Lekarz mówi, że to nic takiego. Że takie bóle są charakterystyczne dla początku ciąży i mogą się jeszcze powtarzać do końca pierwszego trymestru. Agatę zaprasza na wizytę za miesiąc. Z czasem ból staje się nie do wytrzymania. W szpitalu Agata płacze, prosi o jakieś leki, ale koszmarny ból „uśmierzają” tam apapem. To ze względu na dobro dziecka – przekonują.
Popularne w magazynie
Agata ma 25 lat, kiedy zachodzi w ciążę. Cieszy się. Planuje ślub. Gdy wiosną dowiaduje się z narzeczonym, że będą rodzicami, kupują nawet większe mieszkanie. Tylko że wkrótce zaczynają się problemy. W 8. tygodniu ciąży zaczyna krwawić z odbytu. Robią jej całą serię badań: od morfologii przez badania ogólne moczu, kardiologiczne, radiologiczne, po badanie endoskopowe do 20 cm. Diagnoza: wrzodziejące zapalenie jelita grubego i cukrzyca ciężarnych. Leczą, przepisują leki, wypisują do domu. Agata nie zostaje tam długo, ból powraca jak bumerang. Lekarze wykrywają ropień. Usuwają, leczą i znów wypisują do domu. Endoskopii już nie robią. Koszmarny ból nie ustępuje, a Agata trafia do kolejnego szpitala – 100 km od domu. Znów podają leki i wypisują. Wkrótce z ropniem wielkości kasztana ma trafić na oddział chirurgiczny. Nie trafia. Mówią, że brakuje miejsc.
Agata znajduje miejsce w innej placówce. Znów leczą i wypisują do domu, choć ból utrudnia już kobiecie chodzenie. Któregoś dnia przyjeżdża po nią karetka. Ordynator zaczyna kręcić nosem, mówi: „to absurd, żeby leczyć ropień cały tydzień”. „Agata zajmuje się za bardzo swoim tyłkiem, zamiast zająć się czym innym” – słyszy mama 25-latki.
O pomoc dla córki zwraca się więc do kolejnego szpitala – to ponad 300 kilometrów od domu. Lekarz proktolog znajduje narastający ropień w okolicach odbytu i przetokę (otwór w ciele, przez który ropa wydostaje się na zewnątrz). Ma zrobić kluczowe badanie – pełną endoskopię, ale rezygnuje. Obawia się uszkodzenia płodu albo wywołania poronienia. - Sumienie mi nie pozwala – tłumaczy.
Rodzina żąda: ratujcie życie Agaty
Sierpień. Narzeczony Agaty i jej mama mówią: dość. Nie chcą już słuchać o „dobru dziecka”, liczy się dobro Agaty. Domagają się od lekarza, żeby zaczął działać. Lekarz: „To co, mam usunąć ciążę?”. Ostatecznie żądania na nic się zdają.
Wrzesień. Agata z niewydolnością oddechową trafia na OIOM. Jej stan jest poważny. Objawy: wstrząs septyczny i niewydolność wielonarządowa. Płód jest już martwy. Lekarzom nie udaje się wywołać poronienia, trzeba ciąć. Z jamy otrzewnej usuwają wtedy prawie litr ropy. W kolejnych dniach jeszcze kilka razy otwierają jamę brzuszną, usuwają krwiak w zatoce Douglasa (zagłębieniu odbytniczo-macicznym), wypłukują ropę, w końcu usuwają macicę. Stan Agaty dalej się pogarsza. Są już sygnały o niewydolności nerek. Jest godzina 6:30, 29 września, Agata umiera.
Ta historia wydarzyła się naprawdę, choć 17 lat temu. Zaczęło się w Pile, skąd pochodziła 25-latka. Potem krążyła jeszcze między szpitalami w Poznaniu i Łodzi. Agata miałaby dziś 42 lata.
„Można przypuścić, że lekarze jakby zupełnie zapomnieli o swoim powołaniu i obowiązku ratowania życia i zdrowia Agaty L., zajmując się wyłącznie ochroną życia i zdrowia płodu” – analizowała na łamach czasopisma naukowego Prawo i Medycyna dr hab. Barbara Namysłowska-Gabrysiak. „W przypadku Agaty L. powoływanie się lekarzy na klauzulę sumienia było całkowicie nieuzasadnione. Oczywiste jest, że w sytuacji zagrożenia zdrowia i życia Agaty L. lekarze mieli obowiązek działania w warunkach art. 30. ustawy o zawodzie lekarza oraz art. 7. Kodeksu etyki lekarskiej. Powoływanie się więc w tym przypadku na klauzulę sumienia jest niezgodne z powyższymi przepisami. Obawa lekarzy, iż w razie przeprowadzenia badania endoskopowego dojdzie do uszkodzenia płodu lub poronienia, nie uzasadniała niewykonania zabiegu” – podkreślała ekspertka.
Lekarze jakby zupełnie zapomnieli o swoim powołaniu i obowiązku ratowania życia i zdrowia Agaty, zajmując się wyłącznie ochroną życia i zdrowia płodu
Gdy w 2005 roku „Gazeta Wyborcza” zapytała lekarza, który zajmował się przypadkiem 25-latki, dlaczego nie wykonał kluczowego badania endoskopowego, odpowiedział krótko: „Nie ma szans, żebym rozmawiał na ten temat. Tę sprawę trzeba zostawić w spokoju”.
- Nie mogę powiedzieć, że jestem w szoku, że lekarz nie chciał zrobić endoskopii. To taka asekuracja. W razie, gdyby lekarz został posądzony o celowe wywoływanie poronienia np. na życzenie pacjentki. I ta niepewność jest dla lekarza koszmarem. Minęły lata, ale w tej kwestii atmosfera w Polsce niewiele się zmieniła. To może brzmieć w tej sytuacji nieracjonalnie, ale płód po prostu musi przetrwać – mówi nam lekarz pragnący zachować anonimowość.
„Płód jest ważniejszy”
Agata zaszła w ciążę w kraju, w którym już i tak bardzo restrykcyjne prawo antyaborcyjne nazywano „kompromisem”. W 2005 roku, gdy historia 25-latki ujrzała światło dzienne, zaczęto mówić wprost: że ustawa o warunkach dopuszczalności przerywania ciąży nie działa; że to dobro pacjentki powinno być na pierwszym miejscu. Bo choć w teorii obowiązywała (i nadal obowiązuje) przesłanka do legalnej aborcji w szpitalu ze względu na zagrożenie życia lub zdrowia kobiety, lekarze sparaliżowani często widmem ewentualnych konsekwencji po prostu unikali tematu.
Historia Agaty uświadamia, że dziś nie chodzi tylko o wyrok TK. To nie decyzja Trybunału obudziła nagle w lekarzach „postawę wyczekującą”. Lekarze na długo przed zaostrzeniem prawa antyaborcyjnego czekali często do ostatniej chwili, by na pierwszym miejscu postawić pacjentkę. Niemniej takich przypadków jest teraz więcej.
- Dziś dominującą narracją ze strony obozu władzy jest to, że kobieta nie jest właścicielką swojego ciała, że jest rodzajem inkubatora, płód jest ważniejszy od kobiety. To czy kobieta umrze, czy coś jej się stanie, to jest nieważne. Ona powinna cierpieć, bo to jest wpisane w jej los – mówi rok po wyroku TK Kamila Ferenc, prawniczka i wicedyrektorka ds. programowych Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny.
- Kiedy jest zagrożenie zdrowia, (lekarze – red.) mówią: „taki mamy klimat, aborcji się nie robi”, „musimy czekać, aż płód sam obumrze”, „u pani nie ma jeszcze bezpośredniego zagrożenia” – czyli ta pacjentka nie wykrwawia się, nie umiera tu i teraz, to dopiero może się wydarzyć. To przerażające, jakie jest podejście do życia kobiet w tym kraju – komentuje prawniczka. Dodaje, że lekarz nie może bać się politycznej reakcji prokuratora, bo tylko wtedy może leczyć.
Nie pozwala sumienie i związane ręce
Federacja pracuje trzykrotnie więcej niż przed rokiem. Coraz więcej osób zgłasza się do niej po tym, jak lekarze odmawiają legalnej aborcji. W ciągu roku od decyzji TK Federacja pomogła w dostępie do tego świadczenia w kraju ponad 300 osobom. - Kiedy zgłasza się do nas kobieta i mówi: „jestem w ciąży, ale ta ciąża zagraża mojemu zdrowiu”. To np. ciąża pozamaciczna, przypadki gdy kobiecie grozi krwotok, pęknięcie jajowodu, albo gdy choruje onkologicznie i utrzymywanie ciąży pogorszy jej stan zdrowia. Często jest tak, że lekarze mówią: „mamy związane ręce”, „teraz aborcji nie da się zrobić”, „prokurator może nam postawić zarzuty”. My musimy wtedy podjąć interwencję prawną, żeby ta kobieta dostała aborcję w Polsce na NFZ i żeby lekarze jej bezprawnie nie odmawiali. Bo przecież wciąż obowiązuje przesłanka do legalnej aborcji, która mówi o zagrożeniu dla zdrowia lub życia pacjentki w ciąży. Tylko że lekarze boją się z niej korzystać – ze względu na atmosferę polityczną wokół aborcji - podkreśla Kamila Ferenc.
Również gdy kobietę uderza informacja o wadach płodu, gdy słyszy, że trzeba czekać, aż ciąża sama obumrze albo umrze tuż po porodzie, Federacja kieruje ją do lekarza psychiatry. Ten może wydać zaświadczenie, że zdrowie psychiczne pacjentki jest zagrożone – w końcu przesłanka o zagrożeniu zdrowia kobiety nie mówi jednoznacznie, czy chodzi o zdrowie fizyczne czy psychiczne. Takie zaświadczenie jest już podstawą do legalnego przerwania ciąży w Polsce.
Radość z macierzyństwa odebrali nam ekstremiści – to przez nich Polki dowiadujące się o ciąży, zastanawiają się dziś czy dożyją jej końca
„Lęk przed prześladowaniami czy rozpoczęciem postępowania prokuratorskiego krępują ręce tym lekarzom, którzy chcieliby pomóc swoim pacjentkom. Historie kobiet, którym pomagamy, są wstrząsające. Telefony od pacjentek, które usłyszały diagnozy bezmózgowia, bezczaszkowia, wytrzewienia czy innych wad płodu, sprawiają, że rzeczywistość wprowadzonego rok temu zakazu aborcji jest dla nas wyjątkowo namacalna. Polki żyją dziś w strachu, a ciąża – nawet ta wymarzona – często wiąże się z pojawieniem się lodowatego węzła w klatce piersiowej zamiast wybuchu radości i nastroju świętowania. Radość z macierzyństwa odebrali nam ekstremiści – to przez nich Polki dowiadujące się o ciąży, zastanawiają się dziś czy dożyją jej końca” – to fragment oświadczenia, które Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny wydała po śmierci 30-letniej Izabeli w Pszczynie. Iza zmarła dokładnie 11 miesięcy po wydaniu wyroku TK z powodu wstrząsu septycznego związanego z przedwczesnym odpłynięciem wód płodowych.
17 lat po śmierci Agaty znów wybrzmiewają pytania: "O ilu śmierciach nie wiemy?", "Ile kobiet w Polsce musi jeszcze umrzeć?".