Pamięci mojego ojca. I ku przestrodze, że palenie papierosów naprawdę zabija.
18 grudnia. Prezenty dla większości bliskich mi osób już kupione. Póki co niespakowane, bo przy okazji świątecznych porządków i przesuwania przedmiotów papier i tak mógłby się podrzeć, a torebka poplamić. Albo odwrotnie. Muszę jeszcze przynieść choinkę z parkingu pobliskiego centrum handlowego – akurat mam najbliżej, a i ceny bardziej przystępne niż na ulicznych stoiskach. Odnaleźć lampki, odkurzyć bombki, nawlec sznurek lub tasiemkę tam, gdzie ich brak.
Aura za oknem w niczym nie zwiastuje zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia. Śnieg? Zapomnij, ostatnio częściej pojawia się na Wielkanoc niż w grudniu. Jest szaro, ponuro, pada deszcz, dość mocno wieje. Przemykający pospiesznie ludzie skrywają głowy w kapturach, by choć trochę osłonić się od podmuchów i kropli. Ot, brzydki jesienno-zimowy dzień.
Tata w szpitalu, ma raka, ale do świąt na pewno wyjdzie, przecież czekamy. Naświetlania nie pomagały, więc lekarze postanowili zastosować chemię. Mówili, że zareagował pozytywnie, nie zaobserwowano większych skutków ubocznych. Jest nadzieja.
24 grudnia. Wigilia. Będąc dzieckiem, czekało się na ten dzień z wytęsknieniem. Nie miało to wiele wspólnego z religią, ale odnoszę wrażenie, że nie inaczej jest obecnie – w skomercjalizowanym świecie, w którym wszystko można sprzedać i na wszystkim zrobić biznes, sami się trochę gubimy i zapominamy o istocie. Jasne, klimat wokół Kościoła katolickiego w Polsce jest, jaki jest, a to nie pomaga w przeżywaniu Bożego Narodzenia i chyba nie ma się czemu dziwić. Za dzieciaka nie religia, nie sens, nawet nie rodzina czy spotkanie z dawno niewidzianymi ciotkami były ważne – najważniejsze były prezenty. No i może jedzenie, trochę inne od tego codziennego. Wtedy to był jednak przykry obowiązek, bo przecież najpierw trzeba było się posilić, by móc zajrzeć pod choinkę. Na szczęście nigdy nie musiałem śpiewać kolęd, by dobrać się do tego, co już prawie moje.
Najbardziej nie lubię składania życzeń, dla mnie to przykry obowiązek. Wiadomo, że każdemu bliskiemu dobrze się życzy, a komuś, z kim nie ma się kontaktu przez cały rok, by spotkać się tylko na te kilka godzin tego jednego konkretnego dnia, czego można życzyć? „Wszystkiego najlepszego, zdrowia, powodzenia, szczęścia?” – fajnie, ale bez związku emocjonalnego. Od kilku lat jest jeszcze gorzej, bo chyba nic mnie tak nie wkurza jak wysyłane hurtowo do wszystkich życzenia-wierszyki zerżnięte z internetu. Wyobrażałem sobie wtedy taką osobę, która, patrząc mi w oczy, recytuje takie życzenia. Zabawne, spróbujcie.
W tym roku jest trochę inaczej, bo przy stole nie zostało jedno, lecz dwa puste miejsca
W tym roku jest trochę inaczej. Stół nadal jest pięknie przystrojony, zastawiony świątecznymi potrawami, w pokoju unosi się duszący zapach kompotu z suszonych śliwek, który przebija się nawet przez charakterystyczny zapach smażonych ryb. Choinka ubrana, pod nią pudełka i torby z prezentami, w telewizji jakaś retransmisja koncertu kolęd. Ale jest inaczej, bo przy stole nie zostało jedno, lecz dwa puste miejsca...
27 grudnia. Karawan podjechał. Obsługa domu pogrzebowego przeniosła urnę w centralne miejsce kościoła. Po prawej i po lewej stronie ustawiła dwa wielkie wieńce. Jeden nasz, drugi chyba z pracy. Wkrótce pojawiły się w tym miejscu kolejne – mniejsze, często z osobistymi hasłami na wstęgach, nie mniej ważne.
Każdy radzi sobie ze śmiercią bliskiej osoby na swój sposób
Każdy kiedyś kogoś stracił. Na swój sposób sobie z tym radził – jedni lepiej, inni inaczej. Chyba nie ma uniwersalnego sposobu. Stojąc w pierwszym rzędzie ławek, patrząc przed siebie, starałem się nie rozkleić. Udało się, głównie dlatego, że – nie będzie to poprawne politycznie – odsunąłem od siebie smutek, a zastąpiłem go złością. Bo wiedziałem, dlaczego się tu znaleźliśmy.
Każdy kiedyś kogoś stracił
19 grudnia. Znowu leje. Nie śnieg, deszcz. Akurat lubię, najgorszy jest wiatr. Parasola nie ma sensu wyciągać, on nie jest od tego, by chronić od silnych podmuchów, w takich warunkach bardziej się nadaje na spadochron albo latawiec. To tylko kawałek materiału na drutach, które łamią się przy pierwszej okazji.
Jadę do pracy, wtedy jeszcze się jeździło. Jest środa, ale na ulicach wyraźnie mniej ludzi niż każdej innej środy. Część stolicy wyjechała już na święta, inni zrobią to lada moment. Warszawa opustoszeje, przynajmniej na tyle, by móc spokojnie zmieścić się do pojazdów komunikacji miejskiej w godzinach szczytu. Po 30 minutach docieram na miejsce. Włączam komputer, ale zanim usiądę, pójdę zrobić sobie czarną kawę. Bez tego nie zaczynam.
Przypomniałem sobie, że ojciec ma dziś urodziny. 65., piękny wiek, dziś zaczyna emeryturę. Jest jeszcze za wcześnie, później wyślę smsa z życzeniami. Wraz z osiąganiem każdej granicy wieku zwykło się mówić, że „życie zaczyna się po trzydziestce”, potem „po czterdziestce”, dalej „po pięćdziesiątce”. W jego przypadku nie można jednak powiedzieć, że „życie zaczyna się na emeryturze”. Jego się właśnie skończyło. Smsa nie wysłałem, mógłby nie odczytać.
W jego przypadku nie można jednak powiedzieć, że „życie zaczyna się na emeryturze”. Jego się właśnie skończyło
Przed godz. 9 telefon. Mama. Pewnie chce mi przypomnieć o dzisiejszym święcie. Odbieram. Eufemistycznie mówiąc, nie była w najlepszym nastroju. Rzuciła tylko: „ojciec chyba umiera, jedziemy do szpitala”. Kto miał wiedzieć, ten wiedział, więc w pracy wystarczyło powiedzieć „muszę wyjść”. Nikt nie pytał. Umówiłem się z bratem, miał mnie zgarnąć z przystanku. Czekałem ok. 30 minut. Wsiadłem. Odjechaliśmy kilkaset metrów, nawet nie kilometr. Drugi telefon. „Nie zdążyliśmy” – słyszę w słuchawce...
Każdy kiedyś kogoś stracił. Nawet jeśli przy tej okazji nie załatwiał formalności, to mniej więcej wie, co i gdzie trzeba pozałatwiać. Jeszcze tego samego dnia wiele udało się zorganizować, przynajmniej to, co najpilniejsze. Z resztą można poczekać. Pogrzeb dopiero za osiem dni, przecież nie w Wigilię czy w Boże Narodzenie. I już od rana wiadomo, że to będą inne święta.
Palenie jest jak samobójstwo
Niewydolność oddechowa – napisano w akcie zgonu. Udusił się. Rak płuc w tym nie pomógł. Zresztą z przerzutami do mózgu, tak, że zapominał najprostszych haseł w krzyżówkach, chociaż jeszcze kilka miesięcy wcześniej rozwiązywał je od deski do deski. Pytał tylko o kwestie sportowe, bo na tym się kompletnie nie znał. Chorobie towarzyszył oczywiście kaszel. Ale nie taki zwykły. Kiedy ktoś straszliwie kaszle, mówi się, że zaraz wypluje płuca. Ja doskonale wiem, jak wygląda kaszel kogoś z zapaleniem oskrzeli, jak kogoś, kto ma zapalenie płuc i kogoś, kto na zdjęciach RTG ma czarną dziurę w miejscu płuc. Faktycznie, pluje się resztkami płuc.
Popularne w magazynie
Pewności nie mam, nie było mnie tam, a nikt w szpitalu tego nie powiedział, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę sobie zwizualizować, jak do tego doszło. Na chemię zareagował pozytywnie, więc nie było podstaw sądzić, że jego stan pogorszy się z minuty na minutę. W jego rzeczach znaleźliśmy jednak pojedyncze sztuki papierosów poutykanie w kieszeniach przeróżnych ubrań i w torbie, którą zabrał ze sobą. Mogę sobie zatem wyobrazić, że nad ranem, gdy w szpitalu nie panuje jeszcze zamęt, udał się do łazienki, by sobie zapalić. To był jego ostatni papieros, ostatni zapalnik, który doprowadził do niemożności oddychania. Pozostałości płuc przestały pracować. Nie miał szans. Lekarzom też ich nie dał.
„Od 50 lat każdego dnia powoli kopał sobie grób, paląc po kilka-kilkanaście papierosów dziennie. Przestał dopiero wtedy, gdy nie mógł już samodzielnie oddychać. Dlatego jeśli palicie – rzućcie. Wy jeszcze możecie” – napisałem 19 grudnia na Facebooku. W smutku, ale i w złości, bo to jedna z tych śmierci, których można było uniknąć. Pomijam już fakt, że dotyczy akurat mojego ojca – każdej śmierci z tego powodu można uniknąć.
Od 2000 roku systematycznie maleje liczba palaczy
Powiem jeszcze mocniej. Z mojego punktu widzenia palenie papierosów jest jak samobójstwo – nie zawsze udanym, rozłożonym w czasie, a nie nagłym, ale jednak. I nie zamierzam bawić się w kurtuazję, poprawność polityczną czy dyplomację tylko dlatego, że chodzi o kogoś mi bliskiego. Zawsze tak uważałem i odnosiłem do każdego, kto sięga po fajki. No bo czym jest samobójstwo? Z definicji słownika języka polskiego: to „celowe odebranie sobie życia” oraz „działanie na własną szkodę”. Pasuje, prawda? Co więcej, to świadome działanie na własną szkodę, bo dziś dysponujemy wiedzą na temat szkodliwości palenia, tak aktywnego, jak i biernego. Pół wieku temu tych informacji mogło brakować, a z nałogu po dekadach uzależnienia wcale nie wychodzi się łatwo. Chęć chyba nie wystarczy, nie wystarczy nawet ochrzan, groźba, prośba czy stwierdzenie lekarza przy okazji wizyty w szpitalu z powodu zapalenia płuc: „albo pan natychmiast to rzuci, albo ma pan 5-6 lat życia”. Wprawdzie lekarz nie doszacował, bo wyszło 8, ale to i tak niewiele, biorąc pod uwagę, że spokojnie mógł pożyć jeszcze kilkanaście, nawet kilkadziesiąt lat.
Nie rzucił. Ograniczył. Przynajmniej taki dostawaliśmy oficjalny przekaz. W pracy nikt go nie pilnował i zapewne nikt nie gonił, gdy wyciągał szluga. Częściej wychodził z domu pod pozorem jakichś obowiązków, a w praktyce chował się za rogiem jak dzieciak w podstawówce, który nie chce zostać nakryty przez nauczycielkę. Jeszcze wiele miesięcy po śmierci w piwnicy i w jego rzeczach znajdowaliśmy pojedyncze sztuki fajek. Kryjówek miał całe mnóstwo.
Każdy kiedyś kogoś stracił. Ktoś powie: 65 lat, 50 lat palenia, długo, a przecież na coś trzeba umrzeć. Tak, trzeba, ale nie trzeba temu umieraniu pomagać.
Nie tylko nikotyna jest zła
Postanowiłem jednak zgłębić temat. Skoro sam nie palę i nigdy nie próbowałem, to może coś tracę i to ja mam skrzywiony obraz rzeczywistości. Przeszukałem internet, ale odniosłem wrażenie, że choćbym dotarł na jego koniec, najpewniej i tak nie znalazłbym nawet jednego pozytywnego aspektu palenia papierosów. Dotarłem za to do czegoś takiego: „Papierosy nigdy nie staną się zdrowe, ale pamiętać należy, że współczesny świat pełen jest zagrożeń i czynników, które mogą przyczynić się do powstania poważnych chorób lub śmierci. Nikotyna nie jest jedynym złem, jakie czeka na człowieka” – czytam na jednej ze stron... reklamujących tytoń. To podsumowanie artykułu nt. zalet i wad palenia papierosów. Zatem jeżeli jedyną znaną zaletą palenia jest fakt, że są jeszcze inne złe rzeczy, to ja chyba podziękuję.
Jedyną znaną zaletą palenia jest fakt, że są jeszcze inne złe rzeczy
A propos tego, że „są inne zła, które czekają na człowieka”. No są, np. narkotyki, alkohol. Ale wśród tych pierwszych mamy substancje wykorzystywane w medycynie (morfina, lecznicza marihuana), ten drugi jest zaś ważnym składnikiem kosmetyków, chemii użytkowej czy leków. A co produkujemy z tytoniu? Nawóz, skądinąd potrzebny oraz papierosy. Akcyza – to chyba jedyny pożytek ze sprzedaży fajek, bo to znaczący zastrzyk gotówki dla budżetu państwa.
Pojawia się jeszcze aspekt towarzyski. Przerwa na papierosa w pracy jest jednym ze sposobów integracji – trzeba wyjść na zewnątrz lub pójść do palarni, a tam zawsze się kogoś spotka i od razu ma się temat do dyskusji. „Jak długo się trujesz?”, „Jak długo trujesz innych?” – to przykładowe. Oczywiście pół żartem, pół serio.
Tendencja spadkowa
Z raportu Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) na temat trendów w rozpowszechnieniu używania tytoniu w latach 2000-2025 wynika, że w ostatnich 20 latach obserwujemy znaczący spadek zainteresowania paleniem papierosów. U schyłku XX wieku, w 2000 roku, niemal co trzeci mieszkaniec ziemi sięgał po tytoń (32,7 proc.), natomiast po dwóch dekadach ten odsetek spadł do poziomu 22,3 proc. Szacuje się, że do 2025 roku zmaleje on jeszcze o 2 proc. (20,4 proc,).
Palenie papierosów powoduje raka płuc
„Około jedna trzecia zgonów na raka jest spowodowana paleniem tytoniu, otyłością, spożywaniem alkoholu, brakiem spożywania owoców i warzyw oraz brakiem aktywności fizycznej” - czytamy na stronie WHO. W 2020 roku na różnego rodzaju nowotwory zmarło 10 milionów osób, z czego aż 1,85 mln na raka płuc. Łącznie wykryto 2,21 mln przypadków tego schorzenia. Dla porównania, na raka piersi zachorowało więcej osób – 2,26 mln, a zmarło „tylko” 685 tys. Jednocześnie rak płuc jest najbardziej złośliwym rodzajem. Palenie znajduje się na szczycie listy czynników zwiększających ryzyko zachorowania.
Na tle Europy Polska znajduje się w dolnej częściej tabeli, jeśli chodzi o wykrywanie raka płuc. Kiedy dochodzi do diagnozy, 80 procentom chorych nie można już pomóc. Nie jest to jednak łatwe, bo ta przypadłość długo nie daje objawów, a kiedy wreszcie pojawią się pierwsze symptomy, zwykle w III i IV stadium, jest już za późno. Z tego powodu rokrocznie umiera w naszym krają 24 tys. osób.
Rokrocznie na raka płuc na świecie umiera 1,85 mln osób, w Polsce 24 tys.
Na szczęście podobnie jak na świecie, również w Polsce dominuje tendencja spadkowa. W 2019 roku do nałogowego palenia przyznawało się 21 procent badanych. To spadek o trzy punkty procentowe względem badania z 2017 roku. Ponadto zobowiązaliśmy się przystąpić do strategii endgame – całkowitej eliminacji tytoniu ze społeczeństwa. Ma to nastąpić do 2030 roku.
Krytyki nigdy za wiele
Od 1996 roku obowiązuje w Polsce rozporządzenie ministra zdrowia i opieki społecznej „w sprawie treści, wzorów i sposobu umieszczania napisów ostrzegających przed szkodliwością używania tytoniu oraz informacji o zawartości substancji smolistych i nikotyny, a także w sprawie dopuszczalnej zawartości substancji szkodliwych w wyrobach tytoniowych i sposobu ustalania ich zawartości”. Na jego mocy paczki fajek oklejamy zdjęciami i hasłami: „Palenie tytoniu powoduje raka” oraz „Palenie tytoniu powoduje choroby serca”. Mają one odstraszać i zniechęcać do sięgania po papierosy. Czy spełniają swoje zadanie? Biorąc pod uwagę procenty i spadek zainteresowania, można tak domniemywać. Głosów krytycznych jednak nigdy za wiele.
Mam nadzieję, że powyższa historia da Wam do myślenia. By nikt więcej nie stracił kogoś z tego powodu. Nie tylko przed świętami.