"Dziady" w Teatrze Słowackiego
"Dziady" w Teatrze Słowackiego
fot: Bartek Barczyk/Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Konrad (też) była kobietą? A dlaczego nie

06.05.2022 10:30

Czy „Dziady” Mickiewicza są o Polsce i Polakach? Tak. A „Dziady” Kleczewskiej? Też. Trochę publicystyczne, przefiltrowane przez ostatnią dekadę XXI wieku, ale opowiadające wciąż o pięknym, ale podzielonym narodzie. Czy „Dziady” są o polityce? Owszem, ale zawsze o tym były. A dlaczego kobieta jest głównym bohaterem? A dlaczego nie?

„Dziady”, jako utwór Adama Mickiewicza, są zbyt patetyczne, zbyt doniosłe, zbyt przerysowane. Niekończące się szukanie podwójnych, potrójnych, poczwórnych sensów, nieustanne odpowiedzi na pytanie: „co autor miał na myśli” rodem z egzaminów kończących różne etapy edukacji wydają się służyć tworzeniu kolejnych naukowych opracowań, które w szkole czy na studiach polonistycznych trzeba znać lepiej niż sam utwór. I pewnie ich treść zadziwiłaby samego autora.

Nie darzę, co już widać, dzieł Mickiewicza należytą i wpojoną na owych studiach polonistycznych świętością i wciąż wracam do znaków zapytania z dyskusji, dlaczego „Dziady” uznano za jeden z najważniejszych polskich dramatów (podstawowy tak, ale nie najważniejszy). Ale dzięki temu czasem taki tekst z chaotyczną kompozycją, niepowiązanymi ze sobą wątkami, który historycy literatury nazwali dramatem romantycznym, może otworzyć pole dla teatru. I tak jest w tym wypadku.

Oglądaj

Z utworem tym zmierzyli się niemal wszyscy wielcy: Schiller, Grotowski, Dejmek, Swinarski, Grzegorzewski, Konwicki. Tu doszła jeszcze aura wyjątkowej rocznicy: 120 lat od wystawienia tego dramatu przez Stanisława Wyspiańskiego i to w tym samym miejscu, choć wtedy pod inną nazwą. Trudno od tego ciężaru postaci i gatunku uciec. „Dziady” w reż. Mai Kleczewskiej w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie trącą monumentalizmem, przerysowaniem, ale są w nich momenty ciche, spokojne, w których odbija się wyraźny, choć skomplikowany wizerunek społeczeństwa i jednostki i dzięki temu można w ten spektakl i utwór się zapatrzeć.

Jednym głosem

Zanim widz zajmie się nieodzownym odczytywaniem kolejnych sensów z III części „Dziadów” i próby ich przyswojenia, reżyserka sięga jeszcze do II części utworu. Zaczyna tym samym od ogółu. Przy długim stole zamiast przy ołtarzu na obrzędzie przywoływania duchów jawi się nam cała panorama współczesnego polskiego społeczeństwa: kibole, influenserka nieustająco robiąca sobie selfie, transseksualista z tęczową flaga, powstańcy warszawscy (wzrusza przypisanie im kwestii Rózi i Józia, dzieci, które objawiły się jako aniołki) i Żydzi.

Małopolska kurator oświaty pewnie w tym momencie otwiera oczy szeroko ze zdumienia. Tylko taki zestaw postaci-symboli to często ostatnio wykorzystywany, a przez to przewidywalny zabieg w kulturze, typowy również dla Kleczewskiej (pierwsze bingo trafione). Można temu obrazkowi zarzucić duży skrót i groteskowość. Dawny obrzęd mocno rozbiega się z tym, jak wygląda przedstawiony tu współczesny lud, najbardziej widać to w postaci Guślarza. W zwykłym czarnym garniturze i kapeluszu ani nie pasuje do jednej, ani do drugiej epoki, jest nijaki.

"Dziady w Teatrze Słowackiego
fot. Bartek Barczyk/Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot.

Z drugiej strony oglądając ten barwny obrazek złożony z niepasujących do siebie figur, trudno oprzeć się wrażeniu, jakby oglądało się przebitki z mniej lub bardziej licznych marszy, demonstracji i kontrmanifestacji. Przywoływanie duchów szybko zmienia się w bijatykę. Nawet ci, którzy nie doświadczyli krzywd wyrządzonych przez Pana, łatwo ulegają nastrojom grupy i okładają ducha pięściami. Potem ciosy wędrują w kierunku Żydów, transseksualisty, pasterki Zosi. Bijatyka przechodzi w lincz. Tłum, choć złożony z niepasujących wręcz wrogich wobec siebie elementów, na koniec krzyczy jednym głosem. Tak samo łatwo ulega manipulacjom, ciążą na nim te same nieprzepracowane z przeszłości traumy.

Po groteskowości i wzniosłości głoszonych tu haseł nie ma już śladu w scenie w więzieniu. Osadzone, bo role więzionych studentów, literatów u Kleczewskiej oddane zostały kobietom, walczą o wolność. Nie państwa, bo państwo nic im nie daje, tylko o swoją wolność i prawo do podejmowania samodzielnych decyzji. Co ujmujące w tym obrazku, nie są w tym egoistyczne, nie ma w tym cienia zagarnięcia czegoś dla siebie, jest raczej upominanie się i myślenie o innych.

Nie padają tu konkretne hasła, oczekiwania, ale myśli automatycznie zmierzają w kierunku Strajku Kobiet, czarnych protestów, a teraz Ukrainek w schronach znajdujących się mimowolnie w środku wojny. I pewnie pani kurator łapie się teraz za głowę, ale po pierwsze feminizacja bohaterów pasuje tu jak nigdy (bohaterowie męscy wydawaliby się wręcz sztuczni) i nie zmienia przesłania utworu, a po drugie taki zamysł wpisuje się w czasy, w których przyszło nam ten spektakl oglądać. Jeśli mówić o ponadczasowości „Dziadów” Mickiewicza, to efekt ten daje wykorzystanie motywu wolności. Nie ma bardziej uniwersalnego tematu, który nadawałby wielkość dziełu i jednocześnie pozwoliłby interpretować się na przeróżne sposoby we wszystkich epokach i tutaj to zostało wzorowo wykorzystane.

Nad sceną więzienną unosi się również uczucie bezsilności wobec przemocy, czasów i poglądów tych, którzy trzymają klucz do więzienia (samo to, że aktorki grają z poziomu poniżej sceny jest już znaczące), ale w grupie więźniarki, chociaż posiniaczone, zakrwawione, w podartych ubraniach, odkrywają w sobie chęć do walki. Siła i stanowczość, z jaką śpiewają twarz w twarz „Pieśń zemsty”, wywołuje dreszcze i na długo zostaje w pamięci. Niesamowicie mocny przekaz tej sceny zabiera jedynie mnogość środków, na jakie zdecydowali się twórcy przedstawienia. Rozstawione po bokach kamery podwajały widoczne postaci i burzyły odbiór energii, jaka wytworzyła się między nimi. Zresztą, co typowe dla Kleczewskiej (drugie bingo), spektakl zaczyna się również nagraniem video, zbyt długim jak na prolog.

Czuły i silny Konrad

Tym, który napędza do działania, podaje takt do „Pieśni zemsty”, jest Konrad. A raczej Konrada, bo tę postać również gra kobieta (Dominika Bednarczyk). I pewnie w tym momencie pani kurator załamała ręce i postanowiła oficjalnie „stanowczo odradzać szkołom organizowania wyjść na "Dziady", bo to „swobodna emanacja poglądów środowiska, które pragnie kształtować spojrzenie społeczne na współczesną Polskę nie z troską, miłością należną Ojczyźnie”.

Dlaczego kobieta jest głównym bohaterem? A dlaczego nie? Konrad w mickiewiczowskiej Wielkiej Improwizacji nie okazuje żadnych męskich cech (poza męskimi końcówkami w czasownikach), ani nie mówi w imieniu mężczyzn, więc bieg wydarzeń i ogólne przesłanie utworu pozostają niezmienne. Poza tym wersy „Tak! – czuła jestem, silna jestem i rozumna”, albo naród „objęłam w ramiona/Wszystkie przeszłe i przyszłe jego pokolenia/Przycisnęłam tu do łona” brzmią tak wiarygodnie w ustach aktorki, jakby zawsze były przeznaczone dla żeńskiej postaci.

Konrad w „Dziadach” Kleczewskiej jest nie tyle kobietą, co everymanem. Aktorka ubrana w czarny sweter, bojówki, z krótko obciętymi włosami nie eksponuje w żaden sposób kobiecości. Nie różni się niczym od wszystkich i może być każdym. Zamiast kajdan dostała kule, ale znaczenie pozostało to samo. Konrad cierpi, jest bezsilny wobec swej niepełnosprawności, ale przyjmuje ją z godnością. Takie ukazanie tej postaci ukierunkowuje sposób odczytania Wielkiej Improwizacji. Ta w wykonaniu Bednarczyk nie jest przekrzyczana, buntownicza, czy nawet głośna. Jest tu dużo ciszy i przejmującej łagodności, której nie było w dotychczasowych improwizacjach wygłaszanych przez tych wielkich.

Bednarczyk monologu nie wygłasza, nie spala się, z rozwagą podaje kolejne argumenty. Czasem wybuchnie, ale jest to raczej okazanie rozczarowania, bólu. Łączy emocjonalności i racjonalność, co wydaje się niemożliwe do połączenia. Nie szantażuje, nie straszy, o nic nie prosi. Mówi, czasem cichym, czasem zdartym już głosem, nie tylko w swoim imieniu. Ten Konrad nie prowadzi walki wewnętrznej, na to jest już zbyt doświadczony przez życie i świat, trafnie potrafi po prostu sprowadzić do słów to, co widzi i czuje. Przemyślany emocjonalnie i wizualnie – Bednarczyk stoi o kulach blisko publiczności przeglądając się w złotej posadzce – monolog ma w sobie coś, co do tej pory było nieodkryte: czułość, która w połączeniu z samoświadomością, bólem i rozwagą decyduje o niepowtarzalnej sile tej improwizacji.

Trochę szarości

Nagle na scenę wjeżdża ogromna kopia ołtarza Wita Stwosza z Kościoła Mariackiego, na którego tle w kardynalskiej purpurze ksiądz Piotr przedstawia swoje widzenie, gwałci Ewę i odprawia egzorcyzmy nad Konradem. I pewnie ten element panią kurator przyprawił o palpitacje serca i spowodował napisanie w oświadczeniu fragmentu o środowisku, które podchodzi do ojczyzny „z nienawiścią do jej rodowodu historycznego, do tożsamości narodu ugruntowanego na fundamencie tradycji cywilizacji łacińskiej”. Rzeczywiście Kleczewska mocno uwspółcześnia wątek klerykalny, wprowadzając temat pedofilii w Kościele i obłudy hierarchów. Tylko w pewnym sensie znów niczym nie zaskakuje. W większości jej przedstawień pojawia się mniej lub bardziej widoczny wątek kościelny ukazany jednoznacznie, czyli negatywnie, w czarnych barwach (trzy razy bingo).

Chcąc dodać trochę szarości, w scenie balu u Senatora co prawda reżyserka pokazuje dobrodusznego księdza (wszystkie wcielenia duchownego gra Marcin Kalisz), który wstawia się za słabszymi: Rollisonową i jej więzionym synem. Jest skromny, pomocny, ofiarny, do czasu gdy służba, zdejmuje mu sutannę, pod którą nosi czerwoną koszulkę z godłem narodowym. Reżyserka nie zdołała powstrzymać się i tu przed użyciem negatywnych konotacji. Cały klerykalny wątek wprowadza trochę na siłę, wymuszenie, przy innych płynących tu przesłaniach i diagnozach społecznych, w których mieszają się różne emocje, jest on zbyt dosadny. Szarości i wypośrodkowania w zasadzie nie ma.

Kolejki uczniów z krakowskich szkół do spektaklu "Dziadów", 24 listopada 2021 r.
fot. MAREK LASYK/REPORTER/East News
Fot.

W scenie balu u Senatora aktor jest tylko jeden. Oczywiście jako zachwycające tło oglądamy wirujące w tańcu na złotym parkiecie w bogatych sukniach i eleganckich frakach pary, do tego złocone fotele i zastawiony stół (tu uwspółcześnień raczej nie ma co szukać). Zabawy niektórych nie psuje nawet zrozpaczona Rollisonowa (krótka choć niesamowicie tragiczna i wiarygodna rola Agnieszki Przepiórskiej). Na tle tego wszystkiego występuje Jan Peszek jako Nowosilcow, pan i władca, owładnięty żądzą władzy, trochę szalony, trochę okrutny, balansujący na granicy utraty świadomości i kontaktu z rzeczywistością, otoczony karierowiczami, którzy zrobią wszystko, by utrzymać swoją pozycję.

Oglądając tak skrajne emocje i zachowania, dostajemy pełen popis umiejętności, talentu i warsztatu aktorskiego Peszka. W muzykę wkradają się fałsze, pary gubią rytm, a Peszek jako Nowosilcow tanecznym krokiem przemierza parkiet. Zakładając kolejne bardziej strojne kostiumy, jakby nie zauważał, że w szaleńczym tańcu, wyścigu został sam. Postać Senatora jest jedną z najbardziej negatywnych u Mickiewicza, ale tu od roli Peszka nie sposób oderwać oczu i nie zachwycić się konstrukcją tego bohatera.

Ćwiczenie ze słuchania

Teatr nie może milczeć, bo nawet kiedy milczy, to krzyczy. Musi zabierać głos, skłaniać do dyskusji, bo inaczej jest nijaki, miałki, a to dla teatru oznacza nieistnienie. Czy coś w teatrze jest zarezerwowane tylko dla mistrzów? Być może tak, tylko skąd w takim razie braliby się mistrzowie, skoro posłusznie odgrywaliby spisane na papierze role. Mistrzowie najczęściej biorą się z buntu. Czy nie wolno „Dziadów” interpretować po swojemu? A co innego każe się robić uczniom niemal co roku na państwowych egzaminach pisząc im polecenia o interpretację i analizę dzieła? Uznanie utworu za świętość z napisem „nie dotykaj”, oznacza dla niego jedno: śmierć na półce.

Kurator nagradzana przez ministra edukacji za poglądy i związane z nimi poczynania (oboje zresztą spektaklu nie widzieli) grzmi, że „haniebne jest używanie dzieła wieszcza A. Mickiewicza dla celów politycznej walki współczesnej opozycji antyrządowej z polską racją stanu”. Czy „Dziady” Mickiewicza są o Polsce i Polakach? Tak. A „Dziady” Kleczewskiej? Też. Trochę publicystyczne, przefiltrowane przez ostatnią dekadę XXI wieku, ale opowiadające wciąż o pięknym, ale podzielonym narodzie, trochę patrzącym w przód, trochę nie mogącym zapomnieć o tym, co zostało z tyłu. Mamy tu wbrew pozorom prosty schemat: zmieniły się czasy i kontekst, zmienił się sposób prezentacji i odbioru. Czy „Dziady” są o polityce? Owszem, ale, jak słusznie przypomniał Jan Peszek, „Dziady” zawsze były utworem politycznym i zawsze tę władzę uwierały. Oczywiście można zrobić spektakl, jak to niektórzy określają normalny, pokazujący dobro, jakie płynie od władzy, tylko powstałaby z tego farsa albo tragifarsa.

"Dziady" w Teatrze Słowackiego
fot. Bartek Barczyk/Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot.

Na koniec wraca jedno pytanie: czy warto ten spektakl zobaczyć? Tak, bo przypomina i swoją treścią, i aurą, jaka się wokół niego wytworzyła, jak bardzo trzeba dbać o wolność, także artystyczną (co nie oznacza, że artyście wszystko wolno). To nie jest spektakl do podobania się i pewnie, gdyby nie apel pani kurator, byłby to jeden ze spektakli dobrze skrojonych, choć nie bez mankamentów, a tak przejdzie do historii, mam nadzieję, z przestrogą, by dalej niż na widownię władzy nie wpuszczać.

Na pewno to doskonałe ćwiczenie z widzenia, słuchania, odczuwania i rozumienia sztuki. Niektórzy dziękują pani kurator za jej stanowiska i oświadczenia, bo publiczność wypełnia widownię po ostatnie miejsce na każdym spektaklu, a uczniowie, którzy pewnie potraktowaliby to przedstawienie jako inscenizację jednej z lektur, oglądają je, jak opowiadają aktorzy, w niesamowitym skupieniu i z uwagą. Nie ma co dziękować pani kurator, aktorzy znaleźli się w środku przedziwnej burzy narażeni na krzywdzące komentarze, wobec dyrektora zarząd województwa małopolskiego zdecydował o wszczęciu procedury odwołania (w ramach odstąpienia od dbałości o dobre imię teatru i naruszenia dyscypliny finansów publicznych), a scenę pozbawiono dotacji.

Może nie takie same, ale według podobnego schematu działania już widzieliśmy. Ich skutki również. W 2016 roku niedługo po głośnej oprotestowanej m.in. przez krucjatę różańcową premierze „Śmierci i dziewczyny” władze województwa ogłosiły konkurs na dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu. Dotychczasowy dyrektor Krzysztof Mieszkowski w konkursie nie wystartował (kierował teatrem od 10 lat, liczył, że władze kontrakt mu przedłużą). Mimo protestów komisja (główna decyzja i tak miała zapaść wcześniej w ministerstwie kultury) wybrała Cezarego Morawskiego. Aktorzy zaczęli składać wypowiedzenia, do tego nowy dyrektor pożegnał się z grupą kilkunastu osób, a z repertuaru znikały kolejne tytuły. Po dwóch latach teatr był w ruinie finansowej, a Morawskiego odwołano.

W 2017 roku minister kultury ogłosił też, że poznański festiwal „Malta” nie dostanie obiecanego dofinansowania. Powód? Kuratorem programu miał być Oliver Frljić, który wcześniej wystawił głośną, oprotestowaną przez środowiska ONR, "Klątwę" w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Pieniądze uzbierano w społecznej zrzutce. W 2017 roku ogłoszono jeszcze konkurs na dyrektora Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Komisja składająca się w większości z przedstawicieli resortu kultury odrzuciła kandydaturę Jana Klaty, dotychczasowego dyrektora teatru i cenionego reżysera, a wybrała Marka Mikosa m.in. byłego szefa TVP Kielce. Po konflikcie z aktorami i licznymi zawirowaniami organizacyjnymi minister odwołał Mikosa ze stanowiska.

O co więc ta cała awantura, skoro na podstawie doświadczeń można się domyślać, że „Dziady” w Słowackim zobaczą i tak już przekonani, a tych, którzy uważają się za obudzonych, nie da się obudzić? O teatr. A teatr to emocje, historia, wolność i ludzie.

Aleksandra Pucułek
Aleksandra Pucułek

Zastępczyni redaktorki naczelnej RadioZET.pl, szefowa newsroomu, koordynatorka sekcji publicystycznej. Dziennikarka i teatrolożka (z wykształcenia i zamiłowania). Pisze głównie o edukacji - od żłobków do uczelni. W RadioZET.pl od sierpnia 2021. Wcześniej pracowała w "Gazecie Wyborczej", pisała dla "Dużego Formatu", "Wysokich Obcasów" i "Wolnej Soboty". Współpracowała z tygodnikiem "Polityka". Laureatka Nagrody im. prof. Romana Czerneckiego w kategorii najlepszy artykuł publicystyczny oraz stypendium im. Leopolda Ungera. Nominowana do Grand Press w kategorii wywiad. Nie może żyć bez teatru i czekolady. Kontakt: aleksandra.puculek@radiozet.pl.

logo Tu się dzieje