Autokar wjechał w busa, zginęło 9 osób. "To było straszne przeżycie"
Bus przewrócił się na jezdnię i sunąc po niej, znalazł się na przeciwległym pasie ruchu. Wtedy w jego dach wjechał autobus. Taki przebieg miał tragiczny wypadek na dk nr 88, w którym zginęło 9 osób. Prokuratura oskarżyła Jerzego S., kierowcę trzeciego pojazdu, który według śledczych nieprawidłowo wyprzedzał.
Do jednego z najtragiczniejszych wypadków drogowych ostatnich lat doszło 22 sierpnia 2020 r. wieczorem na dk nr 88 w pobliżu węzła Kleszczów na Śląsku. Renault trafic, jadący od Gliwic w stronę Wrocławia, przewrócił się na jezdnię i sunąc po niej, znalazł się na przeciwległym pasie ruchu. Wtedy w dach tego samochodu wjechał autokar. Siła uderzenia była tak duża, że bus został całkowicie zmiażdżony. Zginęły wszystkie jadące w nim osoby. Rannych zostało też siedem osób jadących autokarem – kierowca i sześcioro pasażerów.
Według prokuratury do tragedii doszło, kiedy Jerzy S., kierowca innego pojazdu - volkswagena, próbował wyprzedzać. Postawiono mu zarzut nieumyślnego spowodowania katastrofy zagrażającej zdrowiu i życiu wielu osób, której skutkiem była śmierć dziewięciu osób, a także spowodowanie obrażeń ciała u kolejnych siedmiu.
Wypadku k. węzła Kleszczów. Ruszył proces
W czwartek przed Sądem Okręgowym w Gliwicach, po odczytaniu zarzutu z aktu oskarżenia przez prokurator Marię Mizerę, oskarżony złożył wyjaśnienia. Oświadczył, że nie przyznaje się do winy. - To było straszne przeżycie. Jestem kierowcą od 44 lat. Przejechałem około 2 milionów kilometrów bez żadnego wypadku - powiedział Jerzy S.
Jak opisywał, do tragedii doszło kiedy z żoną wracał znad morza do Cieszyna, ok. 22.45. Podjął decyzję o wyprzedzeniu jadącego przed nim samochodu, nie widział, by jakikolwiek pojazd zbliżał się z przeciwnej strony. Jak opisywał, w tej chwili poczuł jakiś huk, otworzyły się poduszki powietrzne i stracił kontrolę nad autem, które zjechało z jezdni i po chwili wpadło do rowu. Jak dodał, po pewnym czasie doszedł do wniosku, że przed wypadnięciem z drogi nie doszło do zderzenia z żadnym innym autem, ale uszkodzone zostało koło w jego samochodzie.
W czwartek sąd przesłuchał także pierwszego świadka w procesie – żonę oskarżonego, która feralnego dnia jechała razem z nim. Także ona opowiadała o huku, który się rozległ, otwartych poduszkach powietrznych i zjechaniu auta z jezdni. Według niej samochód prowadzony przez jej męża gwałtownie zjechał w lewo na skutek pęknięcia opony lub najechania na jakąś przeszkodę.
Zderzenie busa z autokarem. Jerzy S. oskarżony
- Byliśmy wstrząśnięci i szczęśliwi, że żyjemy - mówiła i dodała, że tuż po wypadku nie widzieli z mężem w pobliżu innych uszkodzonych samochodów. Kobieta podkreślała, że wcześniej podróż znad morza przebiegała spokojnie, mąż jechał wolno i był wypoczęty, bo po drodze było sporo przerw.
Obrońca oskarżonego Henryk Skudrzyk powiedział, że proces jest próbą dokładnego odtworzenia przebiegu wypadku i jego klient powiedział w czwartek przed sądem to, co pamięta z tamtego dnia, a także podzielił się swoimi przemyśleniami. - W materiale sprawy znajdują się pewne elementy, które oczywiście skłoniły prokuraturę do zaprezentowania aktu oskarżenia, ale także materiały, które wskazują, że wersja oskarżonego, iż doszło do nieszczęśliwego, niezawinionego przez niego wypadku jest prawdziwa - powiedział adwokat.
Według obrony zmiana pasa ruchu przez samochód prowadzony przez Jerzego S. nie była skutkiem jego decyzji, ale wynikiem wystrzału opony i zablokowania kół. - W ten sposób doszło do otarcia się dwóch pojazdów o siebie (volkswagena, którym jechał oskarżony i Renault, którym jechało dziewięć osób - red.) – powiedział mec. Skudrzyk.
Szczegółowo do treści wyjaśnień Jerzego S. nie chciała odnosić się oskarżycielka. - To linia obrony oskarżonego, który ma prawo bronić się na wszelkie sposoby - powiedziała prok. Mizera.
W procesie jest 48 pokrzywdzonych, kilku bliskich ofiar zdecydowało się pełnić w nim rolę oskarżycieli posiłkowych. Na czwartkowej rozprawie obecny był jeden z nich. Następna rozprawa w październiku. Sąd przesłucha wtedy kolejnych świadków.
O skierowaniu aktu oskarżenia poinformowała w kwietniu Prokuratura Rejonowa Gliwice-Zachód, która podała, że podejrzany, 69-latek z Cieszyna, także w trakcie śledztwa nie przyznał się do nieumyślnego spowodowania katastrofy.
Jak informowała wcześniej prokuratura, jadący volkswagenem kierowca podjął manewr wyprzedzania poprzedzającego go pojazdu i nie zauważył jadącego z naprzeciwka trafica. Obaj kierowcy podjęli manewry obronne, kiedy kierujący busem zjechał na pobocze, bus przewrócił się, a następnie sunąc po jezdni, zderzył się dachem z jadącym z naprzeciwka autobusem.
Na samym początku śledztwa S. nie potrafił odnieść się do przedstawionego mu zarzutu - mówił, że nie pamięta, co się stało, usłyszał tylko huk, i nie wie, jak doszło do zdarzenia. Po przedstawieniu zarzutu śledczy przesłali wniosek o aresztowanie kierowcy, uzasadniając go grożącą mu surową karą oraz koniecznością zapewnienia prawidłowego toku postępowania. Nie zgodził się na to zarówno sąd I jak i II instancji. Oskarżonemu może grozić kara od 6 miesięcy do 8 lat więzienia.
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET