Tinder
Poszukiwanie drugiej połówki w sieci to tylko z pozoru łatwa sprawa
fot: antoniodiaz/Shutterstock
W POSZUKIWANIU 13 PROCENT

„Bałam się, że w napoju jest tabletka gwałtu”. Instrukcja obsługi Tindera

10.02.2022 16:01

Kiedyś widziałam bardzo przystojnego chłopaka w wagonie pociągu w metrze. Chciałam nawiązać z nim kontakt wzrokowy, ale on cały czas gapił się w telefon i w odbiciu szyby widziałam, że przegląda Tindera. Myślałam sobie wtedy: „Hej, jestem tutaj, nie szukaj nikogo na Tinderze”.

- Kasowałam Tindera już 5 razy - mówi mi Magda, 27-letnia menadżer w banku. Znam ją od wielu lat i niejednokrotnie przy winie opowiadała mi swoje historie i swoich koleżanek. Pomyślałam, że to byłby ciekawy materiał na walentynkowy felieton. Pandemia spowodowała, iż nawet ci, którzy nie chcieli korzystać z aplikacji randkowych zaczęli to robić, bo coraz trudniej poznać nowych ludzi na żywo. Możemy skorzystać z aplikacji Badoo, Bumble czy portali Sympatia.pl, Zaadoptuj faceta, Facebook Randki. Tinder jest jedną z najpopularniejszych apek, która zadebiutowała na rynku w 2012 roku. Co ciekawe, podobnie jak Facebook, początkowo był wykorzystywany przez lokalną społeczność studencką. Czy twórcy mogli przewidzieć, że po kilku latach aplikacja będzie dostępna na całym świecie?

Jak wygląda użytkowanie Tindera? Aplikacja wykorzystuje nasze położenie geograficzne, by znaleźć osoby w najbliższym otoczeniu. Użytkownik zaznacza, w jakiej odległości aplikacja ma szukać inne osoby oraz w jakim mają być wieku. Na podstawie tego aplikacja pokazuje zdjęcia osób, które mieszczą się w tych zakresach i użytkownik może polubić lub odrzucić fotografię potencjalnego partnera. Gdy dwie osoby zaznaczą, że są sobą zainteresowane, mogą wówczas napisać do siebie wiadomość.

Tworząc profil na Tinderze mamy możliwość dodania kilku zdjęć, opisu, zaznaczenia naszych zainteresowań, dodania ulubionej piosenki ze Spotify, często też użytkownicy podają namiary na Instagrama. Niektóre opisy to czysta poezja, np. "Z chęcią poznam serdeczną osobę do wspólnego spędzania czasu, poznawania się i doznawania uroków życia”. Są też więksi desperaci: "Przez Tindera jeszcze nigdy nie poznałem nikogo wartościowego. Czy naprawdę wszystkie kobiety są aż tak puste?"

Magda słucha tych opisów i mówi mi: - Niestety wielu facetów myśli, że ta apka jest nie po to, by kogoś poznać, a po to, żeby się wyżalić i traktują dziewczynę jak psychologa lub poduszkę, do której można się wypłakać. Niestety na takich randkach mało kto ma odwagę wstać i powiedzieć „do widzenia”.

Statystyki pokazują, że większość użytkowników to mężczyźni. W 2020 roku stanowili 76,9 proc. W aplikacji Tinder można wybrać 37 tożsamości płciowych i 9 orientacji seksualnych. Najlepiej korzystać z aplikacji w poniedziałki w godzinach 18-21, wtedy najwięcej osób przegląda zdjęcia na Tinderze. To właśnie w marcu 2020 aplikacja zanotowała 59 milionów wizyt – zapewne powodem takiej sytuacji była pandemia i nuda podczas lockdownu. Tinderowi jednak nie jest na rękę, by użytkownicy znajdowali miłość w aplikacji – w końcu wtedy stracą klienta, który widzi reklamy w aplikacji i wykupuje pakiety premium. Jak pokazują statystyki z 2018 roku, na 1,8 mld przesunięć zdjęć w apce, tylko 26 mln kończy się sparowaniem, czyli jest to 1,63 proc. Co ciekawe, osoby po 30-tce zapłacą za wersję premium więcej, niż młodsze osoby, zaś najwyższe ceny są przeznaczone dla mężczyzn po 50. roku życia.

Randka z Tindera to już żaden "obciach"
fot. NDAB Creativity/Shutterstock
Fot.

W styczniu 2021 roku aplikację zainstalowano aż 6,44 mln osób, w sumie w ubiegłym roku z aplikacji korzystało 57 milionów użytkowników ze 190 krajów. Pandemia przyczyniła się do tego, że częściej korzystamy z randkowych aplikacji. Statystyki mówią, że dziennie użytkownik spędza 90 minut szukając miłości na Tinderze. Z jakim skutkiem? Pytając znajomą, jakie ma historie związane z Tinderem odpowiedziała, że nic ciekawego: - Raz facet miał żonę, inny mieszkał z dziewczyną, miałam też historię, że uciekałam z tramwaju. Nie wiem czy coś szczególnie ciekawego mi się przytrafiło.

Czy historie o żonatych mężczyznach z Tindera rzeczywiście już są tak pospolite, że nikogo nie dziwią? Zapytałam moich znajomych, którzy są millenialsami, jakie mają doświadczenia związane z Tinderem. Wiele z tych opowieści to ciekawy materiał na operę mydlaną.

Pandemiczne randki

29-letnia Karolina jest dziennikarką i ma pełno anegdot z randek z Tindera – takie historie zawsze się sprawdzą na imprezie, żeby rozerwać towarzystwo: - Umówiłam się z jednym facetem i na wejściu nakrzyczał na mnie, że się spóźniłam 5 minut. Potem pytał mnie, co sądzę o uchodźcach i czy chodzę do kościoła, aż w końcu zapytał, czy idziemy do mnie, czy do niego i był zdziwiony, że chcę sama iść do domu. 3 miesiące później byłam na urodzinach znajomego i okazało się, że to również impreza urodzinowa mojej randki z Tindera. Oczywiście udawaliśmy oboje, że się nie znamy.

Na tym nie koniec ciekawych historii Karoliny, które mogą posłużyć za niezły scenariusz filmowy: - Umówiłam się z bokserem do kina i on z radości aż podskoczył, jak mnie zobaczył. Poszliśmy potem do pubu porozmawiać i było tak nudno, że zapytałam go o boks i mówił o tym przez godzinę. Niestety, gdy poszłam do toalety zamówił dla mnie bez pytania kolejne piwo i bałam się, że może być w napoju tabletka gwałtu – w końcu nie znam dobrze tego człowieka. Sączyłam powolutku to piwo przez 2 godziny kontrolując siebie, a moja randka cały czas gadała o boksie. Chłopak chciał się drugi raz spotkać, zaproponował wspólne bieganie, a nawet nie zapytał, czy mnie to interesuje.

Karolina wspomniała również o koledze, który umówił się na Tinderze z Azjatką, ale dziewczyna nie przyszła na spotkanie. Karolina sprawdziła zdjęcia Azjatki w Google i okazało się, że to zdjęcia aktorki porno. Nigdy nie wiesz, kto jest po drugiej stronie telefonu.

Nie żałuję randek z Tindera, bo mam masę anegdotek towarzyskich. Wyszłam poza swoją bańkę

Dlaczego Karolina w ogóle zdecydowała się na Tindera? Chciała poznać nowych ludzi, a ponieważ ma stałe grono przyjaciół i w pracy głównie koleżanki, postanowiła szukać relacji w sieci.

- Nie żałuję, bo mam masę anegdotek towarzyskich, wyszłam poza swoją bańkę i zderzyłam się też z różnymi podejściami do relacji – to dobra nauka, która uświadamia ci, że nie wszyscy myślą tak samo jak ty. Poznałam facetów, z którymi nic nie wyszło, ale zostaliśmy serdecznymi znajomymi i ostatecznie znalazłam swojego obecnego chłopaka w sieci.

Karolina żartobliwie podsumowuje: - Jak się jest starym to nie ma innej opcji, żeby kogoś poznać nowego.

„Oszust” nie tylko na Netfliksie

Na początku lutego na Netfliksie zadebiutował film dokumentalny „Oszust z Tindera”. Kobiety opowiadają, jak poznały przystojnego i bogatego mężczyznę, który wyłudził od nich pieniądze. Niestety oszuści też szukają szczęścia na Tinderze. 30-letnia Anastazja opowiedziała mi dziwną historię: - Poznałam na Tinderze 30-letniego Chińczyka. Sporo ze sobą pisaliśmy, okazało się, że przyjechał w czasie pandemii do Warszawy, żeby otworzyć kolejny oddział swojej firmy. Przez lockdown musiał zostać dłużej w Polsce, niż wcześniej planował. Sporo rozmawialiśmy, ale ani razu nie zaproponował się spotkać. W końcu wspomniał, że w wolnych chwilach inwestuje w złoto i może mnie tego nauczyć. Oczywiście odmówiłam, bo się na tym nie znam.

Oglądaj

Mężczyzna z Tindera jednak nie dał za wygraną. - Kilka razy mówił mi, że właśnie będzie inwestować i chętnie mnie tego nauczy. Zaczął podkreślać, że marnuję swój wolny czas, kiedy mogłabym go dobrze wykorzystać właśnie inwestując. Skończyły mi się wymówki, aż w końcu napisał, że dlaczego nie chcę tego zrobić dla niego. Po tym urwałam rozmowę.

Jak się okazuje, parę miesięcy później kolejny Azjata namawiał Anastazję do inwestycji w złoto. Gdy opowiedziałam tę historię Magdzie odparła, że jej koleżanka miała taką samą przygodę z Chińczykiem na Tinderze. Całe szczęście, że te historie nie były tak tragiczne, jak opowieści z filmu "Oszust z Tindera". To tylko pokazuje, jak zawsze trzeba się mieć na baczności, bo nie wiadomo kto jest po drugiej stronie telefonu.

Magda raz opowiedziała mi przy winie historię o chłopaku z Tindera, który wydawał się być bardzo sympatyczny, aż w końcu wyznał jej, że ma problemy psychiczne i przyjmuje leki. Od tamtego momentu przestał się do niej odzywać. Na tym nie koniec ciekawych historii.

- Kiedyś spotkałam się z facetem, który 6 razy mnie pytał, czy umiem gotować. Po pierwszej odpowiedzi „nie” zmienił się jego wyraz twarzy. Jeżeli szuka kucharki, to niech jej szuka na portalach z ogłoszeniami pracy. 

Uśmiecham się pod nosem, ale jednocześnie wznoszę toast, żeby w końcu udało się jej znaleźć drugą połówkę. Magda, chociaż widzę, że jest już nieco zmęczona kolejnymi nieudanymi randkami z Tindera mówi mi, że są też dobre historie.

- Moja koleżanka znalazła męża na Tinderze i mają już 2-letniego syna. Ja też poznałam faceta z Austrii, który przyjechał do Warszawy i chciał poznać miasto. Byliśmy parą przez dłuższy czas. Ale żeby nie było słodko i miło opowiada mi jeszcze jedną historię, która obrzydza mi nieco wino: - Jedna moja koleżanka umówiła się na randkę w parku i chłopak zaczął sikać pod drzewo obok. Szybko uciekła z tego spotkania.

Prawdziwa miłość istnieje?

Pijąc kolejny kieliszek wina Magda mi mówi, że 13 proc. osób znajduje swoją drugą połówkę na Tinderze. Odpowiadam jej, że to dosyć mało, ona jednak mówi: - Z drugiej strony, to aż 13 procent, komuś jednak się udaje.

Wiem nawet komu i to za pierwszym razem. 26-letnia Maja wyznała, że ściągała Tindera dwa razy, ale nigdy do spotkania nie doszło, bo każdego potencjalnego kandydata oceniała negatywnie mając obawy, że to nie jest dobry sposób na randkowanie: - Zawsze marzyłam o tym, by szybko wyjść za mąż, mieć dzieci, dużo o tym mówiłam moim koleżankom i to one za każdym razem mówiły jednogłośnie – ściągnij Tindera. Założyłam go trzeci raz, bardziej dla świętego spokoju, żeby przy kolejnej okazji powiedzieć koleżankom: „No mam go i wciąż nic”.

Aplikacja randkowe są szczególnie popularne w czasie pandemii
fot. Kaspars Grinvalds/Shutterstock
Fot. Kaspars Grinvalds/Shutterstock
Aplikacja randkowe są szczególnie popularne w czasie pandemii

Chociaż Maja była negatywnie nastawiona do korzystania z aplikacji, w końcu zgodziła się pójść na randkę. Pierwsze spotkanie z Tindera okazało się być strzałem w dziesiątkę:

- W końcu sparowało mnie z Adamem. Od razu napisałam ze jestem nowa na Tinderze i nie szukam związku, a jedynie chcę z kimś pogadać. Adam napisał, że jest długo na Tinderze, ale przeprowadził się do mojego miasta, chce poznać ludzi, a nie szukać miłości. Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać bardzo na luzie, jak znajomi, a nie jak osoby nastawione na związek. To nas chyba uratowało. Okazało się, że oboje lubimy squasha i to Adam zaproponował, żebyśmy poszli razem pograć. Tak oto wyglądała nasza pierwsza randka - było śmiesznie i na luzie.

Chłopak zaproponował pójść do herbaciarni nieopodal, ale z powodu pandemii lokal był zamknięty. Po spacerze Adam odwiózł Maję do domu: - Jak tylko weszłam do domu współlokatorka zapytała podniecona: „Jak było?”, odpowiedziałam jej: „On będzie moim mężem” i później już było z górki. Nagle po 3 tygodniach od pierwszego spotkania stwierdziliśmy, że jesteśmy razem, a zaraz po tym były Święta i już przyjechał do mnie na kilka dni do domu rodzinnego. Tak już minął ponad rok, a my wciąż chodzimy na squasha i za każdym razem wspominamy jak to było za tym pierwszym razem.

Pytam Mai, czy poleciłaby aplikację innym. Uważa, że warto spróbować, ale ważne jest nastawienie.

- Poleciłabym, ale tylko osobom, które są otwarte na relacje z innymi, a nie nastawione tylko na związek. Według mnie takie osoby znajdują się w ślepym zaułku i wszystko za bardzo nadinterpretują. Gdy masz podejście bardziej na luzie, wtedy jesteś po prostu sobą i tylko w takim wypadku Tinder może przynieść korzyści. 

Poleciłabym Tindera, ale tylko osobom, które są otwarte na relacje z innymi, a nie nastawione tylko na związek

A jak to wszystko wygląda z drugiej strony - mężczyzn. 30-letni Tomek jest obecnie z dziewczyną, którą poznał na Tinderze, ale na początku również bardzo sceptycznie podchodził do poznawania ludzi w sieci.

- Przez długi czas dość nieufnie podchodziłem nie tylko to Tindera, ale w ogóle do wszelkich aplikacji i portali randkowych. Największym problemem był dla mnie sam model zawierania takich znajomości. W realnym życiu zwykle było tak, że najpierw się kogoś poznawało – na imprezie, w pracy, przez wspólnych znajomych – potem zaczynało rozmawiać, wymieniać wiadomościami, a dopiero potem pojawiała się chęć pójścia z tym kimś na randkę. Na Tinderze od razu czułem się wciśnięty w tę konwencję randki. Szedłem na spotkanie, mając z tyłu głowy, że to właśnie randka, nie wiedząc nawet, czy cokolwiek z tego wyniknie.

Tomek kilka razy zakładał i kasował aplikację. W końcu pandemia sprawiła, że Tinder stał się prawie jedyną opcją, by zapoznać kogoś nowego.

- Pandemia nas wszystkich od siebie zdystansowała i zakwestionowała tradycyjne sposoby poznawania się. Stało się to po prostu trudniejsze. Nikt nigdzie nie wychodził, przynajmniej do wakacji, wszyscy się bali wirusa. Ja np. świadomie zrezygnowałem wtedy z „szukania kogoś”, bo i tak nie mielibyśmy się gdzie spotkać (knajpy i kina zamknięte), a randka w maseczkach wydawała się konceptem zupełnie zniechęcającym. Sporo się zmieniło przez ostatnie dwa lata. Skoro dużo rzadziej chodziło się na domówki czy do klubów, to taki Tinder stał się automatycznie najlepszą i najszybszą drogą, by poznać kogoś nowego. Ale i tak potrzebowałem czasu i kilku prób.

Pandemia nas wszystkich od siebie zdystansowała i zakwestionowała tradycyjne sposoby poznawania się

Tomek od jednej dziewczyny usłyszał, że jest materiałem na kolegę, a dziewczyna takiego nie szuka. Inna zaś dwa razy w ciągu dnia odwołała spotkanie. Nieodpowiadanie na wiadomości to już rzecz normalna na aplikacji randkowej: - To chyba standard na Tinderze, którego specyfika pozwala na w miarę wygodne i pozbawione konsekwencji urwanie tego kontaktu, zniknięcie, bez potrzeby wyjaśniania, dlaczego. To oczywiście nie jest ok, ale skoro samemu też tak kilka razy zrobiłem, to nie będę tu nikogo pouczał.

Tinder pokazuje wiele potencjalnych partnerek i partnerów, ale tylko mała część z nich jest dopasowywana
fot. Tero Vesalainen/Shutterstock
Fot. Tero Vesalainen/Shutterstock
Tinder pokazuje wiele potencjalnych partnerek i partnerów, ale tylko mała część z nich jest dopasowywana

W końcu Tomek spotkał dziewczynę, z którą wiele go łączyło i oboje poczuli „chemię” już na pierwszym spotkaniu. Są razem i dobrze im się układa: - Może to jest kwestia prób – w końcu za którymś razem spotykasz kogoś, z kim „zatrybi”. Nawet jeśli przez Tindera, choć myślę, że przez to, co wcześniej wspomniałem o pandemii – że ograniczyła kontakty między ludźmi oraz tradycyjne metody poznawania się – ludzie przestali się już trochę wstydzić tego, że znajdują tam swoje drugie połówki. Kiedyś – takie mam wrażenie, może mylne – ludzie bali się mówić o Tinderze. Funkcjonował taki stereotyp, że na portalach randkowych czy aplikacjach miłości szukają „nieudacznicy” – ci, którym w realnym życiu nie wychodzi. Albo ludzie zabiegani, zapracowani, niemający czasu.

„Piękno przemija, natomiast moje żarty zostają w serduszku na długo" - czytam opis 30-letniego mężczyzny na Tinderze i myślę sobie, że jako dziennikarz mogłabym dorabiać ucząc ludzi pisać porządne opisy. Podejrzewam, że taka usługa już istnieje, chociaż wiele osób ściąga opisy z internetu, tak jest wygodniej.

Czy gdy pandemia się skończy i życie (może) wróci do normy, będziemy chętniej i łatwiej spotykać nowych ludzi na imprezach niż w sieci?

Opowieści moich znajomych pokazują, że każda historia na Tinderze jest zupełnie inna – jedni mają sporo śmiesznych historyjek, inni mają dosyć marnowania czasu na kolejne nieudane randki, są też szczęściarze, którzy znaleźli prawdziwą miłość właśnie w internecie. Tinder przez wiele lat cieszy się sporym zainteresowaniem wśród internautów, a pandemia tylko wpłynęła na to, że osób szukających miłości w sieci jest coraz więcej. Czy gdy pandemia się skończy i życie (może) wróci do normy, będziemy chętniej i łatwiej spotykać nowych ludzi na imprezach niż w sieci? To bardzo trudne pytanie, na które ciężko odpowiedzieć.

Aleksandra Degórska
Aleksandra Degórska

Redaktor prowadzący Antyradio.pl i dziennikarka muzyczna, która ciągle nuci piosenki pod nosem. Wszystko zaczęło się, gdy tata po raz pierwszy włączył jej kasetę „Made in Heaven” Queen. Miłość do zespołu zaprowadziła ją do serwisu Antyradio.pl, w którym pracuje od 2015 roku. Aleksandra nie tylko pisze o muzyce, ale też inspiruje się nią przy tworzeniu własnoręcznych kolaży. Jej prace zostały docenione m.in. przez zespoły Depeche Mode, Queen czy A-ha. Prywatnie fanka anime, japońskiej mody ulicznej i zakręconej sztuki współczesnej.

logo Tu się dzieje