Rząd ma niewiele czasu na ustalenie wysokości płacy minimalnej w 2023 roku. Decyzję ogłosi w momencie, w którym inflacja bije kolejne rekordy, a pracownicy budżetówki zapowiadają ogólnokrajowy protest. – Nastały trudne czasy dla najmniej zarabiających, czyli m.in. dla pracowników budżetówki – mówił związkowiec.
Ile naprawdę zarabiamy?
Na początek kilka danych, które obrazują stan majętności Polaków. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że co najmniej 1,6 mln pracujących otrzymuje wynagrodzenie brutto nieprzekraczające obowiązującego minimalnego wynagrodzenia, czyli kwoty 3010 zł brutto.
Popularne w magazynie
Dwie trzecie wszystkich pracowników nie zarabia więcej niż średnia krajowa, która w kwietniu wyniosła rekordowe 6,6 tys. zł. - wynika z danych przedstawionych szefa Rządowego Centrum Analiz Norberta Maliszewskiego. Nieco więcej o zarobkach Polaków mówi aktualizowana przez GUS co dwa lata mediana płac, która w 2020 roku wyniosła 4702 zł brutto. Co to oznacza? Mediana to tzw. wartość środkowa. Mówi nam tyle, że połowa zatrudnionych w Polsce zarabia mniej niż 4,7 tys. zł brutto, a połowa więcej. „Na rękę” to nieco ponad 3,4 tys. zł.
Opublikowane w maju dane Głównego Urzędu Statystycznego dotyczące średniej pensji mogą w świetle powyższych danych wydawać się zaskakujące. W szczególności dla około 66 proc. pracowników. Średnia płaca równa 6 tys. złotych? – Przedstawiciele budżetówki pukają się w czoło. Pracownicy widzą te statystyki i w ogóle się w nich nie odnajdują. Pensje w budżetówce rosną dużo wolniej. Tu wielu nie zarabia więcej niż kwota minimalna plus 50 lub 100 złotych. Wtedy można się chwalić, że „w naszym urzędzie jest niewiele osób z minimalną pensją” – mówił Piotr Szumlewicz.
Przedstawiciel Związkowej Alternatywy przypomniał, że zgodnie z tegoroczną ustawą budżetową, pensje w budżetówce miały wzrosnąć o 4,4 proc. – To tak zwany fundusz płac, czyli zwiększona o dany procent pula pieniędzy przeznaczana na pensje. Chodzi o to, by w konkretnej placówce zwiększyć kwotę wynagrodzeń o konkretny wskaźnik. Jedni mogą więc dostać 15 proc. podwyżki, a inni nic. Placówka może też w ramach tej puli zatrudnić nowych pracowników, co także zmniejsza szanse na podwyżki obecnych pracowników – wyjaśnił Szumlewicz.
Pracownicy są wściekli, narasta chęć protestu. Płace w gospodarce rosną, ale o budżetówce nie można tego powiedzieć. Ta sfera jest dyskryminowana
Szumlewicz dodał, że zdarzało się w historii, że płace w budżetówce rosły szybciej niż średnia krajowa. - Cała magia polegała jednak na tym, że wcześniej na długo te płace zamrożono, więc pula funduszu płac zwiększyła się. W efekcie jednak na hojne podwyżki często liczyć mogli tylko przyjaciele kierowników danej firmy lub sam zarząd. Pracownicy na dole nieraz od dekady nie widzieli podwyżek – podsumował nasz rozmówca.
Pytany o propozycję Donalda Tuska, by każdy pracownik sektora publicznego zarabiał o 20 proc. więcej, odparł, że to realna propozycja. – Pamiętajmy jednak, że za czasów Platformy Obywatelskiej płace w budżetówce były co do zasady zamrożone. Obawiałbym się, że nawet jeśli Tusk doszedłby ponownie do władzy i podniósł budżetówce pensje, to byłaby to jednorazowa akcja. My chcielibyśmy mechanizmu podwyżki płac, by mieć pewność, że pensje nie utkną w miejscu na kolejne lata – mówił Szumlewicz.
Ile warte są nasze pieniądze?
Wartość nominalna pieniądza w dobie prawie 14 proc. inflacji nie jest najlepszym wskaźnikiem naszej zamożności. Wzrost cen najszybciej i w największym stopniu „zjada” pieniądze tych, którzy zarabiają najmniej. To właśnie w przypadku najuboższych tzw. krańcowa skłonność do konsumpcji jest największa. Innymi słowy, osoby z pensją minimalną największą część swoich dochodów przeznaczają na konsumpcję: opłatę rosnących rachunków, zatankowanie auta czy codzienne zakupy. W dobie rosnącej inflacji minimalna pensja w kwocie 3010 zł wystarczać będzie na coraz mniej dóbr i usług.
Statystyka jest najlepszym obrazem spadku wartości pensji. W styczniu bieżącego roku płaca minimalna wzrosła o 7,5 proc. Dla wielu pracowników taka „wymuszona” przez rząd podwyżka jest jedyną premią, gdyż na dobrą wolę pracodawcy liczyć nie mogą. Tymczasem wzrost cen rok do roku sięga już prawie 14 proc., a prognozowany przez ekonomistów wskaźnik inflacji na koniec roku ma przekroczyć 9 proc. Prosta kalkulacja wskazuje, że budżetówka, w tym pracownicy z najniższą pensją, przy tak nakreślonej podwyżce płac, i tak odczują spadek wartości nabywczej pieniądza.
- Pracownicy radzą sobie słabo, ich realne pensje maleją. Jestem gorącym zwolennikiem szybkiego podnoszenia płacy minimalnej, ale budżetówka już w to nie wierzy i się śmieje. Często pracownicy budżetówki słyszą od pracodawców, że „dostali w ostatnich latach 800 zł podwyżki”. Oni mówią, że pensje wzrosły, bo wzrosła płaca minimalna. To jedyna podwyżka w firmach. To żenujące, że ludziom, którzy budują to państwo, rosną pensje tylko dlatego, że rośnie płaca minimalna – mówił Szumlewicz.
500 plus do minimalnej
Rząd zaproponował, by płaca minimalna w 2023 roku była dwukrotnie zwaloryzowana. Nie jest to jednak gest władzy, lecz wymóg ustawowy. W świetle ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę, w przypadku, gdy inflacja przekracza 5 proc., wówczas „ustala się dwa terminy zmiany wysokości minimalnego wynagrodzenia oraz wysokości minimalnej stawki godzinowej: od dnia 1 stycznia i od dnia 1 lipca”. Tym samym płaca minimalna w przyszłym roku 1 stycznia z obecnych 3010 zł ma wzrosnąć do 3350 zł. Kolejna waloryzacja miałaby zwiększyć pensje o dodatkowe 150 zł. Zatem w połowie roku najniższa płaca mogłaby wynieść 3500 zł brutto. Pracodawcy są zdania, że taka podwyżka jest zbyt hojna, zaś ustawowe wskaźniki odbiegają od sytuacji makroekonomicznej.
„Wzrost dochodów w tempie wynikającym z ustaw nie przystaje do realiów gospodarczych, grozi niekontrolowanym wzrostem inflacji” – czytamy w opinii BCC, Związku Rzemiosła Polskiego i Pracodawców RP. Zdaniem związkowców jednak argument sugerujący wzrost inflacji na skutek podwyżki pensji minimalnej, jest chybiony.
- To nie żadna łaska. To minimalne stawki wynikające z ustawy. W tym roku rząd prowadzi radykalnie antypracowniczą politykę. Płace statystycznie i tak rosną. Dlaczego pracownicy budżetówki mieliby być pokrzywdzeni? Politycy w czasie pandemii podnieśli sobie pensje nawet o 60 proc. My chcemy, by podwyżka w budżetówce sięgnęła tych 20 proc. I to nie tylko dlatego, że pensje na długo były zamrożone. Prestiż szkół, skarbówki i innych urzędów spada, brakuje rąk do pracy, bo nikt nie chce pracować za najniższe stawki – wyjaśniał Szumlewicz.
Pracownicy budżetówki żądają godnych płac
Związkowiec pytany o to, czy gdyby sam zatrudniał pracowników, regularnie zwiększałby im pensję odparł wprost: - Jeśli kogoś nie stać na zapewnienie godnych płac, nie powinien prowadzić biznesu. Nasz rozmówca zwrócił przy okazji uwagę na strategiczny „unik” rządu. W tegorocznej ustawie budżetowej rząd uwzględnił inflację na poziomie… 3,3 proc. Dzięki unikaniu nowelizacji tej kluczowej ustawy rząd de facto nie musi waloryzować tegorocznej płacy minimalnej podwójnie.
- To nierealistyczny budżet. Choć ustawa tworzona była jeszcze przed wybuchem wojny w Ukrainie, to już wówczas wskaźnik inflacji był podwyższony. Rząd nie chce nowelizować budżetu, bo musiałby po raz drugi waloryzować w tym roku płacę minimalną. To zabieg mówiąc delikatnie nieuczciwy – skomentował związkowiec.
„Pracownicy są wściekli”
Tak sprytny zabieg, przez który płaca minimalna stoi w miejscu, dolewa oliwy do ognia i podnosi poziom frustracji w budżetówce. Piotr Szumlewicz pytany o sytuację w urzędach przypomniał, że władze ZUS zwolniły dyscyplinarnie liderkę Związkowej Alternatywy w tymże urzędzie. Ilona Garczyńska jak mówił, miała stracić pracę, „bo krytykowała działanie ZUS i wzywała do protestu”. Ocena działaczki nie była bezpodstawna. Dotyczyła nie tylko wysokości pensji, ale i warunków pracy, dokładania urzędnikom nowych obowiązków w czasie kryzysu pandemicznego i następnie w dobie wojny w Ukrainie. Związkowcy zwracali uwagę na warunki BHP, rekordową liczbę nadgodzin i brak jakiejkolwiek premii za dodatkową pracę, którą wykonują.
Szumlewicz podczas protestu pracowników PLL LOT w 2020 r.
- Zwalnianie dyscyplinarne pracownika za to, że jest pyskaty i chce podwyżek, to nie powód. To liderka delegowana przez związek właśnie po to, by pyskowała i mobilizowała ludzi. Naszym zdaniem zwolnienie Garszyńskiej miało przestraszyć innych i przestrzec, by się nie wychylali i nie pyskowali – mówił Szumlewicz. Pracownicy ZUS-u zapowiedzieli protest, który może sparaliżować pracę urzędu. Frustracja narasta także wśród pracowników skarbówki, którzy przez ostatnie miesiąca brali na siebie odpowiedzialność za objaśnianie Polskiego Ładu.
Skarbówka została pokrzywdzona Polskim Ładem. W czasie kiedy urzędnicy mieli tłumaczyć się z błędów rządu, za co często spotykali się z niecenzuralnymi ocenami podatników, ministrowie obiecywali, że naprawią przepisy
Związkowcy chcą także obalić mit o „piciu kawusi” i względnie komfortowej i stabilnej pracy w budżetówce. - Polacy nie przepadają ani za ZUS-em czy skarbówką. My mówimy wprost: ludzie, to są bardzo ważne instytucje, które mają na sobie wielka odpowiedzialność. Szanujcie urzędników. To nie ludzie, którzy piją kawkę, to ludzie, którzy mają setki tysięcy nadgodzin, a rząd dodatkowo obarcza ich ekstra zadaniami bez niczego w zamian. Nawet jak dostajemy kare, płacimy duże podatki, to nie wina urzędnika, lecz ustawodawcy. My jako patrioci mówimy, szanujmy budżetówkę. Szkoda, że rząd jej nie szanuje – podsumował nasz rozmówca.