`
Zabójstwo Kamili Szarmach
Sprawca zabójstwa 7-letniej Kamilki pozostaje nieznany
fot: Archiwum

Kamilka wyszła tylko do sklepu. Zamordowano ją przez ufność?

10.06.2022 12:32

Kamila Szarmach, rezolutna 7-letnia dziewczynka z Gdańska, wyszła z domu do pobliskiego sklepu po kiszoną kapustę. Po zakupy wysłała ją mama. Kobieta nie sądziła, że już kilka godzin później postawi na nogi pobliską okolicę. Długo łudziła się, że jej dziecko żyje. Prawie rok później znaleziono ciało Kamili w rzece, niedaleko miejsca zamieszkania. Do tej pory trwają poszukiwania zabójcy.

- Pamiętam tę dziewczynkę. Moje dzieci się z nią często bawiły. O jej zaginięciu mówił cały Gdańsk. Sąsiadki bały się wypuszczać dzieci na dwór. Mówili, że w okolicy grasuje jakiś pedofil i zaczepia właśnie dziewczynki. Nie chcę, żeby to zabrzmiało źle, Kamila była uprzejma, grzeczna i dobrze wychowana, ale czasami była aż nazbyt odważna – mówi jedna z okolicznych mieszkanek.

- Zagadywała nie tylko do sąsiadów, ale też obcych dorosłych. Czasami myślałam: „Boże, żeby z tego nie była jakaś tragedia, żeby nie zaufała jakiemuś łajdakowi”. Momentami miałam myśli, że może ograniczyć dzieciom kontakt z Kamilą. Bałam się, że one też staną się tak odważne, mimo że przypominałam, żeby nie gadały z obcymi.

„Spokojna, z poczuciem humoru”

Spacer od Starego Miasta w Gdańsku do ulicy Wspólnej 20, gdzie mieszkała Kamila Szarmach, zajmuje około 20 minut. Chociaż dom znajduje się tak niedaleko reprezentatywnej Starówki, to okolica przypomina wieś. Wielka łąka, gdzieniegdzie kładki nad Motławą, porozrzucane domki jednorodzinne, dalej ogródki działkowe. Cisza i spokój.

Dom przy ulicy Wspólnej 20 to pierwszy budynek, który rzuca się w oczy po przejściu przez kładkę. Dziś jest ruiną. Część okien zamurowano, część jest powybijanych. Można zauważyć zapadający się dach, zniszczony ganek i zarośnięty ogródek. Jeszcze 25 lat temu tętniło tutaj życie.

Dom rodziny Kamili Szarmach
Dom rodziny Kamili Szarmach, stan obecny
fot. Klaudia Bochenek
Dom rodziny Kamili Szarmach
Fot. Klaudia Bochenek
Dom rodziny Kamili Szarmach, stan obecny

Kamila Szarmach mieszkała z siostrą, mamą i ojczymem. Biologiczny ojciec się nią nie interesował. Dochodziły również słuchy, że w rodzinie nadużywano alkoholu. 7-latka pomagała w domowych obowiązkach. Była samodzielna, rezolutna i bardzo ufna. Sąsiedzi doskonale ją znali i czasami niepokoili się jej lekkodusznym zachowaniem.

- Czasami bawiłam się z Kamilą, chodziłyśmy do jednej szkoły. Była spokojna, z poczuciem humoru, grzeczna. Mocno słuchała się rodziców. Tam się nie przelewało. Mówili, że oni trzymają ją bardzo krótko. Kiedy zaginęła, to pamiętam, że byłam wściekła na moją mamę, bo czasami ograniczała mi wyjścia z domu i ciągle przypominała, żeby nie rozmawiać z obcymi, żeby nie chodzić sama. Teraz wiem, że chciała mnie chronić. Kamila owszem, zagadywała do nieznajomych, nawet podczas spacerów tam na Dolne Miasto zaczepiała, nie obrażając, pijaczków – wspomina jedna z mieszkanek.

Spotkała oprawcę niedaleko domu?

11 listopada 1997 roku mama wysłała Kamilę do pobliskiego sklepu po kiszoną kapustę. Dziecko wyszło z domu około godz. 11:00. Do celu miała 15 minut spacerem. Po powrocie musiała jeszcze odrobić lekcje. Kiedy po godzinie 7-latka nie wróciła, kobieta zaczęła niepokoić się o córkę. Jak się potem okazało, sklep był zamknięty. Być może dziewczynka, nie chcąc zawieść mamy, poszła do innego. W tym czasie rozpytywano już sąsiadów, czy nie widzieli małej Kamili. O godzinie 19:00 zgłoszono jej zaginięcie na policji. Rozpoczęły się poszukiwania.

W akcję zaangażowała się policja z wykorzystaniem trzech psów tropiących, straż pożarna i straż miejska. Na miejsce sprowadzono nawet płetwonurków, którzy przez dwa dni dokładnie sprawdzili brzegi rzeki i jej dno. Po 7-latce nie było śladu. Skupiono się też na opuszczonych budynkach, i działkach. Kamila jakby rozpłynęła się w powietrzu. Sądzono, że mogła pójść do babci na Dolnym Mieście, którą uwielbiała odwiedzać. Jednak dziewczynka 11 listopada nie pojawiła się u niej w mieszkaniu. Kilkoro dzieci zeznało, że miało widzieć 7-latkę w tej okolicy.

Kilka dni później pojawił się pewien trop. Przesłuchano świadka, który twierdził, że widział 7-latkę w dniu zaginięcia na kładce łączącą Olszynkę z ulicą Łąkową, niedaleko domu. Co więcej, towarzyszył jej mężczyzna w wieku ok. 28-30 lat o krępej budowie ciała. Miał mieć około 175 cm wzrostu, był mocno opalony. Miał nie być sam – przy moście stał drugi mężczyzna, starszy, w wieku około 40 lat. Miał około 180 cm wzrostu, szczupłą sylwetkę, proste blond włosy do ramion, nos długi i lekko krzywy. Nosił brązową skórzaną kurtkę. Czy za zniknięciem 7-latki stoją właśnie oni?

Okolica kładki na wysokości ul. Chłodnej w Gdańsku
fot. Klaudia Bochenek
Fot. Klaudia Bochenek
Okolica kładki na wysokości ul. Chłodnej w Gdańsku

Sporządzono portrety pamięciowe, które zaczęto rozsyłać nie tylko w Gdańsku, ale w całym Trójmieście. Twarze mężczyzn pokazywano w prasie i telewizji. Niestety, nikt nie był w stanie podać policji personaliów ewentualnych sprawców zbrodni. Dokładnie sprawdzono również 133 osoby, które wcześniej były notowane za przestępstwa seksualne i czy żaden z więźniów nie był feralnego dnia na przepustce. Niestety, śledztwo nie posunęło się do przodu. Jasnowidze również nie wnieśli do sprawy nic przełomowego.

- Pojechaliśmy do Człuchowa. Jasnowidz stwierdził, że przy naszej córce kręciła się kobieta w średnim wieku. Prawdopodobnie ją porwała. Mówił również o krwi na twarzy dziecka. Powiedział, że ciało martwej Kamili znajduje się w promieniu półtora kilometra od miejsca zamieszkania – relacjonował ojczym dziewczynki.

Żaden z obu „mężczyzn z kładki” nie zgłosił się na policję. Nie wiadomo, czy były to tylko niewinne rozmowy z nieznajomymi. Wiadomo, że wcześniej mała Kamila przy kolejnym sklepie również rozmawiała z pewnym mężczyzną, którego tożsamości nie ustalono. Z kolei pewna kobieta w dzień zaginięcia Kamili około godziny 18:00 właśnie w okolicach Motławy słyszała głośny krzyk dziewczynki.

- Kamilkę znałam od najmłodszych lat. Często z nią rozmawiałam, widywałam przez okno, jak rodzice odprowadzali ją do szkoły. Tego tragicznego dnia, kiedy, jak się później okazało, zaginęła, byłam na spacerze z psami. Godzinę pamiętam dokładnie, ponieważ wychodzę z nimi regularnie, zawsze o 18:30. Wtedy też usłyszałam od strony zarośli za mostem płacz i krzyk: „Nie!”. Głos był bardzo wyraźny i straszny, aż mi ciarki przeszły po plecach. Od razu rozpoznałam głos Kamili, ale początkowo sądziłam, że matka dziewczynki, pani Mirka, skarciła ją za coś i tego dnia nie myślałam już o tym więcej - mówiła pani Aleksandra dziennikarzom z „Wieczoru Wybrzeża” w 1998 roku.

W bluzie z żółwiami ninja

Po kilku miesiącach, w maju 1998 roku, policja oraz prokuratura Gdańsk-Południe umorzyły śledztwo. Nie sądzono, że we wrześniu nastąpi przełom i tragiczne odkrycie. 5 września 1998 roku wędkarz poinformował policję, że w Motławie na wysokości ulicy Chłodnej zauważył zwłoki. Nie były zbyt duże – mierzyły 125 cm, wnioskowano więc, że to ciało dziecka. Były w daleko posuniętym rozkładzie – początkowo nawet specjaliści z Zakładu Medycyny Sądowej w Gdańsku nie byli w stanie określić płci. Stwierdzono ubytki tkanek miękkich oraz kości. Dopiero badania DNA dały pewność, że to 7-letnia Kamila Szarmach. Wcześniej mama zidentyfikowała szarą bluzę z żółwiami ninja. Taką, którą córka miała na sobie, kiedy 10 miesięcy wcześniej wychodziła z domu.

Usłyszałam od strony zarośli za mostem płacz i krzyk: „Nie!”. Głos był bardzo wyraźny i straszny, aż mi ciarki przeszły po plecach

Policja od razu wzięła pod uwagę to, że na wyłowionym ciele nie było butów, majtek ani rajstop – wszystko wskazywało, że zbrodnia została popełniona na tle seksualnym. W związku z tym, że ciało było w dalekim stadium rozkładu, nie zdołano wyodrębnić śladów biologicznych, które pomogłyby zidentyfikować sprawcę oraz określić przyczynę zgonu. Co więcej, zwłoki były skrępowane sznurkiem, a ciało owinięte charakterystyczną tkaniną. Mogła służyć jako zasłona lub obrus.

Lokalna prasa poświęcała dużo uwagi zaginięciu 7-latki
fot. Archiwum
Fot. Archiwum
Lokalna prasa poświęcała dużo uwagi zaginięciu 7-latki

Policja brała pod uwagę wiele hipotez. Wykluczono na przykład tę, że za zabójstwem stoi ojczym dziewczynki. Inną z nich była ta, że to koledzy Kamili mogli niechcący doprowadzić do tragedii. Policja przesłuchała kilkoro nieletnich świadków, według których 7-latka miała przezywać jednego z nich. Potem miała rzekomo być uderzona pałką w głowę i wrzucona do rzeki. Jednak psycholog częściowo podważyła wiarygodność ich zeznań. Pozostaje więc hipoteza dotycząca „mężczyzny z kładki” lub innego, przypadkowego przechodnia, który miał pociągi seksualne do najmłodszych.

Nie wiadomo, czy dziewczynka jeszcze podczas poszukiwań żyła lub była martwa i gdzieś przetrzymywana. Brzegi Motławy przeszukano bardzo skrupulatnie, w akcji brali udział przecież płetwonurkowe. Poza tym zwłoki ujawniono bardzo blisko domu, niedaleko miejsca, gdzie często przechadzali się okoliczni mieszkańcy. Przez 10 miesięcy nikt nie zauważył w leniwie płynącej wodzie nic podejrzanego.

Portrety pamięciowe "mężczyzny z kładki" w programie "997"
fot. TVP2 (screen)
Fot.

Funkcjonariusze przypatrzyli się również pewnemu mężczyźnie, który mieszkał w sąsiedztwie Kamili. Miał pociągi do alkoholu. Po jego zatrzymaniu przeszukano mieszkanie, w którym znaleziono dziewczęce rajstopy. Matka Kamili przyznała, że część garderoby należy do jej córki. Jednak mężczyźnie nic nie udowodniono. Właścicielka mieszkania zeznała, że rajstopy należą do jej wnuczki. Po tragedii lokalni dziennikarze starali się porozmawiać z rodziną dziewczynki. W prasie można było przeczytać, że po tygodniu od zdarzenia w domu trwała „dobra zabawa”. W pomieszczeniu było też strasznie zimno, nie było ogrzewane. Wujek 7-latki, który był pod wpływem, chciał nawet pobić reporterów. W końcu sprawą zajął się Michał Fajbusiewicz w „Magazynie kryminalnym 997”, temat poruszono także w „Telewizyjnym Biurze Śledczym”.

- Zabójstwo siedmioletniej Kamili Szarmach to jedna z najpotworniejszych zbrodni, jakie prezentowałem w programie 997. Potworniejsza tym bardziej, że ma chyba tło seksualne– mówił Michał Fajbusiewicz w jednym z odcinków. Redakcja ufundowała też 10 tysięcy złotych nagrody dla osoby, która przyczyni się do odnalezienia sprawcy tej tragicznej zbrodni.

Oglądaj

Aktualnie nad rozwiązaniem sprawy pracują śledczy z gdańskiego Archiwum X. Istnieje szansa, że zabójca jeszcze żyje. Być może mieszka w Gdańsku, a po śmierci Kamili Szarmach kontynuował zaczepianie dzieci. Mógł to być czyjś sąsiad, ojciec, syn. W końcu czuł się bezkarny, gdy przez miesiące i lata nikt nie wpadł na jego trop. Być może przeprowadził się do innego miasta w obawie przed tym, że ktoś go rozpozna. Dziś może nie spać spokojnie – zespoły Archiwum X z całej Polski niejednokrotnie udowodniły, że nawet po 32 latach można złapać zabójcę. Tak było chociażby w przypadku gwałtu i zabójstwa na 67-letniej kobiecie z powiatu zamojskiego.

Klaudia Bochenek
Klaudia Bochenek

Związana z mediami od trzech lat, teraz podbija zakątki Radia ZET. Zażyła miłośniczka kryminalistyki i urbexu, nic jej nie zaskoczy. Trudno ściągnąć ją na ląd, kiedy już wejdzie na pokład żaglówki. Posiadaczka kota podróżnika, który podobnie kocha Mazury i Sudety. Adres e-mail: klaudia.bochenek@radiozet.pl

logo Tu się dzieje