawie budżetowej rząd uwzględnił inflację na poziomie… 3,3 proc. Dzięki unikaniu nowelizacji tej kluczowej ustawy rząd de facto nie musi waloryzować tegorocznej płacy minimalnej podwójnie.

- To nierealistyczny budżet. Choć ustawa tworzona była jeszcze przed wybuchem wojny w Ukrainie, to już wówczas wskaźnik inflacji był podwyższony. Rząd nie chce nowelizować budżetu, bo musiałby po raz drugi waloryzować w tym roku płacę minimalną. To zabieg mówiąc delikatnie nieuczciwy – skomentował związkowiec.

„Pracownicy są wściekli”

Tak sprytny zabieg, przez który płaca minimalna stoi w miejscu, dolewa oliwy do ognia i podnosi poziom frustracji w budżetówce. Piotr Szumlewicz pytany o sytuację w urzędach przypomniał, że władze ZUS zwolniły dyscyplinarnie liderkę Związkowej Alternatywy w tymże urzędzie. Ilona Garczyńska jak mówił, miała stracić pracę, „bo krytykowała działanie ZUS i wzywała do protestu”. Ocena działaczki nie była bezpodstawna. Dotyczyła nie tylko wysokości pensji, ale i warunków pracy, dokładania urzędnikom nowych obowiązków w czasie kryzysu pandemicznego i następnie w dobie wojny w Ukrainie. Związkowcy zwracali uwagę na warunki BHP, rekordową liczbę nadgodzin i brak jakiejkolwiek premii za dodatkową pracę, którą wykonują.

Szumlewicz podczas protestu pracowników PLL LOT w 2020 r.
fot. Tomasz Jastrzebowski/REPORTER/East News
Fot. Tomasz Jastrzebowski/REPORTER/East News
Szumlewicz podczas protestu pracowników PLL LOT w 2020 r.

- Zwalnianie dyscyplinarne pracownika za to, że jest pyskaty i chce podwyżek, to nie powód. To liderka delegowana przez związek właśnie po to, by pyskowała i mobilizowała ludzi. Naszym zdaniem zwolnienie Garszyńskiej miało przestraszyć innych i przestrzec, by się nie wychylali i nie pyskowali – mówił Szumlewicz. Pracownicy ZUS-u zapowiedzieli protest, który może sparaliżować pracę urzędu. Frustracja narasta także wśród pracowników skarbówki, którzy przez ostatnie miesiąca brali na siebie odpowiedzialność za objaśnianie Polskiego Ładu.

Skarbówka została pokrzywdzona Polskim Ładem. W czasie kiedy urzędnicy mieli tłumaczyć się z błędów rządu, za co często spotykali się z niecenzuralnymi ocenami podatników, ministrowie obiecywali, że naprawią przepisy

Związkowcy chcą także obalić mit o „piciu kawusi” i względnie komfortowej i stabilnej pracy w budżetówce. - Polacy nie przepadają ani za ZUS-em czy skarbówką. My mówimy wprost: ludzie, to są bardzo ważne instytucje, które mają na sobie wielka odpowiedzialność. Szanujcie urzędników. To nie ludzie, którzy piją kawkę, to ludzie, którzy mają setki tysięcy nadgodzin, a rząd dodatkowo obarcza ich ekstra zadaniami bez niczego w zamian. Nawet jak dostajemy kare, płacimy duże podatki, to nie wina urzędnika, lecz ustawodawcy. My jako patrioci mówimy, szanujmy budżetówkę. Szkoda, że rząd jej nie szanuje – podsumował nasz rozmówca. 

Katarzyna Witwicka-Jurek
Katarzyna Witwicka-Jurek

Dziennikarka z wykształceniem ekonomicznym. Najlepiej czuje się w biznesie. Lubi podatki - niekoniecznie płacić, lecz zgodnie z misją dziennikarza – objaśniać. Wcześniej związana z „Dziennikiem Gazetą Prawną”. Obecnie pracuje w redakcji portalu RadioZET.pl. Interesuje się klasyką rocka, sporami politycznymi i historią myśli ekonomicznej.

katarzyna.witwicka@radiozet.pl
Twitter: https://twitter.com/KWitwicka

logo Tu się dzieje