Czy martwi pana projekcja inflacji wzrostu gospodarczego sporządzona przez zespół analityczny Narodowego Banku Polskiego?
Martwi mnie, ale nie jest zaskoczeniem, bo od kilku miesięcy mówimy, że przyszły rok jest zagrożony recesją. Natomiast Narodowy Banki Polski ustami swojego prezesa wmawiał nam miesiącami, że takiego zagrożenia nie ma. Rodzi to duży problem z wiarygodnością NBP. Pojawia się więc pytanie, dlaczego dzisiaj Polacy mają wierzyć w to, co mówi prezes Adam Glapiński? Bo jeśli nie będą wierzyć to walka z inflacją będzie trudniejsza. Wiarygodność tej bardzo ważnej w gospodarce instytucji to dzisiaj duży problem. Martwią mnie te prognozy również dlatego, że inflacja ma być dalej wysoka przy jednoczesnym bardzo mocnym hamowaniu gospodarki.
A czy to już koniec cyklu podwyżek stóp procentowych RPP?
Nie mam zielonego pojęcia. Myślę, że kluczowy będzie drugi kwartał 2023 roku. Jeżeli inflacja nie zacznie istotnie spadać to kolejne podwyżki stóp procentowych będą musiały być realizowane. A jeżeli nawet zacznie spadać to trzeba wziąć pod uwagę jeszcze wiele innych czynników, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć, m.in. to czy polski rząd będzie jeszcze wydawał pieniądze w takiej skali jak to robił w ostatnich miesiącach, czy będzie całkowicie zakręcony kurek z gazem rosyjskim, jak rozwinie się kwestia napięć między Chinami a Tajwanem. Nie wiemy tego dzisiaj, a to tylko kilka czynników, które mogą przełożyć się bezpośrednio na nasze portfele.
Nie wykluczam równocześnie, że stopy procentowe już nie zostaną podniesione, ale równie dobrze potrafię sobie wyobrazić scenariusz, w którym Rada Polityki Pieniężnej będzie zmuszona jeszcze te stopy podnosić. Głównym powodem, dla którego na tym etapie ten proces został zatrzymany jest fakt, że Narodowy Banki Polski wreszcie postawił tezę, że Polska gospodarka w przyszłym roku jest zagrożona recesją.
Co to wszystko teraz oznacza dla polskiego kredytobiorcy?
Powinien być szczęśliwy, bo nie będzie już płacił droższego kredytu. Raty już nie będą wyższe i teoretycznie wszystko jest w porządku. Istnieje jednak ogromne ryzyko, że będzie odwrotnie. Jeżeli RPP nie ma racji i inflacja jeszcze bardziej wystrzeli to podwyżki stóp, które będzie trzeba robić w przyszłości, będą musiały być wyższe niż te, które teraz by trzeba było zrobić, żeby do tego wystrzału nie dopuścić. Będzie to oznaczało dramatyczny wzrost oprocentowania kredytów w przyszłości. Gdy mówię dramatyczny to nie mam na myśli podwyżki o dwa punkty procentowe tylko znacznie więcej.
Co może zrobić kredytobiorca, aby się przed tym zabezpieczyć?
Rekomenduję wszystkim wziąć wakacje kredytowe. Jestem zaskoczony, że do tej pory tylko połowa Polaków się na to zdecydowała. Nie bójmy się, nie będzie to miało wpływu na naszą zdolność kredytową w przyszłości, a nie wiemy czy za dwa, trzy, cztery lata też będzie taka szansa. Jak dają wakacje od kredytu to należy brać.
Adam Glapiński powiedział, że NBP nie jest winny wysokiej inflacji w Polsce. Zgadza się pan z nim?
Adam Glapiński nie ma racji i bardzo mnie martwi, że używa nieładnych słów w stosunku do osób, które nie zgadzają się z tym, co on mówi. Ostatnie miesiące pokazały, że bardzo często się mylił. Uważam, że czas na podnoszenie stóp procentowych był wcześniej. Gdyby to było wtedy zrobione, dzisiaj inflacja mogłaby być nieco niższa. To była zła decyzja, ale największym błędem jest prowadzenie polityki informacyjnej. Moim zdaniem Polacy dzisiaj nie wierzą już Narodowemu Bankowi Polskiemu. Przyczyniło się do tego zachowanie prezesa, który nie brał pod uwagę innych scenariuszy, śmiał się z tych, którzy mieli inne zdanie, a teraz okazuje się, że to oni mieli rację. To wszystko spowodowało, że przeciętny Kowalski dzisiaj po prostu nie wierzy w to co mówi prezes Narodowego Banku Polskiego. Nawet w ostatnich miesiącach słyszeliśmy od niego, że nie ma w Polsce kryzysu, nie ma recesji, ale kryzys jest.
Szef Narodowego Banku Polskiego podkreślił, że inflacja bazowa rośnie także w innych krajach, a banki centralne w USA czy Europie rozpoczęły podwyżki stóp procentowych później niż w Polsce.
Tak, banki centralne spóźniły się ze swoimi decyzjami. Natomiast różnica między Stanami Zjednoczonymi, strefą euro i Polską jest taka, że szefowie tych banków trzy miesiące temu potrafili powiedzieć, że popełnili błąd, niedoszacowali inflacji i teraz nadrabiają te decyzje. Takie słowa padły z ust szefa amerykańskiego banku centralnego i szefowej europejskiego banku centralnego. Natomiast pamiętajmy o zasadniczej różnicy, że my w Polsce jeszcze przed pandemią mieliśmy nasze własne czynniki wzrostu inflacji. Ja zakładałem, że 5 proc. przebijemy w 2020 roku. Nie stało się to ze względu na pandemię, ale fakt, że wydajność pracy rosła mniej niż wynagrodzenia, że prąd drożał od czterech lat, że pojawiły się dodatkowe opłaty i parapodatki dla przedsiębiorców, że praktykowano to pchanie pieniędzy w społeczeństwo, czyli budowanie potencjału wzrostu konsumpcji, to wszystko spowodowało, że nasza wewnętrzna inflacja nam się rozkręciła. Tutaj należało działać wcześniej niż reagował Narodowy Banki Polski. Fakt, że Amerykanie zaczęli później podnosić stopy niż my, nie oznacza, że Narodowy Bank Polski zrobił dobrze. Stany Zjednoczone zostały zaskoczone innymi elementami, czyli przede wszystkim kolejną falą pandemii w Chinach i niedoborem części produktów. To rzeczywiście spowodowało inflację, w powiązaniu z drukowaniem pieniędzy przez kryzys pandemiczny oraz elementy związane z nośnikami energii. Warto jednak wiedzieć, że to bardziej przeszkadza Europie niż Stanom Zjednoczonym. Tam sytuacja jest lepsza z wyjątkiem ropy naftowej.
Prezes NBP uważa, że gdyby nie interwencja rządu, inflacja wynosiłaby 18-19 proc. Stwierdził, że jej główną przyczyną są szoki surowcowe, które spowodowały drastyczne podwyżki kosztów działania wszystkich firm. Podkreślił też, że z zewnątrz przyjdzie silny impuls antyinflacyjny, związany z podnoszeniem stóp procentowych przez banki centralne na świecie, które w ten sposób chcą zdusić inflację.
To nie jest prawda, że cała inflacja w Polsce wynika z tego, że podrożał gaz, węgiel i ropa naftowa. Mamy swoje własne czynniki, a te zewnętrzne się tylko do nich dołożyły. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości, więc zwalanie wszystkiego na to, że jest putinflacja, jak to mówi Morawiecki, to jest po prostu nieprawda.
My też drukowaliśmy pieniądze, my też zwiększaliśmy ilość pieniądza, który szedł w społeczeństwo i działo się to jeszcze przed pandemią. Przypomnę, że u nas drożał prąd pomimo tego, że nie było wzrostu cen nośników energii na świecie. Mieliśmy przede wszystkim element kosztowy, czyli rosnące płace, a jednocześnie nie było wystarczającego wzrostu wydajności ani inwestycji prywatnych. To że się one z załamały jest winą destabilizacji otoczenia gospodarczego, a za to odpowiada rząd.
Nieprzewidywalność tego otoczenia powoduje, że przedsiębiorcy boją się inwestować. Poznaliśmy ją choćby kilka tygodni temu, kiedy w piątek wieczorem kładłem się spać sądząc, że podatek od ponadnormatywnych spółek będzie dotyczył tylko kilku firm energetycznych, rano okazało się, że grupa tych przedsiębiorstw jest znacznie większa, a kolejnego dnia poinformowano, że w ogóle tego podatku nie będzie. To jest przykład tego, że nie da się w Polsce przewidzieć co się wydarzy, co wymyślą rządzący i to ogranicza chęć inwestowania.
Czy teraz czekają nas dwa lata z bardzo wysoką inflacją?
Tak, z całą pewnością. Przed nami dwa lata z bardzo wysoką inflacją, ale to już nie musi być inflacja dwucyfrowa. Jestem w stanie wyobrazić sobie scenariusz, że inflacja wróci do poziomu jednocyfrowego. Myślę, że jest to możliwe nawet pod koniec 2023 roku, choć Narodowy Banki Polski zakłada, że prawdopodobieństwo jest niewielkie. Ja tego nie wykluczam, choć oczywiście projekcja inflacyjna jest w tej chwili bardziej pesymistyczna.
Jakie zagrożenia dla przeciętnego Kowalskiego budzi projekt ustawy o podatkowych obowiązkach sprawozdawczych platform cyfrowych?
Ustawa przede wszystkim dostarczy wiedzę na nasz temat i pozbawi obywateli elementu wolności. Odkryjemy się właściwie w 100 proc. nie tylko przed fiskusem, ale generalnie przed państwem. Trzeba pamiętać, że to jest kolejny element wiedzy o obywatelu, który może zostać wykorzystany przeciwko niemu.
Po co Krajowej Administracji Skarbowej informacje, kto czym handluje, co wynajmuje, jakie świadczy usługi, jakie osiąga obroty, na jakie rachunki trafiają zarobione pieniądze?
Popularne w magazynie
Z jednej strony jest to element próby realnego opodatkowania nowej gospodarki i doprowadzenia do sytuacji, aby podatki nie uciekały z Polski do innego kraju. Z drugiej strony jest problem szarej strefy. Rząd doszedł do ściany w kwestii zwiększania ściągalności podatków. To jest właśnie narzędzie dla polityków żeby, wiedząc o naszych różnego rodzaju transakcjach, łatwiej było dojść do tego, gdzie tak naprawdę można poszukać jeszcze dodatkowych środków do budżetu. To oznacza niestety znacznie większą inwigilację. Myślę, że wielu Polakom taki kierunek się po prostu nie podoba. Od kilku lat obserwujemy w Polsce budowanie gospodarki państwowej i zwiększenie roli państwa w gospodarce, więc to jest ten kierunek działań.
Gdyby taka baza danych wpadła w niepowołane ręce to jakie wywoła zagrożenie?
Możemy sobie różne rzeczy wyobrazić związane z przejęciem takich informacji. Oczywiście na czele z różnego rodzaju pomysłami przestępczymi, czyli uderzenie w tych, którzy tych środków mają więcej, po elementy związane z czynami nieuczciwej konkurencji, wynikającymi z informacji o naszych transferach, itp. Nie jesteśmy przygotowani na to, żeby tego typu informacje poszły w społeczeństwo.
Podobno urzędnicy mają te dane analizować w celu wykrycia nieopodatkowanej działalności gospodarczej.
Myślę, że początkowym celem jest próba opodatkowania wielkich koncernów technologicznych, ale jak to zazwyczaj w takich sytuacjach bywa, może się skończyć na tym, że największym przegranym tego całego procesu będą po prostu zwykli obywatele i niewielkie firmy.
Świetnym przykładem jest próba nałożenia podatku od ponadnormatywnych zysków, która miała dotyczyć państwowych spółek energetycznych, a w kolejnej odsłonie okazało się, że będzie dotyczyła wszystkich firm zatrudniających powyżej 250 pracowników. Finalnie ten pomysł nie wszedł w życie, ale pokazał jakie jest niebezpieczeństwo. W teorii cel jest szczytny, ale praktyka może się okazać bardzo nieprzyjemna dla znacznej większości obywateli.
Marek Zuber – ekonomista, wykładowca, analityk rynków finansowych. Prowadzi działalność w obszarze doradztwa finansowo-kapitałowego.