Co zyskaliśmy na przyjaźni z Orbánem? Bilans polsko-węgierskich „bratanków”
Viktor Orbán, przez lata przedstawiany przez PiS jako największy przyjaciel Polski i symbol konserwatywnej kontrrewolucji wobec „zgniłego Zachodu”, schodzi ze sceny po spektakularnie przegranych wyborach. To dobry moment, by dokładniej przyjrzeć się rachunkowi tej politycznej przyjaźni. Okazuje się, że jest on znacznie mniej romantyczny, niż sugerowało słynne przysłowie o „dwóch bratankach”.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jak zmieniły się relacje polskiej prawicy z Orbánem po porażce Fideszu.
- Dlaczego krytyka węgierskiej polityki Orbána pojawiła się po jego porażce.
- Co pozostało z polsko-węgierskiej współpracy po rządach Orbána.
- Jak rozwijały się relacje gospodarcze Polski i Węgier mimo politycznych sporów.
Po porażce Fideszu i Viktora Orbána gorzka refleksja niespodziewanie przeszła także przez szeregi polskiej prawicy. To zaskoczenie, ponieważ środowiska te – poza kilkoma wyjątkami – pozostawały dotąd niemal bezkrytyczne wobec polityki Orbána i nie dystansowały się od niego nawet po rosyjskiej agresji na Ukrainę w 2022 roku, gdy Węgry przyjmowały kurs wyraźnie prorosyjski. Jeszcze przed samymi wyborami na Węgrzech, w wywiadzie dla prorządowego tygodnika „Mandiner”, Jarosław Kaczyński usprawiedliwiał bliskie związki Budapesztu z Moskwą względami energetycznymi. Inni politycy PiS przez lata przekonywali, że pomimo pewnych różnic, dotyczących choćby stosunku do Rosji i wojny w Ukrainie, istnieje znacznie więcej punktów wspólnych między Warszawą a Budapesztem, a węgierski premier jest kluczowym sojusznikiem w walce z unijną biurokracją i rzekomo narzucaną w Europie lewicową ideologią.
Po 12 kwietnia jako pierwszy zaskoczył szef prezydenckiego BBN Sławomir Cenckiewicz. Przyznał wprawdzie, że Orbán był sojusznikiem Polski „w rozgrywce z kosmopolitami i centralistami w UE oraz w kwestii migracji”, ale – jak dodał – to „za mało”. „Poza tym jedynie pogłębiał sprzeczności: inna percepcja zagrożeń rosyjskich, różnice w postrzeganiu sojuszu północnoatlantyckiego (o roli Węgrów we wspólnocie wywiadu powstaną kiedyś studia), zupełnie niezgodna z naszymi interesami polityka energetyczna (ostatnie wyczyny i wyprawa Mola na rynek serbski w konsultacji z Rosją), pogrzebanie idei Trójmorza…” – wyliczał Cenckiewicz. Były to dość niespodziewane słowa, bo jeszcze 23 marca prezydent Karol Nawrocki osobiście odwiedzał Viktora Orbána w Budapeszcie i udzielał mu poparcia w wyborach, podobnie jak kilka dni później amerykański wiceprezydent J.D. Vance.
PiS już nie kocha Orbána?
Nie był to jedyny krytyczny głos płynący z prawicowego obozu. Były wiceszef MSZ z ramienia PiS, Paweł Jabłoński, ocenił, że wśród licznych powodów porażki Fideszu znalazły się: jednolitość przekazu, przekonanie o własnej nieomylności, arogancja oraz radykalizm w działaniach i komunikacji części polityków. Na refleksję zdobył się także Tobiasz Bocheński, europoseł PiS. „Będę miał w pamięci wszystko dobre, co zrobił Viktor Orbán dla europejskiego konserwatyzmu, idei państwa narodowego i sprzeciwu wobec lewicowej ideologii. Z polskiego punktu widzenia popełnił jednak kardynalny błąd w polityce wschodniej” – pisał. Marcin Horała stwierdził natomiast, że porażka Fideszu nie była dla niego zaskoczeniem i nie rozumie „napięcia emocjonalnego” związanego z węgierskimi wyborami.
Były wiceszef MSZ z ramienia PiS Szymon Szynkowski vel Sęk przekonuje w rozmowie z RadioZET.pl, że rządy Viktora Orbána należy oceniać z polskiej perspektywy w dwóch kategoriach. - Pierwsza to jego polityka wschodnia, wobec której byliśmy niezwykle krytyczni, ale jednak dzięki naszym dobrym kontaktom udawało się premierowi Mateuszowi Morawieckiemu przekonywać w wielu takich krytycznych momentach, które także obserwowałem na forum Rady Europejskiej, kiedy Węgry blokowały pakiety sankcyjne. Rozmowy Mateusza Morawieckiego z Viktorem Orbánem doprowadzały do tego, że ta blokada była zdejmowana – podkreśla.
Krytyczne głosy pojawiły się jednak dopiero wtedy, gdy było już jasne, że Viktor Orbán po 16 latach straci władzę, a szefem węgierskiego rządu zostanie również konserwatywny, choć wyraźnie proeuropejski Péter Magyar, należący do tej samej europejskiej rodziny politycznej co Donald Tusk. Do 12 kwietnia polska prawica stała lojalnie obok Orbána, bezpośrednio angażując się w poparcie Fideszu nawet na miejscu. Węgierski premier mógł liczyć nie tylko na Karola Nawrockiego, lecz także na Mateusza Morawieckiego, który pojawił się na budapesztańskiej konferencji CPAC. Proorbanowską narrację kolportowali również stale obecni w Budapeszcie politycy PiS: Zbigniew Ziobro i Marcin Romanowski. Jarosław Kaczyński w rozmowie z węgierskim „Mandinerem” przekonywał, że „wygrana Fideszu i Viktora Orbána byłaby bardzo ważna dla Węgier, ale i dla Europy”.
Stosunki polsko-węgierskie były przez lata przedstawiane przez prawicę jako absolutnie kluczowe nie tylko ze względu na ich trwały, historyczny charakter, lecz przede wszystkim z uwagi na wyłaniającą się, wyjątkową na tle Europy konserwatywno-nacjonalistyczną więź ideologiczną. W praktyce nie chodziło jednak o relacje Polski z Węgrami w sensie narodowym czy państwowym, lecz raczej o związki partii PiS z Fideszem Viktora Orbána. Potwierdziły to kilka dni temu słowa Jarosława Kaczyńskiego, który po wygranej Tiszy stwierdził, że nie pogratuluje Péterowi Magyarowi. Szef PiS określił go jako człowieka, którego w życiu publicznym być nie powinno, a fakt jego obecności ma świadczyć o tym, że społeczeństwo jest „jednak trochę chore”. Przemysław Czarnek ocenił z kolei, że Magyara wybrało „całe węgierskie lewactwo” i „to jest ich sprawa”.
Co zyskała Polska na relacjach z Orbánem?
Mityczna miłość do Węgrów okazała się więc – przynajmniej po stronie polskiej prawicy – miłością przede wszystkim do politycznego sojusznika i to tylko wtedy, gdy był on potrzebny. Słynne przysłowie o dwóch bratankach obowiązywało tak długo, jak długo „do szabli i szklanki” przystępowali Kaczyński z Orbánem. Teraz, gdy węgierskim premierem zostanie Péter Magyar, politycy PiS prawdopodobnie z większą rezerwą będą nawiązywać do przyjaźni między Warszawą a Budapesztem, a lidera Tiszy będą przedstawiać jako polityka odległego od polskich interesów.
Co tak naprawdę pozostało w stosunkach polsko-węgierskich po epoce rządów Viktora Orbána i jaki jest ich bilans? Odpowiedzi na te pytania wcale nie są oczywiste. Choć dla środowisk prawicowych Fidesz był kluczowym sojusznikiem w ideologicznej i kulturowej konfrontacji z Zachodem i Brukselą, błędem byłoby twierdzenie, że Warszawa w ogóle nie zyskiwała na współpracy z konserwatywnym Budapesztem. Paradoksalnie to, co przez prawicę przez lata przedstawiano jako najmocniejszy element stosunków polsko-węgierskich, czyli relacje polityczne, zostało negatywnie zweryfikowane przez rzeczywistość międzynarodową po rosyjskim ataku na Ukrainę. Natomiast na płaszczyźnie gospodarczej i handlowej relacje między Polską a Węgrami rozwijały się i nadal rozwijają dobrze.
Rzeczywiście nie dało się zmienić szkodliwej polityki Viktora Orbána, ale można było korygować ją tak, aby nie stała w sprzeczności z polską racją stanu.
Oficjalne dane polskiego rządu pokazują stały wzrost wymiany towarowej. Według aktualnego informatora gospodarczego dla Węgier eksport Polski na Węgry wzrósł z 3,6 mld euro w 2020 r. do 9,0 mld euro w 2025 r., import z Węgier – z 2,4 mld euro do 5,5 mld euro, a dodatnie saldo Polski zwiększyło się z 1,2 mld euro do 3,5 mld euro. Roczne obroty wynoszą około 13–14 mld euro, a udział Węgier w polskim eksporcie to około 2,5–3 proc. Podobnie wygląda sytuacja w sferze inwestycji i współpracy biznesowej. Największymi polskimi inwestorami na Węgrzech są m.in. Maspex, TZMO, LPP, CCC, Medort i Mokate, a węgierskie inwestycje w Polsce obejmują m.in. MOL, Richter Gedeon, DunaPack i TriGranit. Polski rząd ocenia te relacje inwestycyjne jako „stabilne i długoterminowe”.
- Wartość polskiego eksportu na Węgry nominalnie niemal podwoiła się w latach 2015–2023. Podobnie było jednak w przypadku Czech, Słowacji czy Niemiec i wielu innych państw Unii Europejskiej, więc nie możemy mówić tu o jakiegoś rodzaju szczególnych relacjach gospodarczych - ocenia jednak Eugeniusz Romer, zastępca redaktora naczelnego magazynu „Układ Sił”.
PiS, Fidesz i wspólny podręcznik
Jeszcze w latach 2010–2015 w relacjach Polska–Węgry dominował raczej pragmatyzm z rosnącym komponentem politycznym. Orbán wrócił wówczas do władzy, ale w Polsce rządziła jeszcze koalicja PO-PSL, więc nie istniała tak silna wspólnota obozów rządzących. W latach 2015–2021 relacja ta stała się zdecydowanie bardziej ideologiczna, ponieważ PiS i Fidesz miały zbliżone programy, prowadziły politykę niczym z jednego podręcznika i wspólnie pozycjonowały się wobec UE.
Po 2022 roku ideologiczny rdzeń tej relacji zaczął się chwiać. Mimo wyraźnie prorosyjskiego kursu Budapesztu i odmiennego podejścia do wojny w Ukrainie stosunki rządu Orbána z władzą PiS w Warszawie nadal utrzymywane były jednak w duchu strategicznej współpracy. Choć putinowska Rosja wyraźnie dzieliła polską i węgierską perspektywę, stawiając PiS w kłopotliwym położeniu, wciąż podkreślano punkty wspólne. To przede wszystkim stosunek do Unii Europejskiej oraz krytyka wpływów kultury zachodniej. Proputinowskie sympatie Orbána były w praktyce ceną, jaką PiS było gotowe zapłacić w zamian za sojusz w konfrontacji z Brukselą.
- Na bliskości politycznej z rządem Orbána Warszawa zyskiwała niewiele (vide głosowanie 27:1 w 2017 roku), a po 24 lutego 2022 roku stały się one wręcz obciążeniem dla polskiej prawicy – zauważa Eugeniusz Romer. - Ze względu na wewnętrzne uwarunkowania, historyczne antagonizmy terytorialne sięgające traktatu w Trianon i spory związane z prawami mniejszości węgierskiej na Ukrainie, a także zależność energetyczną od Rosji, Budapeszt nie wsparł Kijowa w stopniu, który był oczekiwany przez Polskę – wylicza w rozmowie z naszym portalem.
Prawdziwe załamanie relacji nastąpiło dopiero po 2023 roku, gdy władzę w Polsce przejęła proeuropejska koalicja 15 października z Donaldem Tuskiem na czele. Dodatkowym źródłem napięcia stało się udzielenie w Budapeszcie azylu politycznego Marcinowi Romanowskiemu i Zbigniewowi Ziobrze, co w Polsce zostało odebrane jako akt wrogi.
- Donald Tusk od razu oznajmił, że dla niego Viktor Orbán nie jest partnerem do rozmów, a w związku z tym sam sobie na starcie ograniczył możliwość wpływania na politykę Węgier. W kontekście polityki wschodniej, a obserwowałem to z bliska, miało to jednak znaczenie. Rzeczywiście nie dało się zmienić szkodliwej polityki Viktora Orbána, ale można było korygować ją tak, aby nie stała w sprzeczności z polską racją stanu – przekonuje Szymon Szynkowski vel Sęk.
Orbán pogrzebał ideę Trójmorza?
Z punktu widzenia PiS najważniejsze w relacjach z Viktorem Orbánem były więzi polityczne: wspólna wizja silnego państwa narodowego i suwerennej roli w ramach Unii Europejskiej, krytyka liberalnego modelu demokracji oraz konserwatywna agenda społeczna. Oba kraje wspierały się w kolejnych sporach z Komisją Europejską i tworzyły osobliwy, dość odosobniony sojusz w ramach wspólnoty. Po przegranej PiS w październiku 2023 roku wszystkie te elementy, przedstawiane przez lata jako modelowy przykład dwustronnej współpracy, stały się dla Warszawy politycznym i wizerunkowym obciążeniem.
Na bliskości politycznej z rządem Orbána Warszawa zyskiwała niewiele (vide głosowanie 27:1 w 2017 roku), a po 24 lutego 2022 roku stały się one wręcz obciążeniem dla polskiej prawicy.
Szef BBN Sławomir Cenckiewicz w swoim krytycznym komentarzu po wyborach na Węgrzech zwrócił uwagę, że rząd Orbána pogrzebał ideę Trójmorza. Projekt ten jest regionalną platformą współpracy dwunastu państw Europy Środkowej i Wschodniej położonych między Morzem Bałtyckim, Adriatyckim i Czarnym. Jego głównym celem jest rozwój infrastruktury transportowej, energetycznej i cyfrowej w osi północ–południe w Unii Europejskiej. Inicjatywa została powołana w 2016 roku z inicjatywy prezydentów Polski i Chorwacji. Węgry, choć są członkiem założycielem Inicjatywy Trójmorza (3SI), wykazują mniejszą aktywność niż Polska czy państwa bałtyckie i stawiają na dywersyfikację źródeł energii w oparciu o współpracę z Rosją, co bywa sprzeczne z dążeniami pozostałych państw do uniezależnienia się od rosyjskich surowców. Orbán często podkreślał gospodarczy i infrastrukturalny charakter Trójmorza, unikając geopolitycznej retoryki i nie chcąc uczestniczyć w inicjatywach postrzeganych jako antyrosyjskie.
Warto wspomnieć także o kryzysie w Grupie Wyszehradzkiej. Podziały w V4 zaczęły się pogłębiać jeszcze w związku ze sporami o przestrzeganie zasad praworządności w UE. Najpierw dotyczyły one Węgier po 2011 roku, a po 2015 roku również Polski. W rezultacie Czechy i Słowacja zaczęły dystansować się od Warszawy i Budapesztu, aby uniknąć kojarzenia z państwami objętymi procedurą z art. 7 Traktatu o UE. Podział ten ograniczył zdolność V4 do wypracowania wspólnego stanowiska w debacie o przyszłości integracji europejskiej po 2017 roku. Państwa grupy zgadzały się jedynie co do ogólnych postulatów, takich jak rozwój jednolitego rynku, nie przedstawiając spójnej wizji reform UE. Najpoważniejszy kryzys współpracy pojawił się jednak po rosyjskiej inwazji na Ukrainę w 2022 roku. Polska, Czechy i Słowacja przyjęły jednoznacznie proukraińskie stanowisko, podczas gdy Węgry prowadziły znacznie bardziej powściągliwą politykę wobec Rosji. Kwestia wojny w Ukrainie do dziś pozostaje czynnikiem dzielącym Grupę.
- Utrudnianie nakładania unijnych sankcji na Rosję czy przyjęcia nowych członków do NATO, w szczególności Szwecji, było sprzeczne z polską wizją bezpieczeństwa. Spowodowało też faktyczne zamrożenie współpracy w ramach Grupy Wyszehradzkiej, szczególnie po dojściu do władzy Fico na Słowacji i Babiša w Czechach – ocenia Romer. - Wreszcie postawa Orbána dała argument zwolennikom większej centralizacji UE w celu zapobieżenia paraliżu decyzyjnego, który często powodował. W ostatnim czasie pojawiają się głosy ze strony m.in. niemieckiego rządu i przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, by odejść od głosowania poprzez jednomyślność we wspólnej polityce zagranicznej i bezpieczeństwa – dodaje.
Warszawa w Budapeszcie, a Magyar w Polsce
Po zmianie władzy na Węgrzech mówi się przede wszystkim o powrocie Budapesztu na łono Europy po latach pełnienia roli hamulcowego procesów integracyjnych. Można spodziewać się także zasadniczej zmiany w podejściu węgierskiego rządu do putinowskiej Rosji. A to było przecież w ostatnich latach jednym z najważniejszych punktów spornych zarówno w Unii, jak i w relacjach z rządem Donalda Tuska. Jak podkreśla w swojej analizie Ilona Gizińska z Ośrodka Studiów Wschodnich (OSW), „zwycięstwo Tiszy otwiera drogę do głębokiej przebudowy modelu państwa, wykraczającej poza standardową zmianę gabinetu. Zapowiedzi Magyara wskazują, że nowa większość będzie dążyła do demontażu kluczowych elementów systemu stworzonego przez Fidesz – w wymiarach zarówno instytucjonalnym, jak i symbolicznym”. Jeśli ten scenariusz się potwierdzi, będzie to także wyraźny sygnał dla polskiej prawicy. Po 12 kwietnia straciła ona nie tylko ideologicznego sojusznika i hamulcowego w UE, lecz także politycznego bliźniaka wskazującego kierunki przebudowy liberalno-demokratycznego porządku w państwie.
- Drugi aspekt to europejskie podejście Viktora Orbána. Zgadzaliśmy się z nim, np. w podejściu do polityki migracyjnej, klimatycznej czy proponowanej na forum UE polityki zawłaszczania kompetencji przez instytucje unijne. Orbán był naszym sojusznikiem w każdym z tych tematów. To miało swoje znaczenie, bo spowalniało niekorzystne procesy w Unii Europejskiej. Myślę, że bylibyśmy dziś w innym miejscu, gdyby nie Viktor Orbán, Mateusz Morawiecki oraz Beata Szydło, jeśli chodzi o rozlewanie się kompetencji UE – dodaje Szynkowski vel Sęk.
Co zatem zostaje Polsce po latach rządów Viktora Orbána na Węgrzech i po doniosłych opowieściach o niemal mitycznym związku Warszawy z Budapesztem? Paradoks polega na tym, że w czasie, gdy polityczna narracja o konserwatywnych i eurosceptycznych „bratankach” coraz bardziej rozmijała się z rzeczywistością, relacje gospodarcze między Polską a Węgrami rozwijały się stabilnie i bez większych wstrząsów. Handel, inwestycje i współpraca biznesowa okazały się znacznie bardziej odporne na zmiany politycznej koniunktury niż pompatyczne deklaracje o ideowej wspólnocie i obronie chrześcijańskiego porządku przed ekspansją brukselskiego lewactwa. To właśnie pragmatyzm ekonomiczny, a nie wielkie ideologiczne symbole, okazał się najtrwalsze.
Choć politycy PiS nie wykazują po 12 kwietnia szczególnego entuzjazmu wobec Budapesztu, mimo latami deklarowanej wyjątkowej bliskości z Węgrami, relacje między naszymi krajami mogą w końcu wejść w nową fazę: bardziej pragmatyczną i pozbawioną największych punktów spornych. Lider Tiszy Péter Magyar zapowiedział już, że swoją pierwszą wizytę zagraniczną złoży właśnie w Polsce. - Spotkam się również z prezydentem Nawrockim - zadeklarował.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET