Bartłomiej Jurecki w książce "Twardy jak skała, silna jak halny" przedstawił portrety ostatnich najbardziej charakterystycznych górali i góralki, którzy tworzą legendę południowej Polski. Prace nad książką rozpoczął w 2017 roku, ale jak sam mówi, jego projekt trwa do dziś. Jako reporter Tygodnika Podhalańskiego podczas prac w terenie i poszukiwań nowego tematu, nie ustaje w szukaniu górali. - W mojej głowie powstał pomysł, żeby zebrać w całość wszystkich górali, którzy tutaj żyją i są wizytówką Podhala - mówi.
Maciej Walasek, RadioZET.pl: 60 portretów sfotografowanych góralek, 55 górali i to jeszcze nie koniec. Na czym się pan skupił, robiąc te zdjęcia?
Popularne w magazynie
Bartłomiej Jurecki, fotoreporter „Tygodnika Podhalańskiego”, autor książki "Twardy jak skała, silna jak halny": - Czasami jak opowiadamy nieznajomym lub ludziom z zagranicy, kim są górale, opowiadamy o kulturze i wyglądzie. Dlatego wpadłem na pomysł, żeby najbardziej charakterystycznych górali zamknąć w jednej serii, którą nazwałem "Twardy jak skała". Tych panów szukałem przez długi czas. Na szczęście, kiedy zaczynałem , znajomi sami naprowadzali mnie na nowe osoby, doradzali i pomagali w poszukiwaniach. Pół roku później zacząłem robić zdjęcia góralkom, a serię nazwałem "Silne jak halny". Z góralkami miałem o tyle łatwiej, że nie potrzebowałem aż tak charakterystycznych twarzy.
Przede wszystkim liczył się wiek. Zacząłem od staruszki, która dożyła stu lat. Pamiętam sytuację, kiedy przyjechałem do niej do domu i patrzyłem na jej piękną twarz, widząc ten upływ czasu. Cztery dni po zrobieniu zdjęć pani Maria Zuber odeszła z tego świata. To mnie przyblokowało. Nie wiedziałem, czy mam kontynuować robienie zdjęć góralkom w tym wieku. Zastanawiałem się, czy to na pewno dobry pomysł, aby iść w tym kierunku. W pewnym sensie mogłem przeszkadzać tym ludziom na ich ostatniej drodze, wchodząc z butami w ich życie. Z drugiej strony tego samego dnia dostałem informację, że na pogrzebie pani Marii jej rodzina mówiła, że bardzo się cieszy, że zdążyłem przyjechać i ją sfotografować. Dziennikarz zrobił opis jej życia na podstawie opowieści jej rodziny i znajomych, bo nie zdążył do niej przyjechać i tak jak opowiadała rodzina podczas pogrzebu, tym sposobem przedłużyliśmy jej życie.
Jak górale reagowali na pana propozycje?
Gdy po raz pierwszy przyjeżdżałem do górali robiłem tzw. podchody. Kiedy ktoś nie chciał się zgodzić, często odwiedzałem takie osoby i pokazywałem im, jak to wygląda, żeby się nie bali. Jak już uzbierałem większe grono, pokazywałem zdjęcia na telefonie, udowadniając, że nie ma co się bać. Następnie po wizycie przyjeżdżali dziennikarze z „Tygodnika Podhalańskiego” i spisywali historie moich bohaterów. Nie chciałem traktować opowieści w czysto życiorysowy sposób. Bardziej chodziło mi o najciekawsze momenty z życia górali, ich przesłania życiowe, tak aby każdy, kto przeczyta tę książkę np. młode osoby, że pomimo krótkiego tekstu wyciągną coś dla siebie. Co tydzień w czwartki w Tygodniku Podhalańskim wychodziła taka historia, którą dodatkowo razem ze zdjęciem wrzucałem na mój profil na Facebooku. Za każdym razem osoby młodsze, czy starsze pisały mi o swoich odczuciach m.in., że dana historia kompletnie zmieniła ich dzień i dała do myślenia.
Pozytywne komentarze były dla mnie impulsem, że to rzeczywiście ma sens. Zamknięcie historii w formie książki miało jedno znaczenie: aby recepty na życie górali były na wyciągnięcie ręki. Żeby były przy nas cały czas, żeby nie szukać ich w internecie.
Ma pan tu na myśli historie, które będą pewnego rodzaju motywacją dla nas?
Na przykład historia babci, która przeżyła wojnę, pochowała swoją rodzinę i teraz siedzi przed domkiem z uśmiechem na twarzy. Ta góralka wie, że w swoim życiu zrobiła wszystko, co mogła, dlatego na koniec może chodzić z podniesioną głową , mając świadomość, że godnie przeszła przez życie. Takie opowieści dają motywacje, że mimo ciężkich chwil, wcale nie musi być tak źle. Te historie mają dać nadzieję, że ten ciężki czas, który mamy obecnie, nie jest taki zły, w porównaniu do tego okresu, który przeżyli tamci górale.
Szczególną uwagę zwróciłem na Jana Stocha. Kompletnie nie wygląda na swój wiek...
Faktycznie są górale, którzy na pierwszy rzut oka wyglądają bardzo staro, a potem taki pan mówi, że ma 60-kilka lat. Człowiek zaczyna się zastanawiać, dlaczego tak wygląda, ale to kwestia tego, że kiedyś tutaj żyło się trochę inaczej, niż obecnie. Ludzie więcej czasu poświęcali pracy na świeżym powietrzu, więc ten halny "rzeźbił" ich rysy twarzy. Wydaje się, że miejsce, w którym mieszkamy trochę nas postarza.
Czy w czasie spotkania z góralami poznał ich pan od innej, nieznanej wcześniej strony?
Szczerze mówiąc nie. Sam w połowie jestem góralem. Mój tata jest z Krakowa, mama z Zakopanego, a dziadek Wincenty Galica to legenda góralszczyzny. Był w kilku obozach koncentracyjnych, walczył o nasz naród i wolność. Cała góralszczyzna zawsze była przy mnie od samego początku. Kiedy byłem nastolatkiem moja mama prowadziła zespół góralski. W tamtych czasach sam miałem okazję uczestniczyć w ich wyjazdach, dzięki czemu poznałem kulturę w młodszym wieku. Potem poszedłem na studia i nie miałem z nią już takiego kontaktu. Jednak kiedy emocjonalnie dojrzałem do niektórych spraw to rozmowy z góralami na potrzeby książki spowodowały, że uczyłem się tej kultury w inny sposób, niż wcześniej. Ci ludzie utwierdzili mnie w przekonaniu, że tradycja góralska, czyli: rodzina, wolność i wiara to dla nich najważniejsze rzeczy, bez których nie mogliby żyć.
W jednej z rozmów powiedział pan, że za 20 lat górale będą wyglądać zupełnie inaczej. Jak wyobraża pan sobie "górala przyszłości"?
- Dalej będę się trzymał tego zdania. Myślę, że za 20, 40 czy nawet 60 lat góralki będą się podobnie ubierały, bo ubranie góralskie będzie takie samo jak wcześniej. Taka jest tradycja, która na pewno się nie zmieni. Będą projektanci, którzy będą wykorzystywać ubrania w sposób nowatorski, ale stricte góralskie ubranie nie zmieni się i góralki nadal będą takie same. Inaczej jest z góralami, których na ulicach jest już coraz mniej. Jak widzę kogoś, kto od razu rzuca się w oczy, to po dwóch sekundach wiem, że on już jest w mojej książce. Wydaje mi się, że styl i rysy twarzy m.in. bardzo ostre kości policzkowe, które są charakterystyczne dla panów, za parędziesiąt lat będą bardziej delikatne.
Redyk, czyli uroczyste wyjście pasterzy ze stadami owiec na wypas na górskich halach
Głównie przez to, że ten teren i praca, która lata temu była bardzo trudna, zaczyna się zmieniać. Już nie ma tak ciężko pracujących górali na zewnątrz, jak kiedyś. Teraz młodzi wyjeżdżają, zmieniają swój tryb życia. Poza tym jedzenie jest inne. Wydaje mi się, że dojdzie do tego, że ci najbardziej charakterystyczni górale znikną, a wraz z nimi cała wizytówka, biorąc pod uwagę fizyczną stronę góralszczyzny, która będzie ulegać zmianie i za paręnaście lat będzie bardziej współczesno-polska.
Jest pan fotografem od ponad 20 lat. Pana zdjęcia były nagradzane na wielu konkursach. Jaki ma pan przepis na dobre zdjęcie?
Często na spotkaniach z młodymi fotografami na różnych akademiach, kółkach fotograficznych powtarzam, że Podhale jest terenem, na którym zdjęcie wyjdzie w każdym momencie: kiedy pada śnieg, czy świeci słońce. Gdybym teraz wziął aparat i poprosił o zrobienie zdjęcia osobie niemającej pojęcia o fotografowaniu, za chwilę zrobiłaby zdjęcie, które miałoby 200-500 polubień w sieci. W tych okolicach łatwość fotografowania przychodzi bardzo szybko, a w Tatrach mamy niekończące możliwości. Tutaj zawsze jest coś do uwiecznienia, zawsze coś się dzieje, więc jak ktoś chce zacząć swoją przygodę, to polecam te okolice.
Wspomniał pan o polubieniach. W dzisiejszych czasach jest mnóstwo zdjęć na Instagramie, które robią wrażenie. Jednak efekt wielu z nich osiągany jest dzięki licznym przeróbkom i filtrom.
Z tym nie da się walczyć. Zaczynałem pracę na aparatach analogowych, gdzie biegałem z kliszami do fotografa, aby wywołać zdjęcia i sprawdzić czy w ogóle coś z nich wyszło. Teraz wszystko odbywa się za pomocą metody prób i błędów. Możemy ustawiać światło na zewnątrz i robić zdjęcia w nieskończoność do czasu, kiedy zrobimy to jedno dobre. Dodatkowo psujemy zdjęcie wykorzystując graficzne programy w telefonie, czy komputerze. To duży minus, jeśli chodzi o fotografów, którzy w bardzo krótkim czasie chcą mieć dużą liczbę lajków. Oni nie mają wyuczonego oka na pokazywanie prawdy. Ludzie robiący zdjęcie dla jak największej liczby polubień, nie mają takiego spojrzenia, aby pokazać prawdę. A ja właśnie na tym się skupiam - na pokazywaniu prawdy. Staram się z każdego elementu, nawet pyłka na twarzy pokazywać jej pełnię.
Nigdy nie stosuję manipulacji Photoshopa. Nawet zgłaszając prace do konkursów, nie tylko zdjęcie zostałoby wyeliminowane, ale cały dotychczasowy dorobek ległby w gruzach. Jeden błąd może skreślić całą Twoją karierę. Takie rzeczy spotykały już niektórych polskich fotografów, którzy zostali skreśleni przez ten jeden błąd. Trzeba na to zwyczajnie uważać i się pilnować. W regulaminie takich konkursów można kadrować zdjęcie, zmniejszać lub podnosić światło, ale to jest dokładnie to, co robiło się w ciemni.
Jakie zdjęcia zrobione samodzielnie podobają się panu najbardziej? Do których fotografii najczęściej pan wraca?
Na pewno zdjęcia zrobione w czasie wyjazdu na Haiti. Zjawiłem się tam dwa tygodnie po trzęsieniu ziemi, w którym zginęło ćwierć miliona ludzi. Sytuacja była napięta. Przyjechałem w momencie, gdy wszystkie media wyjechały ze stolicy Haiti Port-au-Prince - miejsca, które najbardziej ucierpiało w wyniku trzęsienia. To było świadectwo prawdziwej ludzkości. Dostrzegłem dramat połączony z pogodzeniem się z niewyobrażalną tragedią i jednoczesną nadzieją, że trzeba żyć dalej, bo może przyjdą lepsze czasy. Widziałem obrazki, które zapamiętam do końca życia. Najczęściej wracam właśnie do zdjęć wykonanych tam, bo są dla mnie najmocniejsze.
Zrobiłem też takie zdjęcia, za które byłem nagradzany na mniej lub bardziej prestiżowych konkursach, jak Grand Press Photo. Te zdjęcia również są dla mnie cenne, ale nieraz zostały zrobione przypadkowo. Tak jak np. fotografie z Sylwestra na Krupówkach, kiedy petardy zaczęły wybuchać między ludźmi. Dwie kobiety upadły i tak powstało jedno ze zdjęć. Ta historia nie jest niczym szczególnym. Te fotografie są ciekawe, efektowne, nagradzane, ale dla mnie nie są aż tak ważne.
Sylwester na Krupówkach, 2011 r.
Przed oczami mam też zdjęcie koni z hiszpańskiego Luminarias, które przeskakują przez ogień. Za każdym razem, kiedy wracam do tej fotografii, zastanawiam się, jakim cudem ją w ogóle zrobiłem. Nieskromnie mówiąc wygląda jak obraz. Na miejscu było 200 hiszpańskich fotografów, ale żadnemu z nich nie udało się zrobić podobnego zdjęcia. Do niego też często wracam.
Obłoki perłowe w Norwegii też zostały uchwycone przypadkiem. Przyjechałem tam na kilka dni, a one były widoczne jedynie przez kilka godzin po wielkim huraganie. Trzeba zaznaczyć, że to niezwykle rzadkie zjawisko, pojawiające się raz czy dwa razy do roku. Dzięki tej fotografii zostałem pierwszym Polakiem, który zdobył nagrodę Insight Astronomy Photographer. Sama gala w Londynie była piorunująca. Pamiętam, jak siedziałem na sali, gdzie nad głową znajdowała się kopuła przypominająca niebo i gwiazdy, które przez cały czas zmieniały się w różne planety. Miałem ciarki na plecach. O ile nie mam zbyt dużo wspólnego z astronomią, tym bardziej cieszę się z tego zdjęcia.
Bardzo proste zdjęcie sianokosów wykonałem też w Rzepiskach. Dwóch górali zapozowało mi do fotografii, która została jednym z 10 najlepszych zdjęć na świecie według National Geography Travel. Zdjęcie obiegło cały świat. Pojawiało się nawet na wietnamskim stronach. Dzięki temu górale z Rzepisk zostali celebrytami. Potem mieli przesyt, dlatego na jakiś czas musieli zaszyć się w domu.
Jak wygląda życie w cieniu Tatr?
Przede wszystkim jest halny, który niesamowicie wpływa na zmianę naszego nastroju, zmieniając go o 180 stopni. Są osoby, których to nie dotyka, ale wynika to tylko z tego, że na Podhalu są zwyczajnie za krótko. Turyści nie odczuwają tego, jak stali mieszkańcy. U niektórych osób, tak jak u mnie halny powoduje migrenę, inni reagują niepokojem, a jeszcze inni idą w alkohol. Są też i tacy, którzy zaczynają sprzątać lub załatwiają sprawy, którymi mieli zająć się dopiero za tydzień. Biorąc pod uwagę głowę, to Tatry są bardzo ciężkim miejscem do mieszkania. Trzeba się do tego po prostu przyzwyczaić.
Jeśli chodzi o zawód, to myślę, że to idealne miejsce do zamieszkania dla fotografa, czy też innego artysty: malarza, rzeźbiarza, poety lub muzyka. To miejsce nasiąknięte inspiracjami, które jest oazą dobroci artystycznych. W każdym miejscu możemy znaleźć inny kierunek, inspiracje i wyciszenie. Poza nimi można też liczyć na powiew szaleństwa spowodowany halnym. Daje dodatkową energię do tworzenia. Jakby popatrzeć na naszych artystów, którzy żyli tu przed laty, bądź zostawali na dłużej, to halny pomagał im w tworzeniu.
Od kilku lat do Zakopanego przyszyto łatkę "wielkiego jarmarku". Zgodzi się pan z tym określeniem?
Niestety tak. Między innymi po to też powstała moja książka, aby pokazać prawdziwą stronę górali. Jak studiowałem w Krakowie czy w Łodzi ktoś zawsze mówił, że nie jedzie do Zakopanego, bo jest tam za dużo ludzi. Tak się właśnie zrobiło. To miejsce przesiąknięte kiczem - mam tu na myśli same Krupówki, które przesiąknęły badziewiami, reklamami, tanim winem i ludźmi nie wiadomo skąd. Nie można zapomnieć o deweloperce, którą widać na każdym kroku. Od lat próbujemy z tym walczyć, ale ciężko nam to idzie, bo deweloperzy mają o wiele więcej pieniędzy i nie zważają na zakazy. Na Podhalu jest coraz mniej zielonych miejsc, które stają się placami budowy, gdzie powstają m.in. pensjonaty. Bardzo boję się o Zakopane. Jeśli nic nie zmieni się w tym kierunku, za parę lat normalni ludzie nie będą chcieli tu przyjeżdżać.
Jeśli ktoś planuje przeprowadzkę do Zakopanego, to czy nadal znajdzie miejsce, które będzie dla niego oazą spokoju?
Oczywiście, jest taka możliwość, tylko wtedy trzeba skoncentrować się na górach. U nas sezon trwa praktycznie przez cały rok. Jednak, kiedy znajdzie się miejsce z daleka od Krupówek i zamieszka się np. w Kościelisku, to jeszcze można zaznać spokoju w pracy , zamykając się w domu przed komputerem. Nadal można korzystać z uroków dolin lub wyższych partii Tatr. To jeszcze nie jest problem. Na szczęście Tatry wciąż są otwarte dla ludzi, będąc świetnym miejscem, w którym można odetchnąć.
W Zakopanem będzie coraz gorzej?
Już to widać. W dolinie Białego powstaje gigantyczny budynek nie wiadomo ilu piętrowy, bo cały czas rośnie. Z lotu ptaka wygląda tragicznie. Osoba, która zgodziła się na to, powinna przynajmniej kilka dni spędzić w więzieniu, bo to zbrodnia przeciwko przyrodzie, Tatrom i prawdziwym góralom. Nie tym, którzy ganiają za dutkami za wszelką cenę i tylko to się dla nich liczy, ale dla tych, których można znaleźć w mojej książce.
Bartłomiej Jurecki – fotograf prasowy na co dzień związany z „Tygodnikiem Podhalańskim”, absolwent Krakowskiej Szkoły Artystycznej oraz Fotografii w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi. Laureat wielu prestiżowych nagród fotograficznych m.in. sześciokrotnie zdobył Grand Press Photo, został laureatem amerykańskiego konkursu Pictures of the Year International. Jego prace wciąż są nagradzane. Za projekt Twardy jak skała, silna jak halny. Portrety polskich górali zdobył dotychczas 11 nagród i wyróżnień w konkursach polskich i międzynarodowych.